wtorek, 25 lutego 2014

Matka z zezem trochę niżej

Pyza ma bardzo wysublimowane podniebienie i wysokie wymagania żywieniowe. Jeśli mleko to tylko ziemniaczano-bagietkowo-kluskowe, ze słonecznego stoku, wstrząśnięte, nie zmieszane i koniecznie, ale to koniecznie, pite z głową przechyloną w prawo. Niespełnienie wymagań, zwłaszcza w temacie przechylonej głowy, prowadzi do wierzgania i drapania maleńkimi paznokietkami, przez co karmienie jest mocno utrudnione, a po wszystkim ja wyglądam jak po walce z młodocianym rosomakiem, Pyza zaś salwuje się ucieczką, optymalnie z sutkiem w paszczęce.
Powodem tego stanu rzeczy jest niedojrzałość układu pokarmowego i asymetria ułożeniowa, która miała przechodzić ale nie przechodzi. 
Wcześniej dało się Pyzę przebiegle podejść, podsuwając jej obie piersi na przemian ale teraz zwąchała spisek i bardzo stanowczo oporuje. Ja z kolei o ile w dzień mam siłę i chęci bronić pełną piersią biustowego równouprawnienia, o tyle w nocy nakarmiłabym ją chyba i blinami z kawiorem, gdyby tylko mogło mi to dać dodatkową godzinę snu. Bo trzeba zaznaczyć, że ostatnio nie dokucza mi nadmiar wypoczynku. Przesypiam 3, sporadycznie 4 godziny. Pyza kontynuuje karnawał pełen tętniących życiem nocy, kiedy zwyczajnie szkoda czasu na sen, zaś dniami Bułka załatwia swoje bułkowe sprawy, przy których wymaga odrobiny nadzoru, bo spuszczenie jej z oka jasno pokazuje z jak chorobliwie kreatywnym dzieckiem mamy do czynienia (dziś na przykład jakiś tajemniczy podszept skłonił ją do poświęcenia toalety i sporej części przedpokoju szczotką do sedesu).
Ale wracając do tematu: poszłam na łatwiznę, zaniedbałam racjonalne pasanie Pyzy i teraz mam za swoje. Zaczęłam zezować. Lub, jeśli ująć rzecz optymistycznie, stałam się bardziej uniwersalna: trafiam w upodobania miłośników zarówno większych jak i drobniejszych biustów. I to jednocześnie! Szkoda tylko, że połowicznie. Mam nadzieję, że jest nadzieja na wyrównanie zbieżności bo jeszcze chwila i się skoliozy nabawię ;).

poniedziałek, 24 lutego 2014

Zbilansowana Bułka. Osz, kuchnia!

Bułka, osiągnąwszy wiek dwóch lat i miesiąca wybrała się dzisiaj z Dumnym Ojcem na bilans dwulatka. Oto jakie nowiny przynieśli: Bułka jest foremna, kompletnie uzębiona, zdrowa i śliczna, a zwłaszcza na rzęsach (podobno pani doktor nie mogła wyjść z podziwu, co muszę tu koniecznie odnotować bo bardzo chętnie słucham takich rzeczy na temat mojego potomstwa). Jest też wysoka, ma 96 cm wzrostu co ją plasuje w 97 centylu, i chuda jak nitka, z wagą 9,5 kg mieści się w 3 centylu.

Kiedy Bułka rosła jak na bezglutenowych świderkach, cała rodzina zbliżała się nieuchronnie do przeprowadzki. Powoli to wszystko szło, ale szło, i nawet pojawiły się pierwsze widome efekty w postaci wykończonej kuchni, do której z miejsca zapałałam wielką miłością. Jak na razie będzie to jedyne urządzone "po naszemu" pomieszczenie w domu, ale za to jakie! Mistrzowie designu pewnie popukali by się w głowę ze współczuciem, ale co oni mogą wiedzieć o mojej wymarzonej kuchni, a właśnie taką mamy :)! Prosta, w wariancie ekonomicznym, wybrana w sieciówkach, bez polotu, ale nasza! Wyczekana i już ulubiona. O taka:

wtorek, 18 lutego 2014

Rodzina w obrazkach

W związku przedłużającym się deficytem wolnego czasu i ostatnio szczątkową aktywnością na blogu, przedstawiam parę obrazków na dowód, że żyjemy :)

Mam nadzieję, że następnym razem będę miała chwilę by się szerzej wypowiedzieć ;)

wtorek, 11 lutego 2014

Nie ma mnie. W każdym razie nie widać. Przysypało razem z głową.
Zatonęłam w odmętach karmienia, lulania, przytulania, prania, gotowania, budowania wież z klocków, czytania książeczek, wybierania blatów, gniazdek i cokołów pod szafki oraz pisania koszmarnych prac zaliczeniowych na studia podyplomowe, na których przez pobyt w szpitalu zawaliłam ostatni semestr.
Dużo i intensywnie. Dużo dobrego, dużo budującego, dużo głupiego i  niepotrzebnego, dużo wszystkiego.

Mam nadzieję, że jeszcze chwila a wystawię chociaż czubek nosa na powierzchnię, bo już mi trochę zaczyna brakować powietrza.

Myślę o tym jak pięknie będzie kiedy się już przeprowadzimy, kiedy już skończę trawić czas i siły na pisanie szalenie praktycznych cybernetycznych modeli lekcji o żuchwowcach (autentyk!), kiedy przetrwamy pierwszą falę wizyt lekarskich z Pyzunią i będziemy mogli w spokoju zabrać się za życie rodzinne na własnym miejscu.
Już niedługo!

Tymczasem nawał wszystkiego staram się przetrwać na autopilocie a dobre chwile wysysam do cna i wylizuję resztki. Ładuję baterie od przytulonych ciepłych ciałek, obwieszam się naszyjnikami z umazanych łapek, wtulam się we włoski i nadziwić się nie mogę jakie cudne są te małe osoby, którym mam szczęście być mamą. 
A kiedy dziewczynki śpią staram się wyrwać na pół godziny na pobieganie. Odmierzam koślawymi krokami chodnik dookoła Filtrów Lindleya i czekam na wiosnę po prawdopodobnie najbardziej intensywnej zimie w życiu.