sobota, 21 czerwca 2014

Pyzunia ma pół roku

Znowu znikłyśmy na jakiś czas. Nie wiem jak to się dzieje ale czas się kurczy i umyka. Ledwie otworzy się oczy a już trzeba jeść kolację i kłaść towarzystwo do łóżek. Dnie pędzą jakby ktoś je gonił, rosną włosy, zęby i chwasty w warzywniku, kolejne poziomkowe kwiaty zmieniają się w pachnące słońcem owoce i głosnym pomrukiem aprobaty, znikają w Bułkowym brzuszku.
Dopiero wczoraj była zima a nim się człowiek zorientował Pyza skończyła pół roku. Leży na brzuszku, fajta nogami i piszczy z radości. Nadal głównie jeździ na rękach, nadal zjada nieprzytomne ilości a teraz dodatkowo wzbogaciła swoją dietę w jabłko i ryżowe wafle. 
Dorośleje.
Żal małego dzidziusia. Niby już zaczynam się cieszyć na małego człowieczka z którym będzie można powymieniać poglądy, ale świadomość, że właśnie umykają mi ostatnie w życiu chwile z małym, pulchnym, różowym klopsikiem powoduje ukłucie w sercu. Więc noszę na rękach ("ty jej tak nie noś bo ci kręgosłup pęknie"), przytulam ("odłóż, dzieci muszą czasem trochę pomarudzić"), ściskam, wącham włoski, głaszczę piętki, całuję różowe policzki i myślę sobie, że już za moment, jeśli będzie miała w życiu tyle szczęścia co ja, to ona będzie robiła najgłupsze miny na świecie, byle tylko zobaczyć jak od śmiechu podskakują małe tłuste nożyny.