piątek, 24 stycznia 2014

Bułkowo pyzowy jubileusz bez fajerwerków

Bułka wczoraj skończyła 2 lata.
Dzisiaj przypada termin porodu Pyzuni, która zupełnie tym nie zrażona fajta nożynami i  wyrasta z ciuszków już od miesiąca i 6 dni. A w ciągu ostatnich 2 tygodni wyszła zwycięsko ze starcia z neurologiem i okulistą (sadystą).
Podłoga w kuchni prawie skończona, jeszcze 2 tygodnie i kto wie, może zaczniemy przeprowadzkę?

Byłoby o czym pisać tylko jakoś nie ma sposobności. Jest za to ciągnąca się kolejny dzień, sięgająca w przerwach między lekami 40C gorączka. Wirusowe zapalenie gardła - wyjątkowe paskudztwo. Bułka choruje jak nigdy w życiu. Serce kraje się w drobną kostkę. Ja mam jeża w gardle, Pyza stan podgorączkowy. Tylko Dumny Ojciec się broni.

Mam nadzieję, że już niedługo znajdzie się chwila na refleksję nad tym kiedy one tak urosły, a tymczasem wrzucę fotki żeby nie było, że tylko marudzę.


piątek, 17 stycznia 2014

Noc żywych trupów

Może odrobinę przesadziłam z dramatyzmem. Tak naprawdę to noc jednego półżywego trupa. Potem dzień. I znowu noc. A wszystko przez przejściowe (mam nadzieję) problemy z synchronizacją.

Bułka wstaje rano rozćwierkana i radośnie poznaje świat do wieczora z dwugodzinną przerwą na odespanie drzemeczki. Pyzunia dla odmiany całe dnie przesypia jak kamień, co wydatnie ułatwia opiekę nad Bułką (ostatnio głównie "czytanie" o ulicy Czereśniowej i wspólne wykonywanie układów tanecznych do piosenek z youtube'a) a także gotowanie, pranie i inne takie. "Jaka ona grzeczna", "nie ma dziecka", "nie płacze, nie marudzi, tylko naje się i śpi", zachwycają się dziadkowie. Pyza tymczasem zbiera siły i, kiedy o 21 Bułka grzecznie zasypia, wchodzi do gry. Rozpoczyna się festiwal niespiesznego pojadania, odbijania, ulewania, przebierania, skwierczenia, siedzenia na rękach, prężenia się i sadzenia kup, który trwa średnio do 3 nad ranem. Potem krótka przerwa regeneracyjna i o 5 Pyza jest gotowa do drugiej rundy kończącej się o 7-8. Po nocnych szaleństwach Pyza pada wyczerpana a Bułka jak radosny skowroneczek szykuje się do objęcia dziennej zmiany. Na szczęście na pierwszy ogień idzie Dumny Ojciec, który ubiera, szykuje bułkowe śniadanko i zabawia pociechę dając mi godzinę lub dwie błogosławionego snu. Potem idzie do pracy a ja rada nierada zakasuję rękawy.

Ale kiedy widzę uśmiechającą się przez sen Pyzunię i Bułkę, która z wysuniętym ze skupienia językiem, coraz wdzięczniej macha łokciami i kręci kuperkiem w rytm kaczuszek, nie oddałabym ani minuty.

Za to bez żalu rozstałabym się z ziemistą cerą, workami pod oczami i zasypianiem na stojąco, więc trzeba trochę pracować nad pyzowym rytmem dnia i nocy. Jakieś pomysły?

sobota, 11 stycznia 2014

Dumny Ojciec biegnie się liczyć

Jutro o 13:30 wystartuje w swoim pierwszym biegu na 5 km. Będzie to 8. Bieg WOŚP „POLICZ SIĘ Z CUKRZYCĄ”. Cieszę się, że akurat ten bieg wybrał na swój pierwszy bo jako stali klienci mamy WOŚPowi za co dziękować. 
Obie dziewczynki wzięły udział w przesiewowym programie badania słuchu u noworodków korzystającym ze sprzętu zakupionego przez Orkiestrę. Pyzunia pierwsze doby po narodzeniu spędziła w orkiestrowym inkubatorze a ja dzięki WOŚPowi miałam szansę wypożyczyć pompę insulinową.
Mamy nadzieję, że opłata startowa (w całości przeznaczona na zakup pomp dla ciężarówek), razem z mnóstwem innych opłat startowych, bo pompy wyglądają niepozornie ale kosztują koszmarną górę pieniędzy, pomoże jakiejś słodkiej mamie spokojnie przetrwać 9 miesięcy a potem cieszyć się zdrowym maluszkiem.

piątek, 10 stycznia 2014

Człowiek fontanna

Jak mawia moja ulubiona pani Magda: "ludzie są różne". 
Był człowiek guma, człowiek legenda, człowiek nietoperz, człowiek orkiestra, a nawet człowiek który gapił się na kozy.
Ja ostatnio stworzyłam klasę sama dla siebie. Od kilku dni można się do mnie zwracać per "człowiek fontanna". Przeciekam i pokapuję a czasem bryzgam na znaczne odległości (nawet 1,5m). Niech no tylko dłużej przyjrzę się Pyzuni a pod biustem, niczym ordery matki karmiącej, wykwitają mokre plamy, które pod wpływem szczególnie uroczych minek potrafią sięgnąć kolan. Pół biedy jeśli rzecz dzieje się w domu. Gorzej, że równie niszczycielskie są przychodnie pełnej płaczących maluchów, a tych odwiedzamy ostatnio sporo. Naprawdę niewiele czasu trzeba żebym uruchomiła polewaczkę a potem, przemoczona i owiana chmurą nabiałowego aromatu, starała się nie rzucać w oczy ani nozdrza.
Zamiast wkładek laktacyjnych powinnam chyba nosić skopki. 
Albo od razu wstąpić do ochotniczej straży pożarnej. Wiozłoby się mnie do pożaru, na miejscu pokazywało zdjęcia niemowlaków i pozamiatane.
Słowo daję - klęska urodzaju, również dla Pyzuni  której próby jedzenia kończą się podtopieniem albo prysznicem i przebieraniem a tego Pyza nie lubi.
Na szczęście ta część mleka, która nie wsiąka w ubranka ani nie wylewa się jej nosem, wystarcza by Mała bardzo ładnie przybierała na wadze. Pyza waży już 3060g co oznacza, że od wyjścia ze szpitala przybiera po 36g dziennie (szok!). 
A ja tymczasem pocieszam się, że kiedy połogowe hormony opadną być może uda się przekształcić  nieokiełznaną mleczną Niagarę w niezagrażający życiu (i nie robiący wstydu) tradycyjny biust.

niedziela, 5 stycznia 2014

Nowy ład

Z naszego chaosu zaczyna się powoli wyłaniać coś na kształt regularności i względnego uporządkowania. Tu trzeba zaznaczyć, że nie jest to porządek, który miałby cokolwiek wspólnego z tradycyjnie przyjętymi rodzinnymi normami, rytmem dnia i nocy czy innymi takimi detalami. 
Tego co u nas stopniowo nastaje nie zobaczy się w reklamie pampersów ;). 

Każde z nas śpi o trochę innej porze. Szczyt aktywności Pyzuni przypada na 2-4 w nocy, Bułka zasypia o 23 i śpi do 8-9 a my - rodzice, staramy się robić tak, żeby zawsze był na posterunku ktoś, kto będzie zaganiał towarzystwo.
Jemy dosyć hmmm... przypadkowo. W tym ja - matka karmiąca wcześniątko (najczęściej przypięte do piersi w charakterze broszki) - w pewnym stopniu dietetycznie - cukrzycowo i dosyć skromnie bo niestety próby rozszerzenia diety kończyły się całkowitą porażką. Bułka jada bezglutenowo, Pyzunia nieustannie,  a Dumny Ojciec wszystko co mu podleci.
Mieszkanie wygląda jak krajobraz po bitwie na zabawki.

Ale nic to, grunt, że jakoś się kręci i nawet zmierza w dobrym kierunku:
Pyzunia robi się coraz bardziej pyzata.
Udało się przekonać Bułkę, że już więcej nie zniknę. Przez pierwsze dni po moim powrocie bała się spać i nie chciała odejść ode mnie na krok. Teraz daje radę mi pomachać i wyjść z babcią na spacer :).
Nie namawiana przez nikogo przychodzi głaskać i całować siostrę (i tylko czasami próbuje jej zalutować klockiem).
Zapalenie nerwu zaczęło odpuszczać.
Ćwiczę mięśnie brzucha i są tego pierwsze efekty.
A wczoraj Dumny Ojciec ufarbował mi włosy, koniec ze szpitalno-połogowym lookiem!

Z perspektywy mojego ponad dwutygodniowego doświadczenia w podwójnym macierzyństwie muszę powiedzieć, że to przedsięwzięcie najprawdopodobniej wykonalne a na pewno bardzo nagradzające. Zwłaszcza kiedy ma się swoje wtulone, ufne maleństwa a nie ma się już trzycentymetrowych odrostów ;)