piątek, 4 stycznia 2013

Notka sprowokowana anonimowo o dobrym czasie na dziecko

Znajdujemy naszą wymarzoną drugą połówkę, patrzymy sobie w oczy, spacerujemy, prawimy komplementy, chodzimy do kina i na lody. Pięknie jest. Decydujemy się na wspólną codzienność z praniem skarpet i zmywaniem po obiedzie. Budzimy się i zasypiamy razem, widujemy swoje mniej odświętne oblicze i dalej jest pięknie.
Aż w którymś momencie dochodzimy do wniosku, że nasza rodzina jest jakby niekompletna.

I zaraz pojawiają się wątpliwości czy to jest aby dobry czas na dziecko? 
Gdzie będziemy mieszkać? Brać kredyt na 25 lat? Budować się czy kupować? I co ze sobą zrobić zanim pojawi się upragnione M? Kątem u teściów? Wynajmować? Ile to potrwa?
Co będzie z pracą? Czy kariera poczeka? Kiedy wracać? Czy będzie do czego wracać? Czy da radę pogodzić obecną pracę z potrzebami maluszka? Jaką mamy gwarancję, że najbliższe 25 lat przeżyjemy w zdrowiu wspólnymi siłami karmiąc naszego hipotecznego potwora? Czy jakby co przeżyjemy z jednej pensji, my i rata?

Czy nie lepiej poczekać z maluszkiem aż dom będzie stał, rodzinny samochód czekał w garażu, odkurzacz w schowku a plazma na ścianie?

Bo niby dzieci lepiej rodzić przed trzydziestką ale w tym wieku ciężko się czegoś wygodnego dorobić własną pracą, więc jeśli nie mamy zamożnej babci nieboszczki, albo hojnych rodziców, wstrzymanie się do 40 byłoby co najmniej sensowne.
Albo, jak z przymrużeniem oka sugeruje mój tata, do emerytury, kiedy:
człowiek osiąga już pełnię stabilizacji życiowej,
jest niezależny lokalowo,
nie musi mieszkać tam gdzie jest praca tylko tam gdzie dociera poczta,
jest syty wrażeń po wolnym od zobowiązań życiu,
wyszalał się już do woli, 
nie marnuje wolności, 
ma dość cierpliwości,
ewentualna utrata pracy nie zaprząta go w najmniejszym stopniu,
jego dochody są w pełni przewidywalne,
nareszcie ma tyle czasu ile trzeba, żeby w spokoju zajmować się potomstwem nie narażając finansowo budżetu państwa ani pracodawcy i ogólnie nie robiąc nikomu kłopotu. 

Nie ma niepewności, trudności, ani powodów do narzekania, zwłaszcza jeśli nasza stabilizacja lokalowa nastąpi na parterze ;). Sielska radość i wygoda.
Bo wiadomo, dzieci z samej definicji ma się po to, żeby było łatwiej i wygodniej ;).

6 komentarzy:

  1. tata boski:) nie tam gdzie praca ale tam gdzie poczta...w końcu trzeba mieć jakiś kontakt ze światem:P A ja na starość pewnie będę się kierowała netem w przypadku lokalizacji:P

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja mama zawsze nas ostrzegała, że jeśli się nie sprężymy z dzieckiem będziemy na wywiadówki chodzić z balkonikiem. Poniekąd miała rację - co prawda do zabalkonikowania nam daleko, ale muszę przyznać, że bobas nieźle daje do pieca naszym plecom ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. u nas było podobnie jak na początku twojej opowieści...najpier 8 lat chodzenia ze sobą, później ślub i wspólne mieszkanie w wynajętej kawalerce /skończone studia, praca/, a po roku zaczęło nam brakować tej trzeciej małej osóbki...urodził się Synusś i zaczęliśmy myśleć nad własnym kątem i się udało /bez pomocy zamożnej rodziny - własnymi siłami czyt. kredytem/..teraz mam 27lat i niczego nie żałuje:))

    OdpowiedzUsuń
  4. Zawsze się do czegoś dąży i jakby patrzeć na swoje marzenia materialne czy zawodowe to chyba tak naprawdę nigdy nie byłoby właściwego momentu na dziecko :)

    OdpowiedzUsuń
  5. no tata urzekł mnie niebywale. Decyzje o dziecku można odkładać w nieskończoność, zawsze się powody ku temu znajdą. Za dużo kalkulacji w tym dzisiejszym świecie.

    OdpowiedzUsuń