poniedziałek, 30 grudnia 2013

Na początku był chaos

Patologia ciąży

W związku z tym, że Marysia zwana dalej Pyzunią, wypchnęła mi kuperkiem spory kawałek żołądka przez otwór w przeponie do klatki piersiowej i wszystko co zjadłam lub wypiłam oddawałam na znaczne odległości, schudłam 5 kg a moje wyniki zaczęły się psuć. Jonogramy, koagulogramy i inne gramy prezentowały się coraz gorzej a cukier skaczący od 40 do 270 nie służył żadnej z nas. Poza tym nie można mnie było karmić kroplówką w nieskończoność, już po 2,5 tygodniach istniało realne zagrożenie, że się nie pohamuję i kogoś zagryzę, więc po ukończeniu 34 tygodnia ciąży (i przeczekaniu weekendu) zaczęto wywabiać Pyzunię na świat, najpierw za pomocą preindukcji cewnikiem Foley'a a kolejnego dnia już konkretnie - oksytocyną. 

Trakt porodowy

Reaguję na nią wyśmienicie (tzn. niewielkie ilości dają bardzo spektakularne efekty) a chlupnięto mi ją hojną ręką, więc po 2 godzinach i 30 minutach wypełnionych dwuminutowymi skurczybykami rozdzielonymi minutowymi przerwami, Pyza była na świecie. Poszło szybciej i ehmm... dynamiczniej niż ktokolwiek się spodziewał więc zzo zadziałało akurat na końcówkę szycia. Na szczęście tym razem obyło się bez nacięcia co (mając w pamięci poprzedni poród) było naprawdę wspaniałą wiadomością.

OIOM

Pyzunię oceniono na 10 pt. zmierzono, zważono, obejrzano i oddano. Właśnie zabierałam się za przystawianie, kiedy Mała zaczęła prężyć się i postękiwać. Nie miałam pojęcia co się dzieje, myślałam, że może coś z brzuszkiem albo zimno, do głowy mi nie przyszło, że właśnie przestaje oddychać. Na całe szczęście położna usłyszała stękanie, zabrała malucha i w te pędy pobiegła na OIOM noworodkowy. Następnym razem zobaczyłyśmy się z Pyzą już w komplecie okablowania: pod c-papem, sondą, kroplówką z glukozą i czujnikiem do pulsoksymetru przyczepionym do stópki. Dopiero czytając wypis dowiedziałam się, że przeszła wtedy wylew. Na całe szczęście nieurazowy.

Patologia noworodka

Chodziłam do niej w odwiedziny co 3 godziny. W pozostałym czasie starałam się ścigać mleko, niestety szło opornie i mimo szczerych chęci i wymiędlonych laktatorem cycków, dopóki miała założoną sondę nie udało mi się utoczyć nawet mililitra.Co innego kiedy pozbyła rurki i mogła, nadal podłączona do wlewu glukozy, sama rozgościć się przy bufecie. To był prawdziwy przełom. Pyza zaczęła jeść a przytulone, pachnące ciałko spowodowało, że jedzenie wyczarowywało się na zawołanie.
(Tutaj niestety wkroczyła żelazna logika pań położnych: dziecko jadło z piersi a potem nie chce z butelki? Znaczy się za bardzo się męczy przy przystawianiu i lepiej karmić sondą! Co z tego, że przybiera i generalnie nie narzeka na swój los? Na szczęście Pyza obroniła się sama bo poprawiła wyniki tak wyraźnie, że przeniosła się z inkubatora do łóżeczka a dobę później przyszła do mnie na salę).

Rooming in

Po tygodniu rozłąki nadszedł piękny dzień - dostałam swoją lampkę nocną, czyli Pyzunię poddawaną fototerapii żółtaczki. Nareszcie mogłyśmy się do woli wyprzytulać i wykangurować. Było cudnie, niestety nie trwało długo.

Noga

Już pierwszego dnia po porodzie pobolewały mnie plecy i tylna strona lewej nogi. Nie na tyle, żeby się nad tym wiele zastanawiać, ale każdego dnia coraz bardziej. Niestety drugiego dnia z Pyzunią czyli ósmego po porodzie sprawy nie dało się już przeoczyć: kiedy szłam (skakałam na jednej nodze wlokąc za sobą drugą) do dyżurki położnych żeby zgłosić koszmarny ból - noga odmówiła mi posłuszeństwa - złożyła się pode mną. Było trochę paniki, ból jak skaranie a kolejnego dnia decyzja: zakładamy ciągłe zzo. 
Sprawnie założyli mi cewnik, podali dawkę, po której poczułam się dobrze ale okazało się, że zniesienie bólu wiąże się z całkowitą utratą motoryki od bioder w dół. Kiedy przesiadałam się na wózek żeby wrócić na salę nogi spadły mi z łóżka i pociągnęły resztę za sobą.

Pompa

Początek na pompie był cudny, nic nie bolało. Gorzej zrobiło się w nocy. Okazało się, że przez psikus ze spadającymi nogami przemieścił mi się cewnik i znieczulenie nie rozchodzi się dobrze: lewa noga - chora - boli jak skaranie a prawa - zdrowa ale za to podwójnie znieczulona - jest zupełnie niewładna.

Patologia noworodka

Nie mogłam się zająć Pyzunią, która ku mojej rozpaczy, szlochom i zawodzeniu, pojechała z powrotem na oddział. To była zdecydowanie najgorsza noc jaką pamiętam.

Rano zrobiło się lepiej: udało się poprawić cewnik i na moją stanowczą prośbę zmniejszyć dawkę znieczulenia tak, że klnąc w surowy kamień dawałam radę stanąć na nogach. Fantastyczny wynalazek ta pompa! Pierwszą rzeczą którą zrobiłam po ustaleniu się dawki było doturlanie się na noworodki z pytaniem, czy nie mają przypadkiem pyz na wynos. Mieli :)

Kolejnego dnia jechałam na rezonans kręgosłupa a Pyzunia znowu wylądowała na noworodkach ale tym razem nie na długo. Okazało się, że jestem zdrowa jak ryba jeśli nie liczyć zapalenia nerwu kulszowego co przy tak nasilonych objawach było naprawdę fantastyczną wiadomością. Kiedy wiedziałam, że gorzej nie będzie i, że ustrojstwo leczy się leżąc tak, żeby nie bolało, pożegnałam pompusię i szpital, w którym spędziłam ostatni miesiąc, zgarnęłam Pyzunię i wróciłyśmy do teściów. 
Mało brakło a jechałybyśmy prosto do siebie, wystarczyłby czas który spędziłam na oddziale plus ten, który pozostał do planowanego urodzenia Małej. 
Ale nic to, co się odwlecze to nie uciecze. Jeszcze chwila a potem będzie z górki.
Już teraz karmimy się jak lubimy, przytulamy kiedy mamy ochotę a zapalenie nerwu jakby trochę ustępowało. Wyraźnie widać światełko w tunelu i tym razem najpewniej nie jest to nadjeżdżający pociąg ;)

21 komentarzy:

  1. Oj, mam nadzieję, ze już całkiem ok u was :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Nieustannie trzymam za Was kciuki! Relację czyta się z zapartym tchem, masz niesamowity talent i chyba dystans do tych wszystkich przykrości, które Cię spotkały...Pozdrawiam! :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nooo......dotrwałam do końca opowieści, a już się bałam, że gdzieś pośrodku zejdę z braku powietrza. Już z górki, juz z górki będzie! Pozdrawiam/y

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciarki mnie przeszły. Trzymam mocno kciuki za Was, bo nie znam drugiej takiej rodziny jak Wasza!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteście WSPANIALI całą rodziną!!
    Trzymajcie się Miłko dzielnie. Ślemy metafizycznie wszystko co dobre!
    Magda igiełkowa

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudowne wieści :) Po przejściach ale jednak już razem w domku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak Bułka zareagowała na siostrzyczkę? :)

      Usuń
  7. O matko, ale droga przez mękę. Dosłownie.
    Życzę już teraz samych dobrych chwil!

    OdpowiedzUsuń
  8. Współczuję i mam nadzieję, że teraz będzie Wam już tylko lepiej i lepiej! Zdrówka życzę kochane! Czekam na fotkę malutkiej :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Miałyście przygody nie ma co. Najważniejsze że już w domu i już razem.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja po takich przejściach pewniakiem miałabym jakąś depresję poporodową:D a Ty taka dzielna, jestes moją bohaterką! czekamy na zdjęcia Pyzuni

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja powiem tylko tyle: JESTEŚCIE NIESAMOWICI!!!!

    OdpowiedzUsuń
  12. Juhu! I teraz tor otwarty i do domu :) Miłeczko, Pyzuniu, rodzinko - trzymamy kciuki :)

    OdpowiedzUsuń
  13. O zesz w morde, ale was przeoralo! Dbajcie tam o siebie!

    OdpowiedzUsuń
  14. Logika położnuch wbiła mnie w podłoże, ale pyzowych wariacji z oddychaniem nic nie przebije! Trzymajcie się!

    OdpowiedzUsuń
  15. No to pełnia przygód! Wracaj do pełni sił! Dużo zdrowia dla Was!

    OdpowiedzUsuń
  16. O rany ale przeszłyście obie z Marysią! Zdrówka dla Was, dzielne kobietki!:) Cieszę się że masz maleńką całą i zdrową przy sobie no i gratuluję z całego serca :) Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  17. Zdrówka, zdrówka dla Was Dziewczyny, byście mogły tulić się w domowych pieleszach ile wlezie :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Czekałam na te wspaniałe wieści! Teraz to już musi być tylko coraz lepiej

    OdpowiedzUsuń
  19. Boże ale mam zaległości, a Pyza już na świecie, przepraszam, nadrabiam ...

    OdpowiedzUsuń