wtorek, 30 lipca 2013

: )

Niby mam już wprawę i powinnam takie rzeczy rozpoznawać od ręki, ale postanowiłam dać sobie trochę czasu do namysłu. Namyślałam się i wsłuchiwałam przez dwa dni i teraz chyba mogę już oficjalnie napisać: Pączuś kopsa!
Jeszcze pewnie zdążę zacząć na to kopsanie marudzić ale tym czasem cieszę się bardzo i wyczekuję kolejnych wygibasów małego wijątka :).

poniedziałek, 29 lipca 2013

2 dobre wiadomości i jedna trochę gorsza

Na początek wiadomość bardzo, bardzo dobra: Pączuś ma się świetnie, na dzisiejszym usg wiercił się i mościł, ziewał i machał łapeńkami. Słodki malutek.

Druga dobra wiadomość jest taka, że odebrałam wyniki testu PAPP-a i są fantastyczne:
ryzyko trisomii 21 - 1:10327
trisomii 18 - <1:20000
trisomii 13 - <1:20000
samoistnego porodu wczesnego przed 34 tc - 1:723
Szacowane ryzyko jest wielokrotnie niższe niż to wynikające z samego mojego wieku :).

Niestety ostatni nowina nie nastraja tak optymistycznie jak dwie poprzednie - mam dosyć marne wyniki moczu: białko 10mg/dL, 16-25 erytrocytów w polu widzenia, leukocyty 500WBCs/uL (norma <25), krew utajona 0,1mg/dL (norma <0,03), nabłonki płaskie bardzo liczne, bakterie i pasma śluzu pojedyncze. Do tego zaczęłam puchnąć, ale mam nadzieję, że to wina upału (u nas aktualnie 38C w cieniu). Dostałam antybiotyk i liczę, że przejdzie i to sprawnie, a wyniki posiewu potwierdzą, że winne były bakterie, może i pojedyncze ale za to niebywale rozhulane, bo za dwa tygodnie chcielibyśmy jechać nad morze. 
Bułkowe kółeczko do pływania już czeka :).

Bo jeśli to jednak nie bakterie, to trochę się boję.

wtorek, 23 lipca 2013

O Pączusiu, który wie co lubi

Ciążowe zachcianki pchnęły mnie w ramiona szeroko pojętej kuchni orientalnej. Od jakiegoś czasu męczy mnie, dręczy i dosyć regularnie nachodzi. 

Trzeba powiedzieć, że Pączusia ma światowe gusta, popróbowała tego i owego w gościach a teraz wydaje się jej te wszystkie specjały należy traktować jako absolutną podstawę menu. Przy tym trzeba zaznaczyć, że jest raczej stanowczą młodą osobą a przy doborze jadłospisu bywa wręcz nieprzejednana. A to sobie dziecię zażyczy sushi*, a to Chow Mein. Wczoraj nic tylko Nem a dzisiaj wyłącznie zupa Pho.
(Bułce w jej wieku do szczęścia wystarczała pajda chleba z wegetariańskim smalcem, jogurt naturalny i kiełki.)
Nie żebym się przed takim jedzeniem wzbraniała, wręcz przeciwnie! Chciało by się dać upust, rzucić się w wir obżarstwa i wcinać aż do pobekiwania, ale niestety pączusiowe gusta nijak się mają do zawartości mamusinego portfela oraz zintegrowanej blokady głowy, która na szczęście działa sprawnie i uniemożliwia mi wydanie 18 zł na małą miseczkę zupy.

Mało brakło a musiałabym, gnana naprzód zachcianką a powstrzymywana przez zdrowy rozsądek, spędzić czas ciąży oblizując szyby azjatyckich lokali gastronomicznych. Ale z odsieczą przyszedł internet! 
Uwielbiam internet, coś już nawet na ten temat przebąkiwałam. Internet uratował mnie przed zawałem kiedy Bułce zrobił się wielki odczyn po szczepieniu, nauczył mnie szyć na maszynie, robić na drutach, szydełkiem i inne frywolitki, teraz dzieli się ze mną informacjami o szamocie, syfonach do zlewów, malowaniu szafek i zakładaniu warzywnika i, co nie mniej istotne, ratuje od śmierci głodowej.
Bo w internecie jest przepis na wszystko, na zupę Pho ga też :).

Dodając do tego dobrze zaopatrzone działy "kuchnie świata" w pobliskich hipermarketach i udane wczorajsze zakupy - nabyliśmy w promocji ryżowe vermicelli po 4 zł za paczkę i kilogramową paczuszkę kiełków sojowych za niecałe 5 złotych(!), i uwzględniając moje wcześniejsze zapasy jestem solidnie przygotowana na kolejny azjatycki tydzień. Dobrze, że rodzina znosi taki system żywienia ze spokojem bo pierwsza własnoręcznie przeze mnie uwita zupa Pho właśnie wypełnia mieszkanie aromatem anyżku, goździków i imbiru :).
Pączusiu, Twoje zdrówko!

*california maki, bez surowej ryby

poniedziałek, 22 lipca 2013

O samodzielnej Bułce, cukrze, Pączusiowym dyngsie i o dyngsach w ogóle

Bułce rosną trójki w związku z czym przeżywamy całą rodziną trudne chwile. Nie jest dramatycznie jak przy czwórkach, nie ma spazmów i płaczów, ale pochmurna Bułka często wkłada paluszki do buzi i tłumaczy każdemu gotowemu słuchać o jej nieszczęściu gdzie ją "ajaj" i "ojojoj".
Wczoraj wieczorem jojczała smutno i nie bardzo chciała się dać uśpić Dumnemu Ojcu, mimo, że zabrał ją do naszego łóżka, głaskał i przytulał. Około 22 poszłam go zmienić. Bułka przytuliła się do mnie boczkiem, poleżała chwilę a potem przewróciła się na brzuszek i stanęła na czworaka. Korrida nadchodzi - pomyślałam sobie. Ale czekała mnie niemała niespodzianka. Bułka przysunęła się, cmoknęła mnie wyciągniętym dziobkiem po czym pokazała, że chce swoją ukochaną owcę, cmoknęła i ją, przytuliła jak boa dusiciel, po czym pokazała, że chce żeby odłożyć ją do łóżeczka, gdzie umościła się wygodnie i zasnęła.

Dzisiaj obudziła się o 5. Zabrałam ją do łóżka ale po krótkim przytulaniu, buziaczku i okładzie z owcy zdecydowała się na powrót do siebie, gdzie spała słodko aż do 7.
Szok i niedowierzanie!

Mnie ostatni tydzień upłynął mi pod znakiem szalejących cukrów (3x zobaczyłam na glukometrze Lo, czyli mniej niż 10mg/dl i raz Hi czyli więcej niż 600mg/dl) desperacji i paniki z tym związanej.
Dzisiaj udałam się do diabetologa ale zamiast spodziewanej reprymendy dostałam nowy glukometr, bo poprzedni przetestowany roztworami mianowanymi pokazywał straszliwe głupoty. Co prawda nowy w pierwszym pomiarze podliczył mnie na 234 mg/dl ale to i tak wygląda zdecydowanie lepiej niż poprzednim tygodniu. Kamień z serca.

A na deser o Pączusiowym dyngsie. Bo w usg dyngs zdecydowanie się ujawnił :).
I to nie byle jaki bo dyngs damski!
Brzmi egzotycznie ale już śpieszę z wyjaśnieniem: otóż w okolicach 11-14 tygodnia dyngs występuje u obydwu płci. Jednak dyngs męski:

jest skierowany inaczej niż dyngs damski:

a strona w jaką się ów dyngs zwróci pozwala ze sporym prawdopodobieństwem ocenić płeć :)

Wiek ciąży11 tc12tc13 tc14 tc
Możliwość przypisania płci maluchom w grupach wiekowych68%88%94%98%
Właściwa identyfikacja płci50%84%90%94%
Chłopcy nieprawidłowo oznaczeni jako dziewczynki41%13% 8% 5%
Dziewczynki nieprawidłowo oznaczone jako chłopcy 9% 3% 2% 1%
Prawidłowo oznaczona płeć na 100 badań usg34808592

Zdjęcia dyngsów i wszystkie mądrości z tym związane zaczerpnęłam stąd.

czwartek, 18 lipca 2013

O wszystkim po trochu

Razem z Pączusiem dumnie wkroczyliśmy w drugi trymestr, jedna trzecia za nami. Dobre wyniki usg pierwszego trymestru dały mi chwilę oddechu od napadów paniki. Powoli zaczynam wierzyć, że wszystko dobrze się skończy. Mam już 2 kg na plusie i 95 cm w obwodzie brzucha.
Jeśli jeszcze ktoś ma jakieś typy co do pączusiowej płci to obstawiajcie szybko (w prawym, górnym rogu) bo lada moment nie wytrzymam i wypaplam :).

Dzisiaj kupiłam pierwszą rzecz do naszej nowej kuchni - zlew. Uparłam się na biały bo wyjątkowo nie lubię zacieków na stalowych a czego bym nie zrobiła one tam zawsze są. Wyszłam z założenia, że umywalka wygląda schludniej, mimo, że wszyscy plują na nią pastą do zębów, może i ze zlewem kolor zdziała cuda?
Sporo jeszcze wyborów, kupowania i roboty przed nami.
Mam nadzieję, że wyrobimy się ze wszystkim i Pączuś prosto ze szpitala pojedzie do swojego własnego domku.

Krótkie nerwy nie pozwalają mi ostatnio kontynuować cyklu opowiastek o teściu. Nie żeby nie było o czym pisać ale mam spore wątpliwości czy to jeszcze byłoby zabawne. 
Zaczynam odliczać dni do wyprowadzki. Odrobinę lata mi lewa powieka.

A Bułeczka w tym całym ciążowo - przedremontowym zamieszaniu ma się świetnie, ślicznieje, mądrzeje i się wydłuża. Stopka prawie się jej wyprostowała, humor dopisuje. Nie mówi wiele, głównie tata, to da (daj to), nia-nia (mniam mniam) i maaaaamaaaa, bardzo przeciągle, w tonacji mol. Na wesoło nadal jestem dla niej tatą ;). Z coraz większą biegłością wcina łyżką i widelcem, i bardzo chętnie próbuje swoich sił w piciu z dorosłego kubka.

Ostatnio prawie nie rozstaje się ze swoim rowerkiem biegusem dla najmłodszych. Opanowała cały szereg manewrów: sprawnie skręca, jeździ na wstecznym, zawraca a nawet odpychając się obiema nóżkami na raz sunie z rozwianymi włosiętami i donośnym śmiechem . Tylko patrzeć jak zacznie driftować ;).

Ale i tak ze wszystkiego na świecie najbardziej lubi jeździć na tacie i z nim hopsać zapewniając tym samym odpowiednią dawkę zaprawy fizycznej ;). Najbardziej motywujący trener osobisty ;)

środa, 17 lipca 2013

Clexane Horror Picture Show

Nie jest tak źle jak się zapowiadało. 
W zasadzie trzeba powiedzieć, że jest o wiele lepiej. I zdecydowanie bardziej estetycznie.
Clexanowe siniaki nie wywołują już okrzyków przerażenia, co najwyżej pełne politowania potakiwanie ;).
Miałam nadzieję, że na fali tego postępu gładko dopłynę do brzucha o jednolitym kolorycie, takiego w sam raz na ciążowe słit focie. I prawie się udało:
Ale jednak co clexane, to... siniak ;)

wtorek, 16 lipca 2013

Zgaduj pączkula :)

W związku z tym, że Pączuś jest bardzo dorodnym i niezbyt wstydliwym dziecięciem postanowił dać nam więcej czasu na wymyślanie imienia i z 85-90% prawdopodobieństwem ujawnił swoją płeć.

Jeśli macie ochotę, po prawej stronie na górze możecie obstawiać swój typ w tej sprawie. 

Moja ulubiona ankieta oparta na mądrościach ludowych wydaje się stawiać sprawę jasno:

Na 26% będzie to chłopczyk.
Na 74% będzie to dziewczynka.
A to dlatego, że:
• kilogramy zlokalizowały się wokół bioder i na pośladkach - dziewczynka
• Włosy na Twoich nogach rosną tak samo jak przed ciążą - dziewczynka
• Masz wysoko brzuch - dziewczynka
• Śpisz w łóżku z głową na północ - chłopiec
• Stopy nie marzną Ci bardziej niż przed ciążą - dziewczynka
• Lubisz piętki chleba - chłopiec
• Przyszły tato nie przybiera na wadze - dziewczynka
• Babcia nie ma siwych włosów - dziewczynka
• Miałaś poranne nudności we wczesnej ciąży - dziewczynka
• Twoje piersi powiększyły się znacznie - dziewczynka
• Liczba stanowiąca sumę: lat mamy w momencie poczęcia dziecka i numeru miesiąca,
   w którym doszło do poczecia jest liczbą parzystą - chłopiec
• Twój nos pozostał bez zmian - dziewczynka
• Objadasz się owocami - dziewczynka
• Częstotliwość uderzeń serca maluszka wynosi powyżej 140/min - dziewczynka
• Uwielbiasz sok pomarańczowy - dziewczynka
• Nie odczuwasz bóli głowy - dziewczynka
• Twój brzuch wygląda jak arbuz - dziewczynka
• Pokazujesz ręce stroną dłoniową do góry - dziewczynka
• Podnosisz kubek za ucho - chłopiec

poniedziałek, 15 lipca 2013

Pączuś zdrów :D

Pączuś cały, zdrowy i wyjątkowo dorodny. Taki dorodny, że wygląda na o tydzień starszego niżby to wynikało z poprzednich usg i wszystkich znaków na niebie i ziemi. 
Ma przepięknie zarysowany nosek, niewielką fałdkę na karku, serduszko jak dzwoneczek, a nerki i inne podrobiki w najlepszym porządku. Mierzy już 67,8 mm. Podobno tymczasem pączusiowy wzrost nie ma nic wspólnego z moją dietą a maluchy słodkich mam zaczynają grubieć na cukrze dopiero w drugim trymestrze.

Przekazuję pączusiowe pozdrowienia i podziękowania za kciuki:
W szerszym planie Pączuś prezentuje się następująco:
Noga na nogę - jest, luźna poza - jest, tylko drink z palemką się na usg nie załapał.
A jeszcze 6 tygodni temu był takim maleńkim okruszkiem:
Widać, że kurczak w potrawce i odcedzana marchewka nie poszły na marne ;).

niedziela, 14 lipca 2013

Jutro z rana wybieramy się na podglądanie Pączusia, mierzenie przezierności, sprawdzanie noska i pobieranie krwi do testu PAPP-A. Stres jest.
Ale mam nadzieję, że wrócę z samymi dobrymi wiadomościami.

czwartek, 11 lipca 2013

Rocznica kwiatowo-owocowa

Dzisiaj przypada nasza kwiatowo-owocowa rocznica ślubu (osoba, która wymyśliła tę nazwę zasłużyła na order). Według bardziej tradycyjnej rachuby czasu - czwarta. Przybyło nam po parę siwych włosów i zagnieceń pod oczami, jedna cudna Bułka i jeden Pączuś w drodze, ale po chwili namysłu śmiem twierdzić, że w sumie niewiele się zmieniło. I to jest dobra wiadomość :).
Powyżej skromna dokumentacja upływu czasu: zdjęcia z naszego pierwszego wspólnego wyjazdu, po środku my, dokładnie 4 lata temu, na dole zdjęcia tegoroczne w tym ostatnie, wczorajsze, ze mną w charakterze zaoblającej się, dorodnej bulwy :)

środa, 10 lipca 2013

Matka farciara

Wszystko biegło swoim zwykłym torem.
Położyłam się, zasnęłam i spałam sobie w najlepsze aż do 1:30.
Pierwszą rzeczą która zwróciła moją uwagę po przebudzeniu był pot, który stróżkami płynął mi po nogach. Po szybkiej ocenie sytuacji zorientowałam się, że tak naprawdę to cieknie mi też po rękach i szyi, włosy mam mokre i ogólnie nie ma na mnie suchego miejsca.

Do mojej świadomości zaczęła się powoli przebijać myśl, że to hipo (z powodu przedawkowania insuliny) i, że warto by w związku z tym niezwłocznie zjeść coś słodkiego. Spróbowałam wstać ale nie poszło najlepiej. Telepało mną już całkiem konkretnie i za skarby nie mogłam się wygrzebać spod kołdry. Zaczęłam wpadać w panikę co bynajmniej nie poprawiło jakości mojego szamotania się. Zaprzestałam prób z zaczęłam analizować sytuację. Wszystko razem nie wyglądało najlepiej. Z powodu mojego ciągnącego się jak guma od majtek zapalenia oskrzeli i tubalnych charchorów, które budziły Bułkę, spałam na kanapie w salonie. Drzwi do mnie były zamknięte, podobnie jak drzwi do naszej sypialni skąd mógłby nadejść z odsieczą Dumny Ojciec, gdyby mnie usłyszał. Ale nie usłyszał.

Rada nie rada wróciłam do walki z kołdrą. W końcu udało mi się wygrzebać z łóżka  i dowlec się do kuchni, gdzie zabrałam się za forsowanie zamrażalnika i pudełka z lodami. Łatwo nie poszło, ale kiedy się w końcu udało, nagroda była wielka, spokojnie mogę powiedzieć, że były to najlepsze lody jakie kiedykolwiek jadłam. Po wciągnięciu połówki kubeczka i odczekaniu ładnych paru minut zmierzyłam cukier - 50mg/dl, strach pomyśleć ile było wcześniej.

Już w miarę sprawnie poszłam po Dumnego Ojca, posiedział ze mną, zrobił herbatę i kanapki, uspokoił, pocałował na dobranoc i poszedł spać.
A ja leżałam łóżku zmęczona tym całym telepaniem, mokra jak spod prysznica i myślałam sobie jak niewiele brakowało.
O tym jakiego miałam farta.
Jakiego ogólnie mam farta.
To była dopiero druga taka hipoglikemia w moim życiu. W poprzedniej, trochę paskudniejszej, wkroczyła moja dzielna Kotuszka, która miauczała i drapała w drzwi aż sprowadziła teściową.
I o tym, że nawet z najpaskudniejszych doświadczeń wychodzę z czymś dobrym.
Gdybym nie straciła Małgosi pewnie nigdy nie dowiedziałabym się o trombofilii i do końca życia siedziała na bombie, a razem ze mną pół mojej rodziny.
Gdyby nie urlop zdrowotny w czasie studiów, nie poznałbym męża.

Prawdą jest, że swoim pechem mogłabym pewnie obdzielić kilka osób, ale za to swoim fartem obdzieliłabym pewnie kilkadziesiąt :)

poniedziałek, 8 lipca 2013

Pączuś wypoczywa a Bułka woli mocne wrażenia

Widziałam Pączusia! Przeciągał się, mlaskał i się mościł.
Niech wypoczywa póki może bo potem Dumny Ojciec weźmie go w obroty* :).

* Osoby, które niepokoi rozmach Dumnego Ojca niech się uważnie przyjrzą cieniowi - to nie bułkowa katapulta tylko kombinacja szerokokątnego obiektywu i ofiarnej matki, która z aparatem czołgała się w trawie ;).

piątek, 5 lipca 2013

Ciężarna gotuje jak umie (i jak nie umie) czyli historia niezwykła jednego obiadu

Jakoś tak zachciało mi się dzisiaj szpitalnego obiadu. Takiego, rozgotowanego i zaciągniętego mąką. Cóż z tego, że wstrętne i niezdrowe, zachciało się i już. Walczyłam z tym chwilę, ale żeby być do końca uczciwą muszą napisać, że niedługą. Potem przemyślałam rzecz gruntownie i zachcianka mi się sprecyzowała, a po chwili nie miałam już śladu wątpliwości - chodziło o rozciapkany ryż, potrawkę z kurczaka i marchewkę z groszkiem. Mmmm...

Raźno zabrałam się za robotę. Co prawda nie mam nawet śladu wprawy w gotowaniu takich rzeczy ale od czego są google?
Los mi sprzyjał, miałam mięso z wczorajszego zachciankowego rosołu z którym nie wiedziałam co zrobić, wyobraźcie sobie mój zachwyt kiedy dowiedziałam się, że właśnie z tego robi się potrawkę :). Znalazła się też marchewka, trochę mrożonego groszku i tu zaczęły się schody: w całym domu nie było ani ziarenka białego ryżu. Brązowy znalazł się bez trudu, ale widział kto kiedy brązowy ryż w szpitalnej diecie dla cukrzyczki?

Trudno, jak się nie ma co się lubi... Zabrałam się do gotowania.
Nie minęło 5 minut i ryż zalany wodą wylądował w szybkowarze. Chwilę później na ogniu zabulgotał rosół, który chciałam zredukować do potrawki a na trzecim palniku właśnie zagotowała się marchewka. Popatrzyłam na ten błyskawiczny postęp urzeczona własnym kuchennym kunsztem. Taka byłam z siebie dumna, że to się zwyczajnie musiało źle skończyć.
Tymczasem jednak wszystko szło zgodnie z planem. Na ostatnim palniku przygotowałam obrzydliwie tłustą zasmażkę z białej mąki, zaciągnęłam nią rosół, wrzuciłam kawałki mięsa, spróbowałam, pyyyyycha, zupełnie jak na internie :). W tym momencie zaczął pikać stoper odmierzający czas gotowania ryżu. Przekręciłam zaworek od dekompresji szybkowara... I nic. Nie syczy. Zapomniałam go zamknąć.
O durna babo!
A kiszki marsza grają!
Zamknęłam, wymyśliłam, ze najlepiej będzie jeśli pogotuję jeszcze 6 minut.

Tymczasem doszła marchewka.
Właśnie miałam i do niej robić równie obrzydliwie tłustą zasmażkę kiedy Bułka sięgnęła na stół i wylała na podłogę całą zawartość swojego kubeczka.
Już miałam się zabrać do wyławiania Bułki z kałuży kiedy jakoś tak mi się machnęło słoikiem z mąką nad patelnią z zasmażką w toku.
Wydobyłam Bułczę, wstępnie okapałam i wróciłam co prędzej bo moja ekstra zagęszczona zasmażka już zaczęła łapać podejrzany koloryt.
Właśnie pędziłam z łyżką w kierunku patelni kiedy zdałam sobie sprawę, że daleko roztropniej będzie się od teraz poruszać krokiem łyżwowym, bo podłoga śliskością nie ustępowała dobrze wyczyszczonemu lodowisku. Do zasmażki dojechałam dosłownie w ostatniej chwili i rzutem na taśmę przesypałam ją do gotującej się marchewki i groszku. Zamieszałam i w tym momencie przypomniałam sobie, że mi się "sypło" i zdecydowanie nie powinnam dodawać całości. Zresztą nawet nie musiało się przypominać, bo potrawa zaczęła gęstnieć w zastraszającym tempie, dając świadectwo mojej pomyłce. Zaczęłam dolewać wody z czajnika i już po niedługiej chwili uzyskałam budyń o bardzo prawidłowej konsystencji z rzadko zawieszonymi groszkami i kawałkami marchwi. Co teraz? Więcej marchwi nie było, ta mocno straciła na jadalności i urodzie a bez marchewki z groszkiem to przecież nie to samo! Myślałam, myślałam i wymyśliłam. Dolałam jeszcze więcej wody z czajnika i z garnkiem pełnym szarawej treści doślizgałam się do zlewu, gdzie wylałam ją na durszlak, żeby nadmiar budyniu odciekł. Nadmiar odciekał jak malowanie, kiedy przypomniałam sobie o ryżu, który coś podejrzanie długo nie piszczał.
Połyżwowałam z powrotem do kuchenki, sprawdziłam minutnik. Zapomniałam ustawić! Znów błysnęłam! No przecież, co dwie głowy to nie jedna.

W tym momencie usłyszałam pikanie domofonu - wracał Dumny Ojciec.
Otworzyłam szybkowar, ryż dał się kroić i dowolnie formować. Chlapnęłam łyżką po apetycznym kleksie, dodałam odcedzoną z zasmażki marchew i potrawkę, która jednak nie zdążyła się zredukować i miała dosyć ekhm... luźną konsystencję.

Dumny Ojciec odrobinę zaskoczony doborem menu usiadł i zjadł ze smakiem. Ja spróbowałam bez przekonania i doznałam olśnienia: wszystko było idealne, dokładnie takie jak w szpitalu. Wzięłam jak za dobrych starych czasów 12j Novorapidu na raz, zjadłam z zachwytem, a po godzinie dostałam nieoczekiwaną nagrodę w postaci glikemii wynoszącej 114 mg/dl.

Już wszystko jasne. Przejrzałam szpitalne kucharki i poznałam ich mroczne sekrety. Podziwiam ich kunszt i zaangażowanie. Jedno mnie tylko zastanawia: jak one dają radę jeździć na butach po kuchni z tymi olbrzymimi ociekającymi zasmażką durszlakami?

A u nas (w skrócie)


Bułka 
Zaliczyła kardiologa na 4 z plusem, szmery nadal są, ekg nadal nie nadaje się na wystawę, ale sytuacja jest bezpieczna i kolejna kontrola czeka nas dopiero za 2 lata :). Wszystko wskazuje na to, że to nic poważnego tylko genetyczny śmietnik po mamie.

Pokasłuje i marudzi (pewnie po szczepionce) oraz psoci na potęgę. Dla przykładu wczoraj, z łatwą do rozpoznania, cwaną miną, pędziła w szkodę. Kiedy próbowałam ją dogonić przyspieszyła a ja nie wyrobiwszy się na zakręcie wyłoiłam się na kafelkach. Zanim zdążyłam się zebrać z podłogi i dobiec na miejsce, wspięła się na krzesło, po nim na stół, gdzie złapała za marker (na szczęście nie tak permanentny jak piszą) jednym sprawnym ruchem pomazała monitor a kolejnym domalowała sobie hitlerowski wąsik.

ja 
Nadal chora na zapalenie oskrzeli, dalej kaszlę jak ze studni (i nadal nie mogę nic na to wziąć), ale już chyba trochę mniej donośnie. 
Pierwszy raz w życiu z własnej woli rzuciłam się na rosół. Oprócz tego grane są nektarynki oraz chleb z serem żółtym i ketchupem (jak na mnie - ogromna egzotyka).
Tym razem orderu za cukier nie będzie, cieszę się jeśli się wyrobię w granicach 50-190. Na razie dołożyłam 10j i dziarsko wskoczyłam na średnio 34j /dzień.
Nacieram się i oskrobuję naturalnymi kosmetykami ufundowanymi przez ciocię Olę (ciociu Olu, wielkie dzięki!). Efekty mnie zachwycają. Dumny Ojciec nie zauważył różnicy.
Nadal siniaczę się Clexanem, na szczęście przeważnie mniej spektakularnie niż do tej pory. Mam w związku z tym pewien przewrotny plan, ale na razie się nie wygadam.
Jestem mniej senna. Nie mam mdłości.
Wybrzuszyłam się na tyle, że ustępują mi miejsca w tramwaju. 
Drugi trymestr coraz bliżej.

Przytyłam 1,5 kg a obwód brzucha wynosi już 92 cm. Dowieźli nowe cycki w miejsce tych, które zniknęły po karmieniu ;).
  
Pączuś
Siedzi przyczajony i nie sprawia kłopotów. Ma już ponad 4 cm i ślicznie rośnie, nawet szybciej niż by to mogło wynikać z wcześniejszych usg. Mam nadzieję, że nie za sprawą chleba z serem i ketchupem.

czwartek, 4 lipca 2013

O Bułkowym wylansie

(Uwaga, zawiera marudzenie i wymądrzanie się)

Mało tu ostatnio fotek Bułki. Ale to nie dlatego żeby jej się aparycja pogorszyła. Wręcz przeciwnie, Bułka pięknieje z dnia na dzień, obrasta loczkami a rzęsy ma już chyba półmetrowe. Niestety na blogowe słit focie się przeważnie nie kwalifikuje. A oto czemu.
Większość swoich  licznych posiłków (wszystkie oprócz porannej i wieczornej kaszy) Bułka zjada własnoręcznie ze wszystkimi konsekwencjami takiego stanu rzeczy.
Na spacerkach niewiele ma w sobie z małej damy, biega, grzebie w piachu i z zapałem pełza po rampach dla wózków a na balkonie przesadza dziadkowi kwiatki, chyba, że wpadnie na coś bardziej pomysłowego.
Ale to jeszcze nie koniec czynników wpływających niekorzystnie na jej look. Głównym winnym jest tutaj, nie ukrywajmy, jej rodzona matka, która zamiast wystroić dziecko jak należy pozwala mu nosić zdarte łachy bez ksztyny szyku.

Kombinacja matczynego wylansu i Bułkowego stylu eksploatacji ciuszków daje efekt godny młodocianego obszczymurka. I tak już chyba pozostanie, bo wierzyć mi się nie chce, żeby Bułce nagle przyszło do głowy szanować ubranka, a ja z kolei w moim anyszafiarskim zapędzie jestem chyba jeszcze bardziej zatwardziała niż Bułka w grzebaniu w paprochach.

Nie rozumiem strojenia maluchów w dorosłe ciuszki które nijak się mają do ich komfortu. Bułka w sztywnym płaszczu? Nie na mojej zmianie. Tym bardziej nie rozumiem przymusu wydawania góry pieniędzy na ciuszki modne, markowe i ekskluzywne jeśli matka chodzi czwarty rok w  tych samych butach. I to jeszcze w imię czego? Żeby dziecko mogło się stać godną platformą prezentowania matczynego, bo przecież nie własnego, stylu? Żeby rodzice mogli odetchnąć z ulgą, że dorośli do standardów z kolorowych pism? Czy żeby od najmłodszych lat mogło, jak przystało na dobrego obywatela, konsumując walczyć o wzrost gospodarczy?

Dla pełnej jasności, nie chodzi mi o to żeby ubierać dziecko brzydko. Ubierając Bułkę mam na względzie zupełnie inne kryteria:
  1. najważniejsze - jej wygoda
  2. cena, nie koniecznie niska ale proporcjonalna do tej, jaką bym zapłaciła za swoje ubrania uwzględniając, że dziecko będzie ze swoich korzystało krócej ale za to intensywniej. Smutno się patrzy na dzieci opływające we wszystko po kolei, kosztem rodziców, dla których, po kupieniu kolejnego wdzianka, gadżetu czy lekcji baletu, już zwyczajnie nie wystarcza. A jeszcze smutniej patrzy się na to, co z takich dzieci potem wyrasta.
  3. mój komfort psychiczny pozwalający mi uniknąć zawału w razie plam, dziur i innych oznak eksploatacji. Dziecko ma się brudzić, po to jest :). Ubrania nie powinny mu przeszkadzać w dobrej zabawie. Mój tata, jako kilkuletni maluch, dostał przepiękny biały kożuszek, po dziś dzień go ciepło wspomina ;P
  4. jeśli da radę - optymalnie jeśli ciuszek jest używany, bo to praktycznie (wiadomo jak znosi pranie ;)) i eko
  5. wygląd - też ma znaczenie :) jasne, że fajnie jeśli się na chwilę przed wytytłaniem się maluch wygląda uroczo :)

wtorek, 2 lipca 2013

Niezbyt pulchna Bułka

Bułka zmierzona, zważona, osłuchana i zaszczepiona :).
Jeśli idzie o wzrost, dzielnie się trzyma w 50 centylu, niezależnie kogo by o to nie zapytać.

Z wagą nie jest tak świetnie, więc postanowiłam sobie nieco poprawić nastrój oglądając siatki WHO

Bo polskie normy wolą pulchniejsze maluchy:
 A o Bułce wiele można powiedzieć ale raczej nie to, że jest pulchna. W wieku 15 miesięcy - równo 9kg żywej wagi.
Cóż, jaka mać taka nać. Podobno moich rodziców dopadła kiedyś podczas spaceru babcia emerytka i robiła im gorzkie wyrzuty, że oni tak dobrze wyglądają a dziecko takie zamorzone. 
Bułkowy tata też zawsze pośród rówieśników najmniejszy i najchudszy, z dumą obnosił wystające okrągłe kolanka i łokcie.
No ale my nie jedliśmy, byliśmy wybredni i nejadkowaci do granic, więc były jakieś podstawy dla takiego stanu rzeczy. Ja podobno potrafiłam odmawiać jedzenia, niezależnie od tego czego by mi nie zaproponowano, nawet kiedy zaczynałam mdleć z głodu.
Bułka za to wcina aż się jej uszy trzęsą, nic się przed nią nie uchowa. Kategoryczne "to da!" pada z jej ustek wiele razy dziennie a radosne "mniam, mniam" (a konkretnie "nia, nia, nia"), uśmiechy i pełne aprobaty potakiwanie, podsumowują prawie każdy zaproponowany jej posiłek. Gotowanie dla takiego malucha to czysta przyjemność, i całe szczęście, bo trochę tego gotowania jest - codziennie Bułka obowiązkowo spożywa:
  • śniadanko
  • drugie śniadanko
  • przekąskę, najczęściej w postaci jabłka albo innych owoców
  • obiadek
  • po przerwie na drzemkę drugi obiadek
  • podwieczorek
  • kolację
i biada temu, kto spróbuje zaniedbać ten precyzyjny harmonogram.
Pozostaje mieć nadzieję, że w końcu całe to spożywane z takim entuzjazmem jedzenie pójdzie mojej turbo niteczce w fałdki i wałeczki :) .

Szybkowar :)

Szybkowar dostaliśmy w prezencie niecały rok temu i szczerze powiedziawszy na początku nie bardzo wiedziałam jak się za niego zabrać. W głowie mi się pomieścić nie mogło, że można coś ugotować nie mieszając tego i nie próbując 10x w trakcie. Jednak już pierwsze próby przekonały mnie, że jest to jak najbardziej wykonalne a niedługo później szybkowar stał się moim ulubionym i najczęściej używanym kuchennym przydasiem, który pozwala mi oszczędzić sporo energii i jeszcze więcej czasu :). Ten post piszę z potrzeby wylania gdzieś mojej namiętności do szybkowarzenia i podzielenia się ulubionymi przepisami :). Oto i one:

Młode ziemniaczki
oskrobać, umyć, wrzucić do szybkowara, zalać wodą do połowy wysokości bulwek, osolić. Wstawić na duży gaz a kiedy zacznie syczeć przestawić na mały i gotować 6 min.

Pilawo - risotto z brązowego ryżu z indykiem, szpinakiem i zielonym groszkiem (ulubiona potrawa Bułki :))
z tych składników wychodzi danie na 4 osoby.
  • 2 cebule
  • 1 spore jabłko
  • 500g mielonego z indyka
  • siekany szpinak
  • groszek zielony mrożony lub świeży w ilościach zależnych od upodobań, u nas wychodzi po pół opakowania każdego z powyższych
  • 2 szklanki brązowego ryżu
  • 4 szklanki bulionu (ew. kostka rosołowa i 4 szklanki wody)
  • 2 ząbki czosnku
  • olej do smażenia
  • tymianek
  • curry
  • sól
Cebule pokroić w piórka, wrzucić do szybkowara, zrumienić na oleju, dodać mięso i przyprawy, obsmażyć, wrzucić pokrojone, obrane jabłko, pokrojony z grubsza czosnek (precyzja niepotrzebna i tak się rozgotuje :)) i ryż. Zalać bulionem, wstawić na jak największy gaz. Kiedy szybkowar zacznie syczeć przestawić na jak najmniejszy i gotować jeszcze 16 minut (z białym ryżem wychodzi koło 5-6 ale trzeba to wypraktykować samodzielnie bo my opychamy się na co dzień brązowym :)).
Po otwarciu wrzucamy siekany szpinak, groszek zielony albo jedno i drugie i jeszcze chwilkę (około 2 minut) gotujemy mieszając. Solimy po uprzednim odłożeniu porcji dla bobasa. Zajadamy :)

Pilawo - risotto z brązowego ryżu z pomidorami i tuńczykiem z puszki (również polecane przez Bułkę)
  • 3 cebule
  • 2 szklanki brązowego ryżu
  • 4 szklanki bulionu (ew. kostka rosołowa i 4 szklanki wody)
  • puszka lub 2  tuńczyka w wodzie (zależy jaki kto lubi intensywny smak)
  • puszka lub 2 pomidorów krojonych (ze świeżych wychodzi jeszcze lepsze)
  • olej do smażenia
  • sproszkowana słodka papryka
  • sól 
Cebule pokroić w piórka, wrzucić do szybkowara, zrumienić na oleju, dodać ryż i pomidory. Posypać papryką, zalać bulionem i gotować tak samo jak wersję szpinakową. Po otwarciu dorzucić tuńczyka, odłożyć dla malucha, posolić i gotowe.

Ryż do sushi
to jest coś co wielu osobom wyda się zbyt ciężką profanacją, ale cóż poradzić, sushi uwielbiam i chętnie je robię a ryż z szybkowara wychodzi mi najlepiej, nie przypala się i nie rozgotowuje.
Składniki na 6 - 7 rolek.
  • 2 szklanki ryżu krótkoziarnistego (ja używam Podravki ze względu na zupełnie przyzwoitą jakość i korzystną cenę)
  • 3 szklanki wody
  • sól
 na zalewę
  • 4 łyżki octu ryżowego
  • 2 łyżki cukru (lub trochę mniej)
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka  sosu sojowego (nie koniecznie)
Najpierw trzeba ryż wypłukać, specjaliści mówią o siedmiu wodach ale ja jako profan i leń wrzucam go na sitko i bardzo starannie płuczę pod bieżącą zimną wodą. Przekładam do szybkowara, zalewam 3 szklankami wody, dodaję odrobinę soli, zamykam i wstawiam na duży ogień. Kiedy tylko zacznie syczeć przestawiam na najmniejszy możliwy i tak gotuję 5 minut po czym wyłączam i odstawiam na 4 minuty. Po tym czasie trzeba szybkowar otworzyć a ryż w miarę sprawnie połączyć ze zmieszaną zalewą (jeśli cukier nie będzie się chciał rozpuszczać można trochę podgrzać) i całość szybko ostudzić, w oryginalnej opcji machając drewnianym wachlarzem, ja poprzestaję na włożeniu szybkowara do zlewu z zimną wodą gdzie można kontynuować mieszanie ryżu z zalewą.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Dobre wieści

W nocy zaczęły się skurcze. Ustąpiły nad ranem, ale tubalny kaszel już nie pozwolił mi zasnąć więc o 4 zjadłam śniadanie, wzięłam kąpiel,  poczytałam Jeżycjadę, która przynosi mi ulgę w chwilach duchowej udręki i około 6:30 wyruszyłam do diabetologa. Wizyta była jak zawsze bardzo udana, zostałam nawet osłuchana na okoliczność rzężenia które wydobywa się ze mnie niczym z wiekowego diesla na chłodzie i wilgoci, nie wiadomo zresztą dlaczego, bo płuca i oskrzela mam czyste.
Już dziarsko zmierzałam w stronę tramwaju, kiedy skurcze wróciły. Zachęcona przez lekarza prowadzącego wyruszyłam na izbę przyjęć telepiąc się ze strachu bo moja ostatnia wizyta tam, jeszcze w ciąży z Małgosią, odbyła się w bardzo zbliżonych okolicznościach i nie przyniosła dobrych wiadomości.
Tym razem jednak spotykał mnie fart za fartem.
Trafiłam na przesympatyczną lekarkę, która pamiętała mnie z moich rozlicznych pobytów na patologii ciąży. Bez problemu przyjęła, zbadała, zrobiła usg i z dumą pokazała na ekranie Pączuszka, który cudny i dorodny (dorodniejszy niżby to wynikało z ostatniego usg), pikał serduszkiem, wywijał łapeńkami i robił wszystko co Pączuszkowi w jego wieku przystało.

Wiedząc, że ten rozdział zakończył się dobrze, mogę napisać, że na samym początku ciąży zachorowałam na cytomegalię, którą Pączuś się na szczęście nie zaraził, bo już by go ze mną nie było.

Widać gołym okiem, że kciuki działają, prosimy o więcej :).