wtorek, 23 lipca 2013

O Pączusiu, który wie co lubi

Ciążowe zachcianki pchnęły mnie w ramiona szeroko pojętej kuchni orientalnej. Od jakiegoś czasu męczy mnie, dręczy i dosyć regularnie nachodzi. 

Trzeba powiedzieć, że Pączusia ma światowe gusta, popróbowała tego i owego w gościach a teraz wydaje się jej te wszystkie specjały należy traktować jako absolutną podstawę menu. Przy tym trzeba zaznaczyć, że jest raczej stanowczą młodą osobą a przy doborze jadłospisu bywa wręcz nieprzejednana. A to sobie dziecię zażyczy sushi*, a to Chow Mein. Wczoraj nic tylko Nem a dzisiaj wyłącznie zupa Pho.
(Bułce w jej wieku do szczęścia wystarczała pajda chleba z wegetariańskim smalcem, jogurt naturalny i kiełki.)
Nie żebym się przed takim jedzeniem wzbraniała, wręcz przeciwnie! Chciało by się dać upust, rzucić się w wir obżarstwa i wcinać aż do pobekiwania, ale niestety pączusiowe gusta nijak się mają do zawartości mamusinego portfela oraz zintegrowanej blokady głowy, która na szczęście działa sprawnie i uniemożliwia mi wydanie 18 zł na małą miseczkę zupy.

Mało brakło a musiałabym, gnana naprzód zachcianką a powstrzymywana przez zdrowy rozsądek, spędzić czas ciąży oblizując szyby azjatyckich lokali gastronomicznych. Ale z odsieczą przyszedł internet! 
Uwielbiam internet, coś już nawet na ten temat przebąkiwałam. Internet uratował mnie przed zawałem kiedy Bułce zrobił się wielki odczyn po szczepieniu, nauczył mnie szyć na maszynie, robić na drutach, szydełkiem i inne frywolitki, teraz dzieli się ze mną informacjami o szamocie, syfonach do zlewów, malowaniu szafek i zakładaniu warzywnika i, co nie mniej istotne, ratuje od śmierci głodowej.
Bo w internecie jest przepis na wszystko, na zupę Pho ga też :).

Dodając do tego dobrze zaopatrzone działy "kuchnie świata" w pobliskich hipermarketach i udane wczorajsze zakupy - nabyliśmy w promocji ryżowe vermicelli po 4 zł za paczkę i kilogramową paczuszkę kiełków sojowych za niecałe 5 złotych(!), i uwzględniając moje wcześniejsze zapasy jestem solidnie przygotowana na kolejny azjatycki tydzień. Dobrze, że rodzina znosi taki system żywienia ze spokojem bo pierwsza własnoręcznie przeze mnie uwita zupa Pho właśnie wypełnia mieszkanie aromatem anyżku, goździków i imbiru :).
Pączusiu, Twoje zdrówko!

*california maki, bez surowej ryby

12 komentarzy:

  1. hahhaha...mam nadzieję, że Pączusia będzie wielce usatysfakcjonowana :D aczkolwiek mnie na samą myśl o anyżu razem goździkami trzepie z obrzydzenia :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie Was nie pocieszy, że tę zupę (która ze wszystkiego jest najbardziej podobna do rosołu) je się z cytryną albo limonką ;P

      Usuń
  2. Na zdrowie dla całej rodzinki! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To ciekawie macie :) Ciekawe czy gusta do końca ciąży będą takie czy też do rozwiązania zdążycie poznać też inne kuchnie świata ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj jak dawno mnie tu nie było, zaniedbałam ulubione blogi, ale gdy się wchodzi po takiej przerwie i widzi tak dobre wieści to jest uśmiech na buzi od ucha do ucha. Niech Pączuś rośnie zdrowo! Gratuluję!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. to sie nazywa wyszukany gust! z drugiej strony lepsze to niż apetyt na kawior...

    OdpowiedzUsuń
  6. Co sobie będzie Dziecinka żałować;D Rośnijcie pięknie i zdrowo;D

    OdpowiedzUsuń