piątek, 5 lipca 2013

Ciężarna gotuje jak umie (i jak nie umie) czyli historia niezwykła jednego obiadu

Jakoś tak zachciało mi się dzisiaj szpitalnego obiadu. Takiego, rozgotowanego i zaciągniętego mąką. Cóż z tego, że wstrętne i niezdrowe, zachciało się i już. Walczyłam z tym chwilę, ale żeby być do końca uczciwą muszą napisać, że niedługą. Potem przemyślałam rzecz gruntownie i zachcianka mi się sprecyzowała, a po chwili nie miałam już śladu wątpliwości - chodziło o rozciapkany ryż, potrawkę z kurczaka i marchewkę z groszkiem. Mmmm...

Raźno zabrałam się za robotę. Co prawda nie mam nawet śladu wprawy w gotowaniu takich rzeczy ale od czego są google?
Los mi sprzyjał, miałam mięso z wczorajszego zachciankowego rosołu z którym nie wiedziałam co zrobić, wyobraźcie sobie mój zachwyt kiedy dowiedziałam się, że właśnie z tego robi się potrawkę :). Znalazła się też marchewka, trochę mrożonego groszku i tu zaczęły się schody: w całym domu nie było ani ziarenka białego ryżu. Brązowy znalazł się bez trudu, ale widział kto kiedy brązowy ryż w szpitalnej diecie dla cukrzyczki?

Trudno, jak się nie ma co się lubi... Zabrałam się do gotowania.
Nie minęło 5 minut i ryż zalany wodą wylądował w szybkowarze. Chwilę później na ogniu zabulgotał rosół, który chciałam zredukować do potrawki a na trzecim palniku właśnie zagotowała się marchewka. Popatrzyłam na ten błyskawiczny postęp urzeczona własnym kuchennym kunsztem. Taka byłam z siebie dumna, że to się zwyczajnie musiało źle skończyć.
Tymczasem jednak wszystko szło zgodnie z planem. Na ostatnim palniku przygotowałam obrzydliwie tłustą zasmażkę z białej mąki, zaciągnęłam nią rosół, wrzuciłam kawałki mięsa, spróbowałam, pyyyyycha, zupełnie jak na internie :). W tym momencie zaczął pikać stoper odmierzający czas gotowania ryżu. Przekręciłam zaworek od dekompresji szybkowara... I nic. Nie syczy. Zapomniałam go zamknąć.
O durna babo!
A kiszki marsza grają!
Zamknęłam, wymyśliłam, ze najlepiej będzie jeśli pogotuję jeszcze 6 minut.

Tymczasem doszła marchewka.
Właśnie miałam i do niej robić równie obrzydliwie tłustą zasmażkę kiedy Bułka sięgnęła na stół i wylała na podłogę całą zawartość swojego kubeczka.
Już miałam się zabrać do wyławiania Bułki z kałuży kiedy jakoś tak mi się machnęło słoikiem z mąką nad patelnią z zasmażką w toku.
Wydobyłam Bułczę, wstępnie okapałam i wróciłam co prędzej bo moja ekstra zagęszczona zasmażka już zaczęła łapać podejrzany koloryt.
Właśnie pędziłam z łyżką w kierunku patelni kiedy zdałam sobie sprawę, że daleko roztropniej będzie się od teraz poruszać krokiem łyżwowym, bo podłoga śliskością nie ustępowała dobrze wyczyszczonemu lodowisku. Do zasmażki dojechałam dosłownie w ostatniej chwili i rzutem na taśmę przesypałam ją do gotującej się marchewki i groszku. Zamieszałam i w tym momencie przypomniałam sobie, że mi się "sypło" i zdecydowanie nie powinnam dodawać całości. Zresztą nawet nie musiało się przypominać, bo potrawa zaczęła gęstnieć w zastraszającym tempie, dając świadectwo mojej pomyłce. Zaczęłam dolewać wody z czajnika i już po niedługiej chwili uzyskałam budyń o bardzo prawidłowej konsystencji z rzadko zawieszonymi groszkami i kawałkami marchwi. Co teraz? Więcej marchwi nie było, ta mocno straciła na jadalności i urodzie a bez marchewki z groszkiem to przecież nie to samo! Myślałam, myślałam i wymyśliłam. Dolałam jeszcze więcej wody z czajnika i z garnkiem pełnym szarawej treści doślizgałam się do zlewu, gdzie wylałam ją na durszlak, żeby nadmiar budyniu odciekł. Nadmiar odciekał jak malowanie, kiedy przypomniałam sobie o ryżu, który coś podejrzanie długo nie piszczał.
Połyżwowałam z powrotem do kuchenki, sprawdziłam minutnik. Zapomniałam ustawić! Znów błysnęłam! No przecież, co dwie głowy to nie jedna.

W tym momencie usłyszałam pikanie domofonu - wracał Dumny Ojciec.
Otworzyłam szybkowar, ryż dał się kroić i dowolnie formować. Chlapnęłam łyżką po apetycznym kleksie, dodałam odcedzoną z zasmażki marchew i potrawkę, która jednak nie zdążyła się zredukować i miała dosyć ekhm... luźną konsystencję.

Dumny Ojciec odrobinę zaskoczony doborem menu usiadł i zjadł ze smakiem. Ja spróbowałam bez przekonania i doznałam olśnienia: wszystko było idealne, dokładnie takie jak w szpitalu. Wzięłam jak za dobrych starych czasów 12j Novorapidu na raz, zjadłam z zachwytem, a po godzinie dostałam nieoczekiwaną nagrodę w postaci glikemii wynoszącej 114 mg/dl.

Już wszystko jasne. Przejrzałam szpitalne kucharki i poznałam ich mroczne sekrety. Podziwiam ich kunszt i zaangażowanie. Jedno mnie tylko zastanawia: jak one dają radę jeździć na butach po kuchni z tymi olbrzymimi ociekającymi zasmażką durszlakami?

14 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. jeszcze dodam że mąż się popłakał ze śmiechu jak to przeczytał.. a to mu się rzadko zdarza :D

      Usuń
  2. buahahahahaa :P
    dawno jakoś do ciebie nie zaglądałam... durna ja :D się poprawię psze pani :D

    OdpowiedzUsuń
  3. hahhahha...genialny post :D
    Oczami wyobraźni widziałam całą akcję :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Baaardzo obrazowo, uwielbiam Cię czytać, ciąża wybitnie służy talentom pisarskim :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hihihi mi bez zachcianek zdarzaja sie takie dni w kuchni ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ołaaa, czyli nawet z brązowego ryżu się da ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetne :D
    Wyobrażam sobie jak to musiało na żywo wyglądać :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Cudnie :) Chciałabym to wszystko widzieć na własne oczy ;)

    OdpowiedzUsuń