piątek, 11 października 2013

Rozpoczyna się 26 tydzień a matka przechodzi do galopu

Wczoraj wybrałam się na wieczorne kijkowanie, pierwsze po choróbsku, które dopadło mnie pod koniec zeszłego tygodnia. Chciałam zacząć delikatnie, od spaceru 3-4 kilometrowego, ale los zdecydował inaczej.

Nie mając wielkiej weny do planowania trasy postanowiłam przejść się do parku. Spokojnie wykonałam zawijasa podążając do punktu 3 i już miałam zawracać ku domowi kiedy okazało się, że tradycyjnie nawiedzana przeze mnie Toi-Toika, oś mojego "planu treningowego", zniknęła. Nerwowe rozglądanie się nie przyniosło rezultatu. Zabrali bez słowa wyjaśnienia.
Z przerażeniem zorientowałam się, że do domu już nie dotrę. Przemyślałam sprawę i postanowiłam udać się w dokładnie przeciwną stronę, w kierunku pobliskiej przychodni. Moja średnia prędkość znacząco się poprawiła. Niestety i tutaj spotkało mnie gorzkie rozczarowanie, czarno i głucho. Sprawa zaczęła się robić nagląca. Regularnym marszobiegiem puściłam się w stronę pobliskiej cukierni ale i tu odbiłam się od zamkniętych (dokładnie 4 minuty wcześniej) drzwi.
Niedobrze!
Bardzo niedobrze!
Poziom moczu wyżej oczu!
Analiza sytuacji też nie przedstawiała się zachęcająco. Wobec braku lepszego planu zawróciłam i puściłam się galopem w stronę parku ze szczerym zamiarem udania się w najbliższe krzaki.  Na szczęście przebiegając koło budki strażnika, pilnującego, na pierwszy rzut oka, pustego placu, wypatrzyłam służbową sławojkę. Wyprosiłam, skorzystałam i odetchnęłam z ulgą.
Do domu dowlokłam się z radością w sercu, ponad siedmioma kilometrami na liczniku i całkiem zacną średnią prędkością.
Pączuś, cwaniak, wie co zrobić, żeby mieszkanko pozostało w należytej formie ;).

7 komentarzy:

  1. To się nazywa nieszczęśliwy splot wydarzeń :) My jutro planujemy długą wycieczkę do lasu, ciekawe czy kondycja mnie nie zawiedzie.

    OdpowiedzUsuń
  2. hahhaha...Miłko, uwielbiam Cię czytać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Znam to uczucie, gdy jest Ci wszystko jedno - oby tylko oddać mocz, nawet w krzakach! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj, współczuję. Ostatnio przerabiałam zapalenie pęcherza i zinwentaryzowałam chyba całe Oslo pod kątem sławojek, płatnych toalet (na szczęście czasem udawało się nie płacić) i krzaczków ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cos mi caly czas zjada komentarze... obsmialam sie z wizji Milki galopujacej ze scisnietymi nogami w strone krzakow :) ja kiedys musialam wysikac sie na schodach prowadzacych do dworca Srodmiescie w Warszawie. Fakt, nie byl to moment w moim zyciu z ktorego jestem specjalnie dumna. Ale naprawde nie mialam innego wyjscia. Na szczescie nikt mnie nie widzial. I nie bylam po spozyciu! Pocieszam sie tylko ze faceci regularnie opryskuja murki w miejscach publicznych wiec nie jestem az takim kompletnym degeneratem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie ma to jak dobra motywacja do szybkiego chodzenia ;)

    OdpowiedzUsuń