niedziela, 28 kwietnia 2013

O sporej dawce optymizmu

Iiiiiiii...... wystartowali!
23.04 ruszyła budowa naszego domku.

Cieszę się. Doczekać się nie mogę. I prawdę mówiąc nie mogę się nadziwić własnemu optymizmowi, który każe mi założyć, że przez następne n lat wszystko pójdzie zgodnie z planem. Że dopisze zdrowie. Że jeśli zmieni się nasza sytuacja zawodowa, to tylko na lepsze. I wreszcie, że przez te wszystkie lata będziemy zgodnie trwali u swojego boku, co miesiąc wydzierając po kawałku bankowi nasz wymarzony kąt.

Tak to byt kształtuje świadomość, a sytuacja mieszkaniowa kształtuje całe pokolenie młodych optymistów ;).

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

O Bułkowym konsumpcjonizmie

Jeszcze nowe w postaci spacerów na nóżkach dobrze nie okrzepło a Bułka już zmienia zasady gry. W wózku usiedzieć nie mogła, ale skoro tylko ten środek zniewolenia zniknął z horyzontu, Bułka straciła całą motywację do przemieszczania się. Z eskapizmu rzuciła się w konsumpcjonizm.
Najświeższa wersja naszych spacerków wygląda następująco: Bułka postawiona na nóżkach zastyga. Na nic się zdają zachęty, Bułka trwa tak w bezruchu, patrząc z wyrzutem, do pierwszego momentu osłabienia matczynej uwagi, kiedy wykonuje nurkowanie (lub nurkowanie z podbiegiem), chwyta co jej wpadnie w ręce i, o ile zdąży, pcha to do buzi. Dzisiaj, podczas mniej więcej godzinnego spaceru (lub raczej postoju) próbowała skonsumować: kamyk - 5x, niedopałek - 1x, suchy liść platana - 2x, cienką, żółtą, igielitową rurkę - 1x, małą, łuszczącą się, gumową kulkę - 1x i jedną ptasią kupę, ale ta obroniła się sama bo nie dała się łatwo odskrobać z asfaltu.

Zdjęcie przedstawia Bułkę, która nigdzie nie idzie bo właśnie będzie tu stała i już. W prawej dłoni Bułki tkwi przygotowana do pochłonięcia w stosownym momencie szyszka modrzewia. Spódnicę uszyła matka.

środa, 17 kwietnia 2013

Przyjemne z pożytecznym i przyjemnym i pożytecznym...

Doba w tych swoich marnych 24 godzinach nie sprzyja mamom. To by się chciało, tamto się powinno, to leży nie zrobione od tygodnia a warto by może jeszcze coś dla siebie ,co by nie zgorzknieć i nie z dziadzieć (zbabieć?) do reszty.
U mnie kluczem jest robienie kilku rzeczy na raz. Dobieram je pod kątem przestrzeni i czasu nie koniecznie tematycznie. I gra gitara.
Gorzej, że ta wielozadaniowość przeniosła się również na strefę wypoczynku. Bułka odsypia w ciągu dnia tylko jedną 1,5-2 godzinną drzemkę a tyle by się w tym czasie chciało: umyć się, uszyć, zjeść, bo przy Bułce jedzenie obywa się na pelikana (napchać do wola, połknie się przy okazji), poplotkować wirtualnie, posłuchać jakiejś książki dla odchamienia (gdzie te czasy kiedy książki się czytało?), poćwiczyć i może jeszcze dorzucić coś z klasycznie rozumianej rozrywki?
Przeważnie kilka rzeczy z tej listy udaje się zrealizować. Sztukę łączenia ich we w miarę sensowne zestawy doskonalę już od dłuższego czasu. Niestety nie zawsze się to w pełni powiedzie.
Wczoraj na przykład zamarzył mi się smutny film typu wyciskacz łez. Padło na drugą część "Cyrulika Syberyjskiego". Porobiłam co było do zrobienia, zalałam gorącą herbatę, przyniosłam pudełko chusteczek, włączyłam film i  przypomniałam sobie, że został jeszcze twister.
Choroba!
Ale trochę szkoda odpuścić, bo efekty nie najgorsze.
I wtedy zabrzmiał zły podszept racjonalizacji: ale, ale, można to przecież bez problemu połączyć, zjeść ciasteczko i hmmm... nie stracić figury.
Włączyłam film, wpakowałam się na twister i zachwycona, że tak cudnie wykorzystuję wolny czas zaczęłam wywijać tyłkiem.
Wywijałam kiedy kadet Tołstoj przeżywał miłosne katusze, wywijałam i pochlipywałam kiedy rozrastał się konflikt tragiczny, a kiedy zakutego w kajdany, przegranego, pognali na sybir, ryczałam, smarkałam i wywijałam z przerwami na wyciąganie kolejnych chusteczek.
Mniej więcej wtedy doszłam do wniosku, że chyba jednak z moim relaksem coś poszło nie tak.
Cieszę się tylko, że nikt mnie nie mógł przy tym oglądać bo obawiam się, że przypadkowy gap mógłby nie zrozumieć tej babskiej rozrywki w wersji przyjemne z pożytecznym.

Przemyślałam rzecz gruntownie i doszłam do cennego wniosku: multitasking multitaskingiem ale następny melodramat oglądam bez twistera.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Bułkomobil

W sobotę Bułka odbyła pierwszą w tym roku przyczepkową przejażdżkę.
Zabrała wszystkie absolutnie najpotrzebniejsze rzeczy...
... i wyruszyła z rodzicami do Zoo...
... gdzie były wyjątkowo piękne patyki (i pewnie trochę zwierząt też, ale nie miała czasu tego sprawdzić).
W powrotnej drodze zaskoczyła ją burza, ale nawet nie zauważyła bo smacznie spała.

Długo zastanawialiśmy się w jaki sposób zabierać ze sobą Bułkę na rower. Wahaliśmy się między fotelikiem a przyczepką i ostatecznie zdecydowaliśmy się na to drugie bo co prawda fotelik jest mniejszy i tańszy ale za to w przyczepce jest:
  • bezpieczniej (środek ciężkości niżej, rower leży a przyczepka stoi)
  • ciekawiej (oprócz podziwiania widoków maluch może bawić się zabawkami i innymi fantami, które ma pod ręką)
  • chłodniej (bo da się malucha ocienić) albo cieplej (bo przy wietrze, deszczu i niepogodzie można zasłonić przód folią i otworzyć boczne wywietrzniki)
  • sucho (bo przyczepka jest nieprzemakalna)
  • wygodniej (siedzonko jest komfortowe a amortyzatory chronią przed wstrząsami)
Kiedy już wiedzieliśmy, że chcemy przyczepkę zaczęliśmy się zastanawiać nad wyborem modelu. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Chariot Cougar który ma same zalety: jest lekki, sam się toczy, jego konstrukcja bardzo dobrze przemyślana, może służyć jako wózek albo jogger, jest bezpieczny i fantastycznie amortyzowany. Jedyną, ale za to bardzo poważną wadą jest cena.
Raczej nie było wątpliwości, że jest to gadżet, na który kompletnie nas nie stać. Ale nęcił. I kusił. I nie dawał spokoju. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że nie pojedzimy na wakacje i zaoszczędzone w ten sposób pieniądze wydamy na przyczepkę. Znaleźliśmy na allegro Cougar'a z drugiej ręki i tak pojawił się u nas bułkomobil.

Już mogę spokojnie napisać, że świetnie sprawdza się w warunkach wycieczkowo rekreacyjnych. Nie mogę się doczekać testowania w dłuższej trasie :)

A niedawno dotarł do nas cudny cukieras od Karlity. Bardzo dziękujemy!

piątek, 12 kwietnia 2013

Zmiany, zmiany :)

Za oknem deszczowo ale nareszcie wiosennie (są pączki na lipie, dzisiaj się pokazały :)). Idzie ku lepszemu :). U nas też się trochę pozmieniało:

Przede wszystkim Bułka zaczęła chodzić jawnie. Wcześniej chodziła tajnie, tylko przy matce, a spragnionej rodzinie musiały wystarczyć filmiki nagrywane komórką drugiej młodości.
Dumna jestem z mojego Bułczęcia niesamowicie. W ciągu kilku dni zmieniła się nie do poznania. Te pewnie stawiane, małe kroczki, pięty tupiące po mieszkaniu, pęd powietrza we włoskach i perliste chichoty dowodzą niezbicie, że zdecydowanie nie mamy do czynienia z bobasem, tylko z mobilną, samodzielną dziewczynką. Moja mała Bułeczka. Taka duża.

Kolejną nowością jest moja własna pompa. Kupiłam z drugiej ręki ośmioletnią 712 za około 10% pierwotnej ceny. Po gruntownym odczyszczeniu działa wyśmienicie :).

Poza tym zbliża się wyprawa :). Zostało jeszcze 20 dni. Jeśli wszystko przebiegnie tak jak zaplanowaliśmy, wyjedziemy na 4 dni, w czasie których przebędziemy 325 km zwiedzając wszystko co się da, ładując akumulatory i przesypiając noce! W związku z tym suszę jedzenie (mam już cebulę, zielony groszek, rybę, indyka i wołowinę. Pieczarki w drodze, paprykę spaliłam), kupuję dziwne rzeczy na allegro, oglądam mapy i doczekać się nie mogę. Martwię się tylko jak Bułka da radę bo to straszliwie długa rozłąka.

A na koniec: prowadzenie zapisków kłusownika zmotywowało mnie do ćwiczeń, czego efekty (jak również nową pompę) widać poniżej:
Ku mojej ogromnej radości obyło się bez brzuszków i innych temu podobnych tortur ;).

czwartek, 4 kwietnia 2013

Bułka i zakazany raj

Stało się! Bułka odkryła grzeszną przyjemność grzebania w kuchennych szafkach.
Trzeba powiedzieć, że odkrycie to zrewolucjonizowało naszą codzienność. Nie zdążyłam się jeszcze nacieszyć tym, że Bułka biega (z pchaczem) luzem po mieszkaniu a ja mając ją na oku mogę zrobić coś, cokolwiek. Tymczasem  wróciłyśmy do opcji "zostaw to, zajmijmy się czym innym" tyle, że w nowym, bardziej niszczycielskim, nieprzewidywalnym i wymagającym od matki bardziej wzmożonego zabawiania wydaniu. A biedna Bułka do tej pory nie może pojąć dlaczego odmawia się jej tej odrobiny przyjemności, którą może dać tylko zanurzenie się w szafce do pasa  i miotanie za siebie produktami spożywczymi.
Dzisiaj moment mojej nieuwagi wystarczył, żeby na podłodze wylądowały masło orzechowe, ocet 10% i mąka żytnia pełnoziarnista.
Wszystko to razem nasiliło moją podejrzliwość w przedłużających się chwilach ciszy. Kiedy tylko ustają Bułkowe ćwierkania spodziewam się najgorszego.
Swoją drogą interesujące, że dzieci opanowały do perfekcji przyzywanie rodziców rozpaczliwym wyciem a nie wpadły na to, że martwa cisza jest o niebo skuteczniejsza ;).