poniedziałek, 16 lutego 2015

Coś za coś

Staram się bardzo, żeby mój ultramaratoński zapęd jak niejmniej dotknął dziewczynek. 5x w tygodniu biegam kiedy już śpią, tylko w niedziele z rana wychodzę na 1,5-2 godziny.
Gotuję 2 obiady. Staram się mieć tyle siły i cierpliwości ile miałam zanim zabrałam się za realizację tego szalonego projektu. Ale w jednym poległam z kretesem: z karmieniem Pyzuni. Mleko się skończyło. Pyza lubi pojeść, potrafi nieraz wciągnąć większą porcję niż ja. Mleka też by sobie konkretniej skubnęła, ale cóż, kiedy nie ma. Dziś, po trwającym godzinę międleniu się laktatorem nie udało się udoić nawet 40 ml.
Pyza złości się, że aprowizacja zawodzi, i powoli zaczyna mieć dosyć tematu. A ja, po niecałych 14 miesiącach karmienia żałuję, że to już koniec. Bo chciałoby się jeszcze. 
A żeby ponuro nie kończyć czegoś, co tak naprawdę jest po prostu nowym początkiem, wrzucam fotkę moich aniołeczków ;).

5 komentarzy:

  1. Jakie duuuuże dziewczyny!
    Małe miniaturki swoich rodziców <3 :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniołeczki... wyczuwam przekąs ;)
    14 miesięcy - suuuper! Bułeczka jak długo ssała?

    Trzymam kciuki za Twoje bieganie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Śliczne masz te dzieciaki :)

    OdpowiedzUsuń