środa, 10 lipca 2013

Matka farciara

Wszystko biegło swoim zwykłym torem.
Położyłam się, zasnęłam i spałam sobie w najlepsze aż do 1:30.
Pierwszą rzeczą która zwróciła moją uwagę po przebudzeniu był pot, który stróżkami płynął mi po nogach. Po szybkiej ocenie sytuacji zorientowałam się, że tak naprawdę to cieknie mi też po rękach i szyi, włosy mam mokre i ogólnie nie ma na mnie suchego miejsca.

Do mojej świadomości zaczęła się powoli przebijać myśl, że to hipo (z powodu przedawkowania insuliny) i, że warto by w związku z tym niezwłocznie zjeść coś słodkiego. Spróbowałam wstać ale nie poszło najlepiej. Telepało mną już całkiem konkretnie i za skarby nie mogłam się wygrzebać spod kołdry. Zaczęłam wpadać w panikę co bynajmniej nie poprawiło jakości mojego szamotania się. Zaprzestałam prób z zaczęłam analizować sytuację. Wszystko razem nie wyglądało najlepiej. Z powodu mojego ciągnącego się jak guma od majtek zapalenia oskrzeli i tubalnych charchorów, które budziły Bułkę, spałam na kanapie w salonie. Drzwi do mnie były zamknięte, podobnie jak drzwi do naszej sypialni skąd mógłby nadejść z odsieczą Dumny Ojciec, gdyby mnie usłyszał. Ale nie usłyszał.

Rada nie rada wróciłam do walki z kołdrą. W końcu udało mi się wygrzebać z łóżka  i dowlec się do kuchni, gdzie zabrałam się za forsowanie zamrażalnika i pudełka z lodami. Łatwo nie poszło, ale kiedy się w końcu udało, nagroda była wielka, spokojnie mogę powiedzieć, że były to najlepsze lody jakie kiedykolwiek jadłam. Po wciągnięciu połówki kubeczka i odczekaniu ładnych paru minut zmierzyłam cukier - 50mg/dl, strach pomyśleć ile było wcześniej.

Już w miarę sprawnie poszłam po Dumnego Ojca, posiedział ze mną, zrobił herbatę i kanapki, uspokoił, pocałował na dobranoc i poszedł spać.
A ja leżałam łóżku zmęczona tym całym telepaniem, mokra jak spod prysznica i myślałam sobie jak niewiele brakowało.
O tym jakiego miałam farta.
Jakiego ogólnie mam farta.
To była dopiero druga taka hipoglikemia w moim życiu. W poprzedniej, trochę paskudniejszej, wkroczyła moja dzielna Kotuszka, która miauczała i drapała w drzwi aż sprowadziła teściową.
I o tym, że nawet z najpaskudniejszych doświadczeń wychodzę z czymś dobrym.
Gdybym nie straciła Małgosi pewnie nigdy nie dowiedziałabym się o trombofilii i do końca życia siedziała na bombie, a razem ze mną pół mojej rodziny.
Gdyby nie urlop zdrowotny w czasie studiów, nie poznałbym męża.

Prawdą jest, że swoim pechem mogłabym pewnie obdzielić kilka osób, ale za to swoim fartem obdzieliłabym pewnie kilkadziesiąt :)

8 komentarzy:

  1. Kurcze - nie wesoło :| Może na wszelki wypadek trzymaj jakieś słodkości koło łóżka :| Mam nadzieje, że szybko nie będziesz mieć znowu takiego "ataku"...

    OdpowiedzUsuń
  2. O Matko! Aż dreszcze mnie przeszły! Nianię elektroniczną powinnaś mieć na takie oddzielne od Dumnego Ojca spanie. Najważniejsze, że fart był i udało Ci się to ogarnąć, ale sytuacja masakra!

    OdpowiedzUsuń
  3. Widziałam kilka razy męża w stanie takiej hipoglikemii, straszne to. Cukier 60-70 to mój zwyczajowy na czczo, a dla męża to już telepawki i wilczy głód.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo wzruszył mnie ten post. To piękne, jak z groźnej sytuacji wyciągnęłaś wniosek, że masz dużo szczęścia. Wielu biadoliłoby i użalało nad sobą.
    Jesteś bardzo dzielna.

    OdpowiedzUsuń
  5. Straszna historia... ale z piękną pointą. Trzymaj się kochana.

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajne jest to że nie tracisz optymizmu. Jesteś mega pozytywną osobą.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się z przedmówczynią- Twoje podejście do tematu na medal :)

    OdpowiedzUsuń