wtorek, 22 stycznia 2013

Post nie dla ciężarnych

Jeśli jesteś w ciąży to bardzo proszę, nie czytaj tego. A jeśli przeczytasz - pamiętaj - poród tak zazwyczaj nie wygląda.

Od pojawienia się Bułeczki minął prawie rok. Kiedy przywiozłam ją do domu byłam taka szczęśliwa, że jest cała i zdrowa i wszystko co było potrzebne do sprowadzenia jej na świat mam już za sobą, że nie zdobyłam się na opis porodu.
A poród przebiegał stosownie do mojego życiowego farta.

20.01 z krwawieniem i skurczami przyjechałam na izbę przyjęć. Zbadali, pooglądali ale za skarby nie wiedzieli co to krwawi. Przyjęli mnie na porodową po raz pierwszy. Poleżałam sobie tam 12h, krwawienie ustało a ja z braku postępu porodu pojechałam na patologię.

21.01 oprócz skurczów i chrapiących ciężarówek (pewnie ze mną samą na czele) nie wydarzyło się nic godnego uwagi.

22.01 stwierdzili, że trzymać mnie kolejną dobę ze skurczami jest nieładnie. Pojechałam na porodową i po pół godzinie wyjechałam. Przyjechała wieloródka na indukcję i trzeba było zwolnić miejsce. Miało pójść sprawnie jak kichnięcie ale do wieczora nie było powodu wołać "na zdrowie".

Wieczorem stwierdzili, że skoro i tak czeka mnie indukcja to czemu nie nazajutrz. Od północy miałam być na czczo. Koło drugiej Bułka zaczęła bardzo, bardzo mocno kopać. Powiedziałam o tym położnej ale stwierdziła, że to dlatego, że denerwuję się indukcją i mam iść spać. Bułka kopała i szamotała się rozpaczliwie. Godzinę później położna zbadała mnie i stwierdziła brak postępu porodu (który formalnie biorąc trwał od 20.01), przypomniała o konieczności wypoczynku i wysłała do łóżka. Po kolejnej godzinie uparłam się na ktg. Okazało się, że Mała ma koszmarne deceleracje. Nikt, ze mną włącznie, nie przewidział tego,  że mogę dostać hipoglikemii bezobjawowej. Zjadłam. Bułka się uspokoiła. Serduszko przestało się zatrzymywać. Obydwie zasnęłyśmy na jakieś 2 godzinki.

23.01 około 7:30 po klasycznych zabiegach przygotowawczych, wylądowałam na porodowej po raz trzeci. Ze względu na deceleracje Bułki musiałam cały czas być przypięta do ktg. Dostałam oksytocynę, wody odeszły, zaczęły się skurcze. Trafiłam na dosyć, hmm..., wredną położną, która na skutek drobnej utarczki słownej ("czy mogłaby pani mną nie potrząsać?" zapytałam w skurczu siedząc na piłce) obraziła się i do mnie nie zaglądała. 

Skurcze były silne. Dostałam znieczulenie, skurcze osłabły a potem wygasły. Poszłam spać w najlepsze, niezbyt typowo jak na poród ale nikt nawet nie zauważył.

Po 2 godzinach sytuacja się wyjaśniła: pompa z oksytocyną, którą wredna położna zapomniała włączyć do kontaktu działała na baterii. Bateria się wyczerpała, oksytocyna przestała lecieć. Położna to wykryła więc wymyśliła, że puści pompę szybciej, żeby nadrobić te nieszczęsne 2 godziny. Zbadała mnie, były 4 cm. Pojawiły się lekkie skurcze. Zapytali czy chcę znieczulenia ale skurczów prawie nie czułam więc powiedziałam, że nie potrzebuję. 
Następne 20 minut to była wisienka na torcie mojego dotychczasowego życia. Skurcze popędzone końską dawką oksytocyny szybko zrobiły się koszmarne. Anestezjolog stwierdził, że skoro nie chciałam znieczulenia kiedy był, to teraz idzie na obiad. I poszedł. Przyszedł po 20 minutach, podał znieczulenie i zaśmiał się, że zachowuję się tak, jakby zaraz trzeba było dzwonić po "noworodki"*. Dopiero wtedy położna mnie zbadała. Okazało się, że faktycznie trzeba dzwonić po "noworodki", bo w tym czasie było już pełne rozwarcie.
Wtedy znowu wkroczył mój niezawodny fart - zadziałało znieczulenie. Najbardziej w tym momencie potrzebne skurcze ustały.
A Bułkę trzeba było urodzić. Dostałam oksytocynę do wenflonu ale skurcze się nie pojawiły. Mam wrażenie, że urodziłam samą siłą woli. W życiu nie byłam do niczego tak zmotywowana.
Kiedy dostałam ją na ręce byłam za bardzo zmęczona żeby dotarło do mnie co się właściwie stało. Powiedziałam tylko: "Bobas, ale numer", niezbyt romantyczne powitanie.
Potem mnie szyli, i szyli.
Na korytarzu udało mi się pierwszy raz Bułkę obejrzeć i przystawić. Od razu załapała o co chodzi, taka była mądra. I do tego prześliczna. Nareszcie mogłyśmy przywitać się jak ludzie.
Myślałam, że właśnie weszłyśmy w etap "i żyli długo i szczęśliwie". Ale potem (od rozwinięcia macicy) zaczął się połóg, który mimo setek ketonalu, wspominam chyba gorzej niż poród.

Całe szczęście, że Bułeczka była wtedy ze mną i za każdym razem kiedy wlepiła we mnie niewidzące, zezujące spojrzenie, wracała mi chęć do życia. Tak jest zresztą do dziś (mimo, że Bułka już nie zezuje ;)).

Z perspektywy ostatniego roku wierzyć mi się nie chce w świat, na którym jej nie było :).

* personel z oddziału noworodkowego

21 komentarzy:

  1. Znieczulenie górą! :)
    Miałam 3-4 dawki znieczulenia i tylko po 1 skurcze się wyciszyły nieco i na chwilę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobra, jestem w ciąży i przeczytałam to. Mimo tych wszystkich przeżyć wzruszyłam się. Bułka jest cudowna!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Koszmar jakis! A faceci zartujacy sobie z bolu porodowego to juz w ogole do odstrzalu. Dzielna bylas!
    Jesli mi sie kiedykolwiek uda dojsc do tego etapu to biore ze soba chlopa - na caly czas! - zeby sie w moim imieniu glosno o wszystko dopominal.

    OdpowiedzUsuń
  4. To powyzej to bylam ja, Ags :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dramaturgii wszystkim porodom dodają pracownicy służby zdrowia.
    Gdyby byli to ludzie z powołania, z pasją do swojej pracy, każdy poród, nawet tak problematyczny jak Twój byłby zupełnie innym wspomnieniem.
    Czasami wydaje mi się, że większa od bólu porodowego jest wściekłość na położne, lekarzy i pozostały personel.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przy opisie akcji z serduszkiem Małej dostałam gęsiej skórki :| Co za ludzie żeby nie słuchać odczuć rodzącej... Co do położnej z traktu porodowego - "wstrętna baba" :/

    OdpowiedzUsuń
  7. Podoba mi się wstęp do posta:) "poród tak zazwyczaj nie wygląda". A u mnie z wyjątkiem niemiłego personelu, bo opieke to akurat miałam jak w resorcie 5 gwiazdkowym, poród bardzo podobny i do teraz skóra cierpnie na wspomnienie. No ale Bułka dała Ci popalić!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja byłam "VIP'em na położniczym a i tak niewiele lepiej wspominam. Tzn sam poród ok (CC przy którym się śmiałam z żartów anestezjologa), ale 3 kolejne dni w szpitalu, a zwłaszcza personel z noworodkowego bym odstrzelała. Miałam problem z pokarmem, mały jadł tylko z jednej piersi, ostatnią noc w szpitalu całą wisiał przyklejony mi do cycka, ja zaryczana i zmęczona jak nie wiem co (po CC zaznaczam) zadzwoniłam po babkę z noworodkowego. Żeby po nią zadzwonić musiałam wstać z łóżka i iść do drzwi ( i odłożyć małego do tego śmiesznego łóżeczka na moment), bo przy łóżku miałam zepsuty dzwonek, obrażona, obudzona baba przyszła i stwierdziła, że skoro dziecko leży w "wanience" to dziwnym nie jest że ryczy i ona zaraz mleko przyniesie. Zryczałam się jak bóbr przez nią, miałam wrażenie że jestem najgorszą matką świata. Dałam mu mleko i mały wreszcie usnął. Pół godziny później obudziła nas położna na poranny obchód. Jak przy wypisie spytałam czy mogą mi powiedzieć jakim mlekiem dokarmiali małego, bo chciałam je kupić, to usłyszałam "mlekiem to się krowę dokarmia", baba odwróciła się na pięcie i poszła.
    Jeśli jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane rodzić to tylko w Niemczech.
    Się rozpisałam...
    Temat drażliwy i większość kobiet w ogóle woli te wspomnienia wyprzeć z pamięci.
    Ps.: Dużo o Tobie ostatnio myślę, ślę pozytywną energię i siłę. I wielkiego przytulańca wirtualnie-emocjonalnego.

    OdpowiedzUsuń
  9. No i masz, przeczytałam. Widzę, że od samego początku Bułka wyraźnie zaznaczała swoje miejsce. To piękne, ze wiedziałaś, że z małą coś nie tak, a okropne, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Jednak bycie matką jest magiczne.

    No cóż, dałaś radę pomimo niesprzyjających fluidów, jesteś wyjątkowa!

    A jutro pierwsze "sto lat" dla Bułeczki! I gorące gratulacje dla Ciebie, bo to też Twoje święto!

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj niezły poród miałaś, ja też nieciekawy :)
    A przyznam Ci rację personel powinien się indywidualnie wczuwać w sytuację pacjentki, a nie generalizować, bo mi też mówiono "nie pani pierwsza rodzi, każda to przeżywa" a miałam taki ciężki poród.
    A niektóre mamy mówią, że mogłyby rodzić zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  11. Oooo ja tez z tych, co maja wiecznie pod gorke...Na szczescie wszystko dobrze sie skonczylo i macie sliczna Buleczke!:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Śliczna. Ten typ od znieczulenia - masakra. Przykro że trafiłaś na taki personel. Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
  13. Och, to widzę, że nie tylko ja mam takiego "farta" do nietypowych wydarzeń ;)

    Co do połogu, to też koszmarnie wspominam i teraz leżąc po poważnej operacji stwierdzam, że ból w połogu był milion razy gorszy niż ten pooperacyjny. Miny ludzi jak im o tym mówię w odpowiedzi na pytanie jak się czuję po operacji i czy boli, bezcenne.

    ps
    Mateczko, że miałaś nerwy i nie zrobiłaś awantury jak Ci tak Bułka kopała, chyba bym umarła na zawał.

    Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co do śmiesznych sytuacji, to powiem tyle- jak nigdy w ciąży złapałam fazę na znaki zodiaku. Pola miała być lwem-5.08 bardzo się na to nastawiłam i nie chciałam raka, bo tych dużo w rodzinie. 21.07 miałam stłuczkę autem więc 22.07 zaliczyłam masaż szyjki macicy (stwierdzili, że ciąża donoszona więc po co mnie trzymać na patologii, a że mała jestem, to im szybciej będzie poród, tym lepiej) i komentarz spokojnie dziś i tak pani nie urodzi. O 19 lekarz mówi do męża, że przed północą, to się nic nie wydarzy i co? 22.07, ostatni dzień raka, o 20.10 następuje przecięcie pępowiny po porodzie, który trwał 3h50 :/
      I tak kocham tego mojego raka.

      Usuń
  14. Poród dluugi i nie fajny .. ją swój też niefajnie wspominam .. mam wrażenie że traktowali mnie w szpitalu tak przez mój wiek.. ale mogę sie mylić ...eznadziejni czasem ludzie nie pracują w zawodach im przeznaczonych ....:p

    OdpowiedzUsuń
  15. Zmroziło mnie podejście personelu...
    A Ty jesteś dzielna, bardzo dzielna:)

    ps. Bobasowa Bułeczka wymiata;D

    OdpowiedzUsuń
  16. Z tego co widze to wiekszosc porodow tak wyglada:) ja w sumie tez mialam podobnie:D tyle ze ja wrocilam po falstarcie do domu i za dwa dni przyjechalam juz z bardziej uregulowanymi skorczami, ktore po 6 g znow zrobily sie nieregularne i przy braku postepu przy 4 cmetrze tez dostalam zajebista oksytocyne... i tez mialam takie napady skurczowe jak Ty i myslalm ze wstane i ich wszystkich pozabijam zeby juz dali mi swiety spokoj. Na szczescie dla persolenu byl cudowny, wiec uratowali swoje zycie, bo jak bym trafila na zolze to przynejmniej mialabym sie na kim wyzywac:P ja tez sie wzruszylam... i zastanawiam sie czy teraz przy przykladowym drugim dziecku nie balabym sie tego porodu bardziej;/

    OdpowiedzUsuń
  17. Podejście personelu do pacjentki- pozostawię bez komentarza. Hehe, wiem, co oznacza podkręcona oksy. . . skurcz za skurczem, w myślach zastanawiałam się, czy jak poproszę, to czy mnie dobiją?:). Ja trafiłam na wspaniały personel, zarówno położniczy, jak i noworodkowy, ludzie z powołaniem. Tylko ordynator, przy rozwarci 8 cm spytał " i jak, fajnie?". Byłam zbulwersowana i zła, ale po godz. ten sam człowiek uratował życie mojego syna i byłam mu wdzięczna. Nie trzeba się bać porodu, tylko w duchu prosić, o brak komplikacji. Pozdrawiam, K.

    OdpowiedzUsuń
  18. Pamiętam mój poród,choć rzadko o nim mówię, pomna wrażenia, jakie na mnie robiły opowieści mojej mamy ;-) - nie zdradzam córce wielu szczegółów.

    Być może dlatego front "a po cholerę są szkoły rodzenia, kiedyś ich nie było i jak przyszedł czas kobiety jakoś rodziły" - nadal jest żywy. Wyobraźcie sobie, że nie ma szkół, nie ma tej wiedzy o fazach porodu, oksytocynach itp - dziś mimo, że rodzące traktowane są przeróżnie, potrafią jednak upomnieć się o swoje, wiedzą co i jak i już położna i lekarz takiego kitu wciskać nam nie mogą.

    Mnie nieodmiennie zadziwia jednak taki fakt, że tyle mówi się o tym, co czuje dziecko, gdy jest w brzuchu mamy, o potrzebie spokoju, o tym, że lepiej siłami natury a nie cesarka, bo cesarka to takie gwałtowne zetknięcie ze światem. A gdy przychodzi co do czego, dziecko w pierwszych godzinach swojego życia bywa nieczule ubierane, myte, przekładane, ważone badane. Wiem że porodówki to teraz istne fabryki, ale często jest mi tak trochę smutno, że te dzieciaczki zamiast przechodzić jakąś kwarantannę, coś między brzuchem a życiem poza nim, są tak zimno i ostro witane na tym świecie...

    OdpowiedzUsuń
  19. ehhhh no ten fart twój to niezbyt fartowny.

    100 lat dla Bulki

    PS: Zapraszam do mnie po odbiór wyróżnienia

    OdpowiedzUsuń