wtorek, 18 listopada 2014

Przy dziecku się tyje...

...mówlili. Może i tak, ale nie przy moich dziewczętach. "Mama, ja jajo sjem" oznajmia Bułka zanim jeszcze dobrze otworzę paszczękę. "Mamo, ja chap, chap japko! Ja japko prosi!", "Ja bułka z serem!", "Ja siasia (owsianka)", "Mamo, będzie pikka (pizza)?", "Ja sje sałatka z ribką", "Buraka, buraka!". Słowem wszystko, co tylko przypadkiem znajdzie się na moim talerzu a w bułkowym zasięgu wzroku. Nikt nie wie dlaczego tak jest, ale  sokoro matka się na to zasadza, znaczy musi być smaczniejsze niż to z własnego talerza. To pewne!
Pyza w tym czasie wisi przy coraz luźniejszych w pasie spodniach i mamrocząc pod nosem "niam, mniam, niam" patrzy w kierunku mojego dekoltu z miną kanibala na diecie. Z jakiegoś powodu z rozszerzania diety, a jadła już naprawdę bardzo rozmaite potrawy, płynnie przeszła w zawężanie i teraz czas spędza przyssana jak przerośnięty noworodek (żeby nie powiedzieć dosadniej), i wcina tylko nogi dyndają.
A matka, zamiast, jak jej z ponurą miną wieszczyli, tyć przy drugim dziecku, kupuje nowe spodnie. 
Przynajmniej ma pretekst ;).

czwartek, 16 października 2014

Od czego zacząć po tak długiej przerwie? Może od tego, że mieszka nam się bardzo dobrze. Nie wiedziałam, że mieszkanie na swoim to aż taka radość. I, że aż tak dobrze jest mieć wokół domu zieleń, poznawać sąsiadów, słyszeć ptasie śpiewy i sprawdzać w warzywniku co dzisiaj na obiad. Mieszkałam tu parę lat ale wtedy patrzyłam inaczej. Chyba to dzieci wszystko zmieniły. A może wiek? Dobiegam 33 urodzin i zaczynam doceniać ganiające się wiewiórki.
Lada moment zacznę wzdychać: "ach, ta młodzież" ;)

Dziewczynki rosną. Bułeczka tak dużo już potrafi! I tak dużo rozumie. A Pyza goni ją na tłustych nóżkach - wstaje, puszcza się, stawia pierwsze kroki. Mówi mama. 
Nie wiem kiedy minęło lato. 
Mam nadzieję, że końcówkę jesieni i zimę zdążę zauważyć.

czwartek, 11 września 2014

Szósty zmysł

Stanęłam w obliczu jednej z zagadek Wszechświata: skąd dzieci wiedzą co nie jest zabawką i absolutnie nie nadaje się do jedzenia? Jak namierzają te wszystkie buty, kocie miski dystrybutory do mydła?
Czy, jak wędrowne ptaki mają ten wewnętrzny kompas?
A może bystre oko pcha je w tę stronę, w którą matka zerka z niepokojem?
Tak czy owak Pyza wstaje, szósty zmysł działa a dom znowu ewakuuje się o pół metra w górę.

środa, 30 lipca 2014

Szukajcie nas o tutaj:

Czas jest naprawdę szalony. Już dawno przestałam nadążać z usuwaniem tłustych śladów z luster i okien, a zabawek z każdego dostępnego miejsca. Pisać nie ma kiedy, słowo honoru! Ale, żeby całkowicie nie zaprzepaścić regularnego dokumentowania, a mam sobie w tym względzie sporo do zarzucenia, postanowiłam skorzystać z wypróbowanej od czasów troglodytów: formy obrazkowej.
Nie to samo, ale zawsze coś.
A kiedy czas wreszcie trochę zwolni, siądę i będę pisać i pisać, o pupniku i o dziewięciu życiach ptaszków, o tym co Pyza i co Bułka i dlaczego właśnie tak, i nie przestanę aż się skończy atrament w klawiaturze. Bo trochę się już tego nazbierało.

wtorek, 15 lipca 2014

Szalony czas

Minęło już prawie 7 miesięcy od urodzenia Pyzuni. W tym czasie udało się w szalonym pędzie:
  • zrobić prawo jazdy, 
  • zaliczyć semestr studiów zawalony z podczas pobytu w szpitalu, 
  • przeprowadzić się,
  • założyć warzywnik,
  • napisać i obronić drugą pracę dyplomową (teraz już oficjalnie jestem genetyko - pedagogiem ;)), 
  • mniej więcej odbudować formę po porodzie, 
  • zrzucić kilogramy
  • zacząć biegać
  • zejść do 28:28 na 5km 
  • wytrzymać piąty rok z własnym mężem
  • uporczywie rehabilitując wyprowadzić Pyzę z najgorszej asymetrii
  • i wspólnymi siłami wydać za mąż moją siostrę :D
Brzmi jak fun, prawda?
Ale teraz koniec tego dobrego! Czas żeby odetchnąć i napić się letniej, a czasami nawet może gorącej herbaty.

Bułka urosła i zmądrzała. Nadal mówi niewiele, ale jak powie, to już powie. A, że najczęściej omawia sprawy bieżące zdarzają się jej następujące konstatacje:
"Ojeeeej, miau siu siu! Mama miau ała!" - "Oj, kot nasikał na okno, mama go zamorduje!". Poza tym, oprócz wypominanych Pyzie "pupników" (bąków), oraz wynurzeń na tematy motoryzacyjne (samochodowo-tramwajowo-pociągowo-samolotowe) Bułka koncentruje się na tematach kuchennych ("bu-ła!", "ka-ka-oooo", "chap-chap", "mniam, mniam", "abuz", "banam", "hok" czyli sok).
Sama zakłada buty, sama je łyżką i widelcem, ze szklanki pije odkąd skończyła rok i osiem miesięcy. Czyta misiom wierszyk o rzepce (kaka, hau hau, miauuu, dzidzi, baba, dziadzia - chap chap, nieeeeeee mogą). Raz za razem zaskakuje mnie tą samodzielnością.

Pyza tym czasem staje na czworaka, buja się do przodu i do tyłu, obraca na wszystkie strony, wcina co jej dadzą plus to co sama sięgnie. Nadal rahabilitujemy ją w domu i 2x w tygodniu w przychodni ale postępy są ogromne i widać, że wszystko idzie w dobrą stronę.

Jedyną łyżką dziegciu jest jej mamocentryzm. Za każdym razem kiedy zniknę jej z oczu, a znikam regularnie bo chodzę pobiegać, zaczyna się wycie tak rozpaczliwe i nieutulone, że serce pęka. Kiedy jestem w domu też najlepiej czuje się na rękach albo przytulona swoim, prawie już 7,5 kilogramowym, ciałkiem, co jest urocze ale też męczące bo ręce już wyciągnęły się do kolan, dom już wygląda jak stajnia Augiasza a tu ani do toalety, ani ugotować ani sprzątnąć. Pocieszam się, że jeszcze parę miesięcy i zacznie mnie ganiać na własnych nogach :).

Tak prezentujemy się w komplecie :)


sobota, 21 czerwca 2014

Pyzunia ma pół roku

Znowu znikłyśmy na jakiś czas. Nie wiem jak to się dzieje ale czas się kurczy i umyka. Ledwie otworzy się oczy a już trzeba jeść kolację i kłaść towarzystwo do łóżek. Dnie pędzą jakby ktoś je gonił, rosną włosy, zęby i chwasty w warzywniku, kolejne poziomkowe kwiaty zmieniają się w pachnące słońcem owoce i głosnym pomrukiem aprobaty, znikają w Bułkowym brzuszku.
Dopiero wczoraj była zima a nim się człowiek zorientował Pyza skończyła pół roku. Leży na brzuszku, fajta nogami i piszczy z radości. Nadal głównie jeździ na rękach, nadal zjada nieprzytomne ilości a teraz dodatkowo wzbogaciła swoją dietę w jabłko i ryżowe wafle. 
Dorośleje.
Żal małego dzidziusia. Niby już zaczynam się cieszyć na małego człowieczka z którym będzie można powymieniać poglądy, ale świadomość, że właśnie umykają mi ostatnie w życiu chwile z małym, pulchnym, różowym klopsikiem powoduje ukłucie w sercu. Więc noszę na rękach ("ty jej tak nie noś bo ci kręgosłup pęknie"), przytulam ("odłóż, dzieci muszą czasem trochę pomarudzić"), ściskam, wącham włoski, głaszczę piętki, całuję różowe policzki i myślę sobie, że już za moment, jeśli będzie miała w życiu tyle szczęścia co ja, to ona będzie robiła najgłupsze miny na świecie, byle tylko zobaczyć jak od śmiechu podskakują małe tłuste nożyny.

czwartek, 15 maja 2014

JA pomogę!

Pyzunia jest małym makakiem. Całe dnie jeździ na matce więc bicepsy się pakują a jedna ręka przeważnie jest zajęta. Chustować nie możemy z powodu asymetrii, Pyza w kontakcie z podłożem uruchamia syrenę alarmową a domowe zaległości narastają. Byłaby klęska ale zamiast tego jest Bułka. Bułka pomaga.
Zrobiła sobie z tego pomagania hobby i nie ustanie dokąd nie pomoże. Jeśli tylko dobrze skanalizować jej zapał jest naprawdę nieoceniona: przynosi pieluszki i chusteczki, rozkłada przewijak, wynosi brudne pieluchy, karmi kota, odwirowuje mopa, podaje różne drobiazgi ale najchętniej robi pranie.
Operacja wygląda następująco: wysypuję brudne rzeczy na podłogę a Bułka flegmatycznie ale systematycznie ładuje je do pralki, przy każdym z fantów wykrzykując kto jest właścicielem. Gromkie "Maaaa-ma!, Taaaa-ta!, Jaaaa!" niesie się po domu. Nasypuję proszku, ustawiam program, przy czym muszę się wykazać sporym refleksem, bo Bułka już czai się przy włączniku z wyciągniętym paluszkiem. "Ja!" oświadcza, i z miną jakby przecinała wstęgę, uruchamia pralkę.
Po odwirowaniu, zachowując swoją unikalną technikę nawoływania, wyciąga uprane rzeczy do miski a następnie, ponownie przyporządkowując je członkom rodziny, wrzuca je do suszarki, którą sama uruchamia i rozładowuje.
Biada, jeśli w międzyczasie nawinie się ktoś, komu mogłaby się pochwalić swoim bieliźnianym znawstwem! Ostatnio przeciągłym "Maaaaa-ma!" objaśniła pana kuriera czyje figi ściska w garści.
Ale nawet rozbudowana liturgia prania i obawa przed bieliźnianą dekonspiracją są niczym w porównaniu ze szczerym bułczym zachwytem i brakiem konieczności wykonywania przysiadów z Pyzą (coś jak przysiad z wijącą się sztangą).

Czasem bułkowa pomoc bywa odrobinę kłopotliwa, zwłaszcza kiedy przesadzi z entuzjazmem.
Nie wytrzyma napięcia i uruchomi pralkę przed załadowaniem.
Dobierze się do miski z ubraniami poskładanymi przez włożeniem do szafy i rzucając je za siebie jeszcze raz przypomni co jest czyje.
Pozamiata czystą pościel.
Poprawi feng shui warzywnika.
Wysypie kompost do pojemnika na plastik.
Pierwsza rzuci się sprzątać kocią kuwetę.
Albo, jak dzisiaj, zdjmie firankę.
Przyszła, dumna jak paw i klepiąc się po chudej klatce oświadczyła: "Ja!".
Ona! Samiuteńka!
Pokazała na zmięty kłąb materii, wykonała teatralny ukłon i czekała na pochwałę dobrze wykonanej roboty.

Bywa, że w pełni doceniam jej dobrą wolę dopiero po doliczeniu do dziesięciu, czasem nawet jedenstu, ale kiedy już jak rasowy Kopciuszek przebiorę śmieci i powrzucam gdzie trzeba, poskładam ubrania, wymienię pościel i o 23 z minutami powieszę firankę, to idę sobie przez chwilę popatrzeć na mojego utrudzonego pomocnika, który wtulony nosem w poduszkę, zbiera siły na kolejny dzień. I nadziwić się nie mogę jakie mnie szczęście spotkało.

środa, 7 maja 2014

O złocistych łukach i białawych wydzielinach

Bułka mówi niewiele ale swój rozum ma, ma też pamięć jak słoń oraz gumowe ucho i robi z tego wszystkiego coraz sprawniejszy użytek. Jakoś tak się skada, że zawsze wyłowi z potoku wyrazów ten najbardziej interesujący a potem przypnie się do niego i nie chce odpuścić. Jest zdecydowanie za cwana żeby prowadzić przy niej otwarcie rozmowy o rzeczach zakazanych a porządanych, a, że nabywała tej cwaności w sposób stopniowy, stopniowo też wyewoluował nowy sposób komunikacji w naszym stadle - język rodzicielski. 

Od zarania największą namiętnością kulinarną Bułki jest jogurt naturalny. Gdyby mogła zastąpiłaby nim wszystkie posiłki. Wie, że nie może, ale kiedy tylko niebacznie naprowadzi się ją na temat można się spodziewać przedłużających się  epizodów rozpaczliwego wycia i sugestii, że właśnie kona z głodu i tylko jogurt "chap, chap, mniam!" może temu zapobiec. Właśnie to słowo zniknęło z codziennego użycia jako pierwsze. Za nim posypały się kolejne: plac zabaw, żółw (piaskownica w kształcie żółwia), frytki, majonez, bułka, sok (tym Bułka żywiłaby się po wyczerpaniu zasobów jogurtu). 

Słów na czarnej liście przybywa a my wspinamy się na wyżyny elokwencji żeby jednak co trzeba sobie nawzajem przekazać. Sytuację utrudnia fakt, że cwane Bułczę łamie kody niczym doświadczony kryptolog więc szyfry zaczęły już przybierać prawdziwie barokowe formy. I tak omijamy szerokim łukiem królestwo niewielkich, obsmażanych, ziemniaczanych ścinków pod złotymi łukami, na górnych półkach lodówki przechowujemy białawe, fermentowane krowie wydzieliny, a spacery odbywamy w kierunku wielobarwnych zbiorów dziecięcych atrakcji ruchowych.

Słowem - niezła gimnastyka dla mózgu, realizowana w postaci terningu interwałowego. Oczywiście raz po raz zdarzają się i kłopotliwe sekundy ciszy zajęte pośpiesznym przebieganiem wachlarza właściwości obłożonego tabu przedmiotu a potem gromkie wybuchy śmiechu jeżeli nastąpiły jakieś aberracje w działaniu algorytmu.
Kiedy Bułka podrośnie - przyrzekam, będzie mi tego bardzo brakowało.

środa, 23 kwietnia 2014

Pyza testuje :)

Stali czytelnicy bloga wiedzą, jak rzadko decyduję się na blogowe współprace. Jednak tym razem, zgodziłam się z przyjemnością i z wielką niecierpliwością oczekiwałyśmy z Pyzą przesyłki z firmy White and Black. Dlaczego? Bo właśnie czegoś takiego nam brakowało!

Pyza, jak na uroczego bobasa przystało, została dosłownie zasypana zabawkami. Niestety znakomita większość z nich jest w kolorach bladego różu i pastelowej żółci. Jakoś tak się przyjęło, że jak niemowlę to najlepsze będą kolory mydlane. Tymczasem neurolodzy, psycholodzy i okuliści są przekonani, że dziecko na początku widzi tylko monochromatyczne plamy i kontrast między czernią a bielą. Pyza chyba zgadza się z tą teorią, bo trzeba powiedzieć, że delikatne, dziewczyńskie kolory, nie znajdują w jej oczach wielkiego uznania. W zasadzie można stwierdzić, że dopiero teraz, mając 4 miesiące, powoli zaczyna sobie zdawać sprawę z ogromu swego zabawkowego bogactwa ;). 

Z książeczką i kotkiem, które Pyza chętnie zgodziła się testować, rzecz miała się zupełnie inaczej. Mała z miejsca się nimi zainteresowała. Zwłaszcza książeczkę bardzo polubiła. Czyta ją wytrwale w każdej pozycji, nawet w tych mniej ulubionych, jak leżenie na brzuszku. Oczu oderwać nie może. Ulubiona lektura wszędzie z nami jeździ, pociesza, zabawia i pomaga w ćwiczeniach. Podczas rehabilitacji pyzowej asymetrii ułożeniowej zwiększa odporność na "wałkowanie" i zachęca Małą do patrzenia tam gdzie trzeba, bo bardzo ładnie koncentruje uwagę. Zaskoczyło mnie, że książeczka jest nieduża, ale okazało się, że bardzo dobrze pasuje do niemowlęcych łapek. Jest to zdecydowanie jeden z najfajniejszych bobasowych gadżetów jakie wpadły w moje ręce. Zresztą sami zobaczcie jak Pyza nad nią pracuje:
Drugim otrzymanym, a pierwszym w życiu zapakowanym przez Pyzę do buzi, przedmiotem  był kotek - grzechotka. Jest dla niej jeszcze odrobinę zbyt "dorosły" i trochę ciężko utrzymać go w rękach ale już cieszy się dużym zainteresowaniem.

Zabawki White and Black mogę polecić z czystym sumieniem. Są ładne, starannie wykonane, przemyślane i co najważniejsze adresowane do dzieci. U Pyzy biały z czarnym sprawdziły się wyśmienicie a i Bułka je chętnie podbiera, zwłaszcza "miaaaau".

niedziela, 13 kwietnia 2014

O tym i o owym

Dziewczynki rosą, nie mam pojęcia jak i kiedy. Oto drobna aktualizacja:

Autorką stylizacji rumaka jest Bułka. Trzeba powiedzieć, że umie zadbać o wierzchowca, kiedy go akurat nie stroi piecze mu pyszne ciasta z piasku i poi mlekiem ;)

Ja tymczasem porzuciłam rumaki dwu i czterokołowe i wczoraj pobiegłam w charytatywnym biegu "Biegam bo lubię". Bardzo mi się podobało :). Cukier nie zrobił wstydu a ja mimo, że pierwszy kilometr wolno dreptałam w ludzkim korku, jestem całkiem zadowolona z czasu:
1km - 9:57 min/km
2km - 6:48 min/km
3km - 6:36 min/km
4km - 6:32 min/km
5km - 6:10 min/km

i z fantastycznej atmosfery :).

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Bułka nie cielę...

Odkąd mieszkamy u siebie dużo łatwiej zapanować nad przestrzenią i wybrać się z dziewczynkami na spacer, więc spacerujemy często, długo i chętnie. Najczęściej bywamy na rozmaitych placach zabaw gdzie Bułka nawiązuje znajomości. Ostatnio doszła cwaniara do wniosku, że znajomości z dziećmi są fajne, ale przyjaźnie z ich opiekunami mogą być daleko bardziej praktyczne. 
I tak Bułka zaczęła program aneksji babć zostając pasożytniczą wnuczką. Patrzy na dorosłych na placu zabaw jak urodzony łowca, jak nie przymierzając lew na stado chorych gazeli. Podbiega do upatrzonej ofiary, chwyta za rękę i zatrudnia do obsługi - wsadzania na drabinki, bujania i trzymania się za rękę na zjeżdżalni. Matkę odgania, przecież ma ją na stałe, nic specjalnego. Co innego nowa ciocia czy babcia każdego dnia! Matka namawia, jak hostessa na dziale mrożonek zachęca do wypróbowania kolejnych atrakcji, ale Bułka jest nieugięta. Ledwie puści się jej łapkę już pędzi do upatrzonej "babci" a ta z uśmiechem zażenowania poddaje się bułkowej dyktaturze.

Dzisiaj na przykład Mała upodobała sobie starszą panią, która asystowała Bułczęciu przez dobre pół godziny. Na nic się zdały matczyne zaklinania i smutne oczy prawowitej wnuczki. Kiedy stałam się zbyt nachalna Bułka pomachała mi, dziarsko zakrzyknęła "pa paaaa", przesłała całuska i zaczęła ciągnąć swoją nowo mianowaną babcię do domu.
Żeby zapakować ją do wózka musiałam się uciec do kidnapingu.
I tu powinna paść błyskotliwa pointa ale już sama nie wiem co z tym faktem począć.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Prace syzyfowe

Był sobie Syzyf - postać tragiczna. Podpadł Bogom i został skazany za karę na turlanie wielkiego bambulca. Turlał i turlał a wszyscy bardzo mu współczuli. Pisanie rozprawek o jego syzyfowym turlaniu do dziś spędza sen z powiek młodzieży. Więcej, ludzie widząc muskularnego mężczyznę z kamieniem, z góry wiedzą, że jest podpadnięty.

Tutaj rodzi się pytanie: komu podpadłam bo temat wiecznej i bezużytecznej pracy jest mi dziwnie znajomy. Inne są tylko jej atrybuty.
Dzisiaj na przykład z samego rana zabrałam się za pranie. Porozdzielałam ubrania na kupki, załadowałam je z bułczyną pomocą do pralki, potem do suszarki a kiedy czyste, pachnące i poskładane wylądowały w koszyku, Bułkę nagle zesłabiło i chlusnęła mi w koszyk ulubionymi buraczkami. Pocieszyłam choraczka, zaprałam plamy i wrzuciłam ubrania z powrotem do pralki, a potem jako, że pogoda piękna postanowiłam dosuszyć je na słońcu. Rozwiesiłam, odczekałam (odbyłam spacerek, nakarmiłam, ułożyłam na drzemeczkę, pozamiatałam, z Pyzą w charakterze broszki napisałam konspekt pracy dyplomowej, wyniosłam śmieci, przepchałam umywalkę) i pobiegłam po moje pachnące słońcem pranie. Jak się okazało pachniało nie tylko słońcem. Pisałam kiedyś o kotach sikających na okna? Okazało się, że na pranie też potrafią.

Przypomniałam sobie Syzyfa, ten to się przynajmniej wyrzeźbił. Heh...

Tak więc był sobie Syzyf - facet, który podpadł i wszyscy bardzo mu współczuli.

Bo gdyby była to, dajmy na to, Syzyfa, która nikomu nie podpadła, z obsikanym praniem zamiast bambulca do turlania - nikt by nawet nie zauważył tragizmu sytuacji.

piątek, 28 marca 2014

Mysz w suchotach

Mało nas tu było ostatnio bośmy się rozchorowały. Najpierw ja dostałam grypy i 5 dni łaziłam z gorączką pod 40C, potem zaraziły się dziewczynki. Kiedy wszystkie zaczęłyśmy się mieć lepiej przyszła faza bakteryjna co u mnie zaowocowało zapaleniem zatok, krtani i oskrzeli a u dziewczynek kolejną falą gorączki. 
Szczególnie moje pierwsze w życiu zapalenie krtani przebiegło uroczo: wiosna, przysięgam, wybuchała dookoła, a ja zamiast krzyczeć ze szczęścia, piszczałam jak mysz w suchotach ;). Łzy stawały oczach, w płucach rzęziło, a ze ściśniętego gardła wydobywało się cichutkie pi, pi, pi.
Ale wierzę, że sprawa nie potrwa długo i za moment ryknę pełną piersią jak tur, a chwilę później opiszę jak nam się tu inaczej żyje z kotami, kaczkami krzyżówkami, kwiatkami i powietrzem pachnącym ziemią.
Tymczasem żegnam się i pędzę zdrowieć.

piątek, 14 marca 2014

Matka w ruinie

Przeprowadzka na swoje przyniosła nam bardzo wiele dobrego. Temat na wiele pozytywnych i tryskających optymizmem postów.
Przyniosła też jedną rzecz, na którą, jak się okazało, kompletnie nie byłam gotowa: duże lustro na drzwiach szafy.
Pierwszy raz zobaczyłam co zostało z mojego ciała po ciążach i nie był to miły widok.
O ile Bułeczka potraktowała mnie ulgowo, wycinając na wieczną pamiątkę 2 rozstępy na tyłku, o tyle Pyza zachowała się jak wyborczy wiec albo szalikowcy na pikniku nad wodą - zostawiła ślady swojej bytności wszędzie, gdzie tylko mogła.
Patrzę na siebie i widzę ruinę.
Uda pokryte gęstą siecią pajączków jakich nie powstydziłaby się siedemdziesięciolatka i plackami wybroczyn wielkości połówki dłoni (kombinacja ciąży, cukrzycy i leków przeciwzakrzepowych, wygląda to naprawdę źle).
Wielkie, paskudne żylaki pod kolanem.
Fałda skóry na brzuchu.
Celulit wszędzie, nawet na łydkach.
Tyłek tak zryty rozstępami, że żałość bierze. Rozchodzą się spod majtek promieniście jak błyskawice od młota Thora.

Na sadło w pasie i bułki na udach nie prawa narzekać bo sama sobie na nie uczciwie zapracowałam i wierzę, że wcześniej czy później ogarnę sprawę, ale reszta niszczy morale.
Dobrze, że chociaż biust ocalał, tak na pociechę.

Wychodzi na to, że w moim przypadku kobiety i matki dwóch cudnych dziewczynek nie dało się pogodzić w jednym organizmie. 
Ale jeśli już jestem przy organizmach to czują ogromną wdzięczność, radość i ulgę, że żyję w czasach w jakich żyję. Głupia bym była, gdybym nie doceniła tego, że sprowadzenie na świat moich małych skarbów odbyło się naprawdę niewielkim kosztem. Oczywiście porównując się do Claudii Schiffer mogłabym  opłakiwać złożone w ofierze uda ale ostatnio, zupełnym przypadkiem, obejrzałam "Stalowe magnolie" i dotarło do mnie, że nawet jeśli trochę mi tęskno za byciem kobietą to naprawdę mogłam gorzej trafić.

poniedziałek, 10 marca 2014

Rodzina na swoim :D

Nareszcie!
Od 8.03 (co zapisuję złotymi, pogrubionymi zgłoskami) mieszkamy w naszym własnym, osobistym domku!
Jest pięknie!
Wychodzę z dziewczynkami na spacery bez potu i łez!
Rozprzestrzeniam się z rzeczami. Cieszę się jak dzika z kubełków do recyklingu i kompostownika. Z lodówki i ze spiżarni. Zmywarkę już pokochałam i najpewniej poproszę ją o rękę ;).
Dookoła jest ślicznie a niebawem będzie też zielono. Powietrze pachnie "jak na wakacjach", krokusy i cebulice kwitną, ptaszki śpiewają a okoliczne koty leją nam na okna (o tym szerzej innym razem ;)).

Niby trafiam już po ciemku do czajnika a ręka sama odnajduje klamki i włączniki ale nadal nie mogę uwierzyć!

wtorek, 4 marca 2014

Matki na start - My Mamy Razem Biegamy

"Jeśli jesteś Mamą i chciałabyś biegać ale nie masz motywacji, lub masz ileś tam wymówek a przełamać Ci ciężko - przyłącz się do naszego wydarzenia MY MAMY RAZEM BIEGAMY!
Startujemy 21 marca! To pierwszy dzień wiosny, to również czas do którego można przygotować się na wspólne wirtualne bieganie. 
Dla początkujących będziemy udostępniać plany treningowe, niezbędne informacje o bieganiu, jak zacząć i w ogóle z czym bieganie się je.
Nie ma znaczenia czy zaczynasz, czy już biegasz, nie ma znaczenia czy rano, w dzień, czy po południu. Czy biegasz ileś już kilometrów czy truchtasz czy maszerujesz.

Liczą się chęci, kondycja i zdrowie.

Jeśli jesteś Mamą i biegałaś lub biegasz cały czas, również przyłącz się do naszego wydarzenia, czekamy na wskazówki, porady i motywację. Twoje doświadczenie będzie dla nas bezcenne!

CHODŹCIE MAMY I BIEGNIJMY RAZEM!!!"


Matki to twarde stworzenia. Mogą o wiele więcej niż im samym się wydaje. Szkoda, że nie pamiętałam o tym niecałe 2 lata temu, kiedy w mojej głowie kiełkował pomysł, żeby zacząć biegać. Pomysł kiełkował a ja mu się nie dawałam.  Bałam się, że będę biegła najwolniej w całym parku. Że słomiany zapał mnie zawiedzie, nie podołam i się rozczaruję. Że wszyscy spacerowicze ustawią się w szpaler i będą szeroko komentować moją nowatorską technikę, wytykać palcami fałdki, odrosty i wypryski. Że cała trasa będzie znaczona salwami śmiechu a do tego wszystkiego wrócą kolki i zadyszka znane z zajęć WF.
Zabierałam się do biegania jak pies do jeża ale w końcu potrzeba, żeby puścić się pędem przed siebie zwyciężyła wszystkie obawy. Spróbowałam i moje czarne wizje okazały się ehm.., odrobinę na wyrost. A niedługo potem nie miałam już wątpliwości, że bez biegania nie da się żyć.
Szkoda mi było czasu zmarnowanego na obiekcje i wątpliwości, dlatego zaczęłam urabiać Niezłą Żonę i Hexe Anę żeby nie zwlekały tylko szły pobiegać.

Tak to się wszystko zaczęło. A teraz pięknie się rozrasta. Same zobaczcie ile już nas jest - matek pełnych bojowego ducha :).

Więc jeśli skrycie marzycie o bieganiu, zazdrościcie przyobleczonym w leginsy gazelom a wstydzicie się spróbować, martwicie się, że nie macie formy, czasu i motywacji - nie zwlekajcie tylko przyłączcie się do nas!

Wiosna idzie, czas zrobić coś dla siebie!

(a jeśli podoba się Wam nasza akcja - wrzućcie na bloga banerek - im nas więcej tym weselej :))

wtorek, 25 lutego 2014

Matka z zezem trochę niżej

Pyza ma bardzo wysublimowane podniebienie i wysokie wymagania żywieniowe. Jeśli mleko to tylko ziemniaczano-bagietkowo-kluskowe, ze słonecznego stoku, wstrząśnięte, nie zmieszane i koniecznie, ale to koniecznie, pite z głową przechyloną w prawo. Niespełnienie wymagań, zwłaszcza w temacie przechylonej głowy, prowadzi do wierzgania i drapania maleńkimi paznokietkami, przez co karmienie jest mocno utrudnione, a po wszystkim ja wyglądam jak po walce z młodocianym rosomakiem, Pyza zaś salwuje się ucieczką, optymalnie z sutkiem w paszczęce.
Powodem tego stanu rzeczy jest niedojrzałość układu pokarmowego i asymetria ułożeniowa, która miała przechodzić ale nie przechodzi. 
Wcześniej dało się Pyzę przebiegle podejść, podsuwając jej obie piersi na przemian ale teraz zwąchała spisek i bardzo stanowczo oporuje. Ja z kolei o ile w dzień mam siłę i chęci bronić pełną piersią biustowego równouprawnienia, o tyle w nocy nakarmiłabym ją chyba i blinami z kawiorem, gdyby tylko mogło mi to dać dodatkową godzinę snu. Bo trzeba zaznaczyć, że ostatnio nie dokucza mi nadmiar wypoczynku. Przesypiam 3, sporadycznie 4 godziny. Pyza kontynuuje karnawał pełen tętniących życiem nocy, kiedy zwyczajnie szkoda czasu na sen, zaś dniami Bułka załatwia swoje bułkowe sprawy, przy których wymaga odrobiny nadzoru, bo spuszczenie jej z oka jasno pokazuje z jak chorobliwie kreatywnym dzieckiem mamy do czynienia (dziś na przykład jakiś tajemniczy podszept skłonił ją do poświęcenia toalety i sporej części przedpokoju szczotką do sedesu).
Ale wracając do tematu: poszłam na łatwiznę, zaniedbałam racjonalne pasanie Pyzy i teraz mam za swoje. Zaczęłam zezować. Lub, jeśli ująć rzecz optymistycznie, stałam się bardziej uniwersalna: trafiam w upodobania miłośników zarówno większych jak i drobniejszych biustów. I to jednocześnie! Szkoda tylko, że połowicznie. Mam nadzieję, że jest nadzieja na wyrównanie zbieżności bo jeszcze chwila i się skoliozy nabawię ;).

poniedziałek, 24 lutego 2014

Zbilansowana Bułka. Osz, kuchnia!

Bułka, osiągnąwszy wiek dwóch lat i miesiąca wybrała się dzisiaj z Dumnym Ojcem na bilans dwulatka. Oto jakie nowiny przynieśli: Bułka jest foremna, kompletnie uzębiona, zdrowa i śliczna, a zwłaszcza na rzęsach (podobno pani doktor nie mogła wyjść z podziwu, co muszę tu koniecznie odnotować bo bardzo chętnie słucham takich rzeczy na temat mojego potomstwa). Jest też wysoka, ma 96 cm wzrostu co ją plasuje w 97 centylu, i chuda jak nitka, z wagą 9,5 kg mieści się w 3 centylu.

Kiedy Bułka rosła jak na bezglutenowych świderkach, cała rodzina zbliżała się nieuchronnie do przeprowadzki. Powoli to wszystko szło, ale szło, i nawet pojawiły się pierwsze widome efekty w postaci wykończonej kuchni, do której z miejsca zapałałam wielką miłością. Jak na razie będzie to jedyne urządzone "po naszemu" pomieszczenie w domu, ale za to jakie! Mistrzowie designu pewnie popukali by się w głowę ze współczuciem, ale co oni mogą wiedzieć o mojej wymarzonej kuchni, a właśnie taką mamy :)! Prosta, w wariancie ekonomicznym, wybrana w sieciówkach, bez polotu, ale nasza! Wyczekana i już ulubiona. O taka:

wtorek, 18 lutego 2014

Rodzina w obrazkach

W związku przedłużającym się deficytem wolnego czasu i ostatnio szczątkową aktywnością na blogu, przedstawiam parę obrazków na dowód, że żyjemy :)

Mam nadzieję, że następnym razem będę miała chwilę by się szerzej wypowiedzieć ;)

wtorek, 11 lutego 2014

Nie ma mnie. W każdym razie nie widać. Przysypało razem z głową.
Zatonęłam w odmętach karmienia, lulania, przytulania, prania, gotowania, budowania wież z klocków, czytania książeczek, wybierania blatów, gniazdek i cokołów pod szafki oraz pisania koszmarnych prac zaliczeniowych na studia podyplomowe, na których przez pobyt w szpitalu zawaliłam ostatni semestr.
Dużo i intensywnie. Dużo dobrego, dużo budującego, dużo głupiego i  niepotrzebnego, dużo wszystkiego.

Mam nadzieję, że jeszcze chwila a wystawię chociaż czubek nosa na powierzchnię, bo już mi trochę zaczyna brakować powietrza.

Myślę o tym jak pięknie będzie kiedy się już przeprowadzimy, kiedy już skończę trawić czas i siły na pisanie szalenie praktycznych cybernetycznych modeli lekcji o żuchwowcach (autentyk!), kiedy przetrwamy pierwszą falę wizyt lekarskich z Pyzunią i będziemy mogli w spokoju zabrać się za życie rodzinne na własnym miejscu.
Już niedługo!

Tymczasem nawał wszystkiego staram się przetrwać na autopilocie a dobre chwile wysysam do cna i wylizuję resztki. Ładuję baterie od przytulonych ciepłych ciałek, obwieszam się naszyjnikami z umazanych łapek, wtulam się we włoski i nadziwić się nie mogę jakie cudne są te małe osoby, którym mam szczęście być mamą. 
A kiedy dziewczynki śpią staram się wyrwać na pół godziny na pobieganie. Odmierzam koślawymi krokami chodnik dookoła Filtrów Lindleya i czekam na wiosnę po prawdopodobnie najbardziej intensywnej zimie w życiu.

piątek, 24 stycznia 2014

Bułkowo pyzowy jubileusz bez fajerwerków

Bułka wczoraj skończyła 2 lata.
Dzisiaj przypada termin porodu Pyzuni, która zupełnie tym nie zrażona fajta nożynami i  wyrasta z ciuszków już od miesiąca i 6 dni. A w ciągu ostatnich 2 tygodni wyszła zwycięsko ze starcia z neurologiem i okulistą (sadystą).
Podłoga w kuchni prawie skończona, jeszcze 2 tygodnie i kto wie, może zaczniemy przeprowadzkę?

Byłoby o czym pisać tylko jakoś nie ma sposobności. Jest za to ciągnąca się kolejny dzień, sięgająca w przerwach między lekami 40C gorączka. Wirusowe zapalenie gardła - wyjątkowe paskudztwo. Bułka choruje jak nigdy w życiu. Serce kraje się w drobną kostkę. Ja mam jeża w gardle, Pyza stan podgorączkowy. Tylko Dumny Ojciec się broni.

Mam nadzieję, że już niedługo znajdzie się chwila na refleksję nad tym kiedy one tak urosły, a tymczasem wrzucę fotki żeby nie było, że tylko marudzę.


piątek, 17 stycznia 2014

Noc żywych trupów

Może odrobinę przesadziłam z dramatyzmem. Tak naprawdę to noc jednego półżywego trupa. Potem dzień. I znowu noc. A wszystko przez przejściowe (mam nadzieję) problemy z synchronizacją.

Bułka wstaje rano rozćwierkana i radośnie poznaje świat do wieczora z dwugodzinną przerwą na odespanie drzemeczki. Pyzunia dla odmiany całe dnie przesypia jak kamień, co wydatnie ułatwia opiekę nad Bułką (ostatnio głównie "czytanie" o ulicy Czereśniowej i wspólne wykonywanie układów tanecznych do piosenek z youtube'a) a także gotowanie, pranie i inne takie. "Jaka ona grzeczna", "nie ma dziecka", "nie płacze, nie marudzi, tylko naje się i śpi", zachwycają się dziadkowie. Pyza tymczasem zbiera siły i, kiedy o 21 Bułka grzecznie zasypia, wchodzi do gry. Rozpoczyna się festiwal niespiesznego pojadania, odbijania, ulewania, przebierania, skwierczenia, siedzenia na rękach, prężenia się i sadzenia kup, który trwa średnio do 3 nad ranem. Potem krótka przerwa regeneracyjna i o 5 Pyza jest gotowa do drugiej rundy kończącej się o 7-8. Po nocnych szaleństwach Pyza pada wyczerpana a Bułka jak radosny skowroneczek szykuje się do objęcia dziennej zmiany. Na szczęście na pierwszy ogień idzie Dumny Ojciec, który ubiera, szykuje bułkowe śniadanko i zabawia pociechę dając mi godzinę lub dwie błogosławionego snu. Potem idzie do pracy a ja rada nierada zakasuję rękawy.

Ale kiedy widzę uśmiechającą się przez sen Pyzunię i Bułkę, która z wysuniętym ze skupienia językiem, coraz wdzięczniej macha łokciami i kręci kuperkiem w rytm kaczuszek, nie oddałabym ani minuty.

Za to bez żalu rozstałabym się z ziemistą cerą, workami pod oczami i zasypianiem na stojąco, więc trzeba trochę pracować nad pyzowym rytmem dnia i nocy. Jakieś pomysły?

sobota, 11 stycznia 2014

Dumny Ojciec biegnie się liczyć

Jutro o 13:30 wystartuje w swoim pierwszym biegu na 5 km. Będzie to 8. Bieg WOŚP „POLICZ SIĘ Z CUKRZYCĄ”. Cieszę się, że akurat ten bieg wybrał na swój pierwszy bo jako stali klienci mamy WOŚPowi za co dziękować. 
Obie dziewczynki wzięły udział w przesiewowym programie badania słuchu u noworodków korzystającym ze sprzętu zakupionego przez Orkiestrę. Pyzunia pierwsze doby po narodzeniu spędziła w orkiestrowym inkubatorze a ja dzięki WOŚPowi miałam szansę wypożyczyć pompę insulinową.
Mamy nadzieję, że opłata startowa (w całości przeznaczona na zakup pomp dla ciężarówek), razem z mnóstwem innych opłat startowych, bo pompy wyglądają niepozornie ale kosztują koszmarną górę pieniędzy, pomoże jakiejś słodkiej mamie spokojnie przetrwać 9 miesięcy a potem cieszyć się zdrowym maluszkiem.

piątek, 10 stycznia 2014

Człowiek fontanna

Jak mawia moja ulubiona pani Magda: "ludzie są różne". 
Był człowiek guma, człowiek legenda, człowiek nietoperz, człowiek orkiestra, a nawet człowiek który gapił się na kozy.
Ja ostatnio stworzyłam klasę sama dla siebie. Od kilku dni można się do mnie zwracać per "człowiek fontanna". Przeciekam i pokapuję a czasem bryzgam na znaczne odległości (nawet 1,5m). Niech no tylko dłużej przyjrzę się Pyzuni a pod biustem, niczym ordery matki karmiącej, wykwitają mokre plamy, które pod wpływem szczególnie uroczych minek potrafią sięgnąć kolan. Pół biedy jeśli rzecz dzieje się w domu. Gorzej, że równie niszczycielskie są przychodnie pełnej płaczących maluchów, a tych odwiedzamy ostatnio sporo. Naprawdę niewiele czasu trzeba żebym uruchomiła polewaczkę a potem, przemoczona i owiana chmurą nabiałowego aromatu, starała się nie rzucać w oczy ani nozdrza.
Zamiast wkładek laktacyjnych powinnam chyba nosić skopki. 
Albo od razu wstąpić do ochotniczej straży pożarnej. Wiozłoby się mnie do pożaru, na miejscu pokazywało zdjęcia niemowlaków i pozamiatane.
Słowo daję - klęska urodzaju, również dla Pyzuni  której próby jedzenia kończą się podtopieniem albo prysznicem i przebieraniem a tego Pyza nie lubi.
Na szczęście ta część mleka, która nie wsiąka w ubranka ani nie wylewa się jej nosem, wystarcza by Mała bardzo ładnie przybierała na wadze. Pyza waży już 3060g co oznacza, że od wyjścia ze szpitala przybiera po 36g dziennie (szok!). 
A ja tymczasem pocieszam się, że kiedy połogowe hormony opadną być może uda się przekształcić  nieokiełznaną mleczną Niagarę w niezagrażający życiu (i nie robiący wstydu) tradycyjny biust.

niedziela, 5 stycznia 2014

Nowy ład

Z naszego chaosu zaczyna się powoli wyłaniać coś na kształt regularności i względnego uporządkowania. Tu trzeba zaznaczyć, że nie jest to porządek, który miałby cokolwiek wspólnego z tradycyjnie przyjętymi rodzinnymi normami, rytmem dnia i nocy czy innymi takimi detalami. 
Tego co u nas stopniowo nastaje nie zobaczy się w reklamie pampersów ;). 

Każde z nas śpi o trochę innej porze. Szczyt aktywności Pyzuni przypada na 2-4 w nocy, Bułka zasypia o 23 i śpi do 8-9 a my - rodzice, staramy się robić tak, żeby zawsze był na posterunku ktoś, kto będzie zaganiał towarzystwo.
Jemy dosyć hmmm... przypadkowo. W tym ja - matka karmiąca wcześniątko (najczęściej przypięte do piersi w charakterze broszki) - w pewnym stopniu dietetycznie - cukrzycowo i dosyć skromnie bo niestety próby rozszerzenia diety kończyły się całkowitą porażką. Bułka jada bezglutenowo, Pyzunia nieustannie,  a Dumny Ojciec wszystko co mu podleci.
Mieszkanie wygląda jak krajobraz po bitwie na zabawki.

Ale nic to, grunt, że jakoś się kręci i nawet zmierza w dobrym kierunku:
Pyzunia robi się coraz bardziej pyzata.
Udało się przekonać Bułkę, że już więcej nie zniknę. Przez pierwsze dni po moim powrocie bała się spać i nie chciała odejść ode mnie na krok. Teraz daje radę mi pomachać i wyjść z babcią na spacer :).
Nie namawiana przez nikogo przychodzi głaskać i całować siostrę (i tylko czasami próbuje jej zalutować klockiem).
Zapalenie nerwu zaczęło odpuszczać.
Ćwiczę mięśnie brzucha i są tego pierwsze efekty.
A wczoraj Dumny Ojciec ufarbował mi włosy, koniec ze szpitalno-połogowym lookiem!

Z perspektywy mojego ponad dwutygodniowego doświadczenia w podwójnym macierzyństwie muszę powiedzieć, że to przedsięwzięcie najprawdopodobniej wykonalne a na pewno bardzo nagradzające. Zwłaszcza kiedy ma się swoje wtulone, ufne maleństwa a nie ma się już trzycentymetrowych odrostów ;)