czwartek, 31 stycznia 2013

Bingo!

Szczera troska i dobre rady to 2 rzeczy dostarczane młodym mamom w obfitości (a nawet z pewnym zapasem). W związku z tym, że nie ze wszystkich dobrych rad możemy jednocześnie skorzystać, a szkoda by było, żeby się całkiem zmarnowały, postanowiłam znaleźć dla nich inne zastosowanie. 
Zainspirowana bingo wigilijnym postanowiłam zaproponować macierzyńską wersję:
Zasady są proste, trzeba zebrać pięć porad  w wierszu lub kolumnie (a odnajdując je na planszy myśleć ciepło o osobie, która nas ową radą obdarzyła ;)). Gracie? (kliknięcie powiększy planszę)

U mnie A1, B1, C1, D1, E1
BINGO! ;).

środa, 30 stycznia 2013

Bułka coraz cwańsza

Podobno dzieci na przemian rosną i mądrzeją. U Bułki faktycznie się to sprawdza: przez ostatni miesiąc rosła jak na drożdżach pozostawiając za sobą pokaźną górkę za małych ubranek. Teraz dla odmiany każdy dzień przynosi nową bułkową umiejętność.
Od dawna przypinała klocki do maty, od dziś spina klocki w rękach.
Wczoraj pierwszy raz kucała. 
Dzisiaj pierwszy raz siadła na pupie z nogami do przodu, do tej pory siadała w rozjechanym klęku z pupą między piętami.

Ale wszystkie sukcesy ruchowe przebija uwidaczniające się coraz wyraźniej Bułkowe cwaniactwo:
Niedawno dostała sorter - domek z Ikei:
Oglądała od góry i od dołu, obracała, przymierzała i nijak nie potrafiła ogarnąć który klocek  którą dziurką. Kilka razy udało jej się wepchnąć do środka walec za każdym razem wzbudzając ten sam niekłamany zachwyt i owacje. Bułka jeszcze raz gruntownie przemyślała sprawę i załapała o co chodzi: klocki mają się po jednym znaleźć w środku. Nareszcie wszystko jasne!
Żeby zmniejszyć frustrację i poprawić częstotliwość oklasków zoptymalizowała technikę: brała w łapkę klocek, podnosiła dach, wkładała, zamykała i rozglądała się dookoła czekają na brawa (dając obserwatorom dobry przykład ;)).

Mądre Bułczę mi wyrosło.
A jej głupia matka całe życie pcha klocki przez dziurki.

wtorek, 29 stycznia 2013

Łóżko! (post bogaty w wykrzykniki)

Mamy łóżko! Takie prawdziwe, normalne łóżko! Nie kanapę szerokości 120 cm. Nie ulegającą biodegradacji sofę w kształcie hamaka ze stalowymi listwami w poprzek (3 listwy: stopowa, lędźwiowa i potyliczna), wydającą przy najdrobniejszym ruchu odgłosy godne orkiestry dudziarskiej, ale właśnie najprawdziwsze łóżko! O takie:
To nic, że zajmuje 80% powierzchni pokoju. Da się dojść do szafy? Da! Do biurka? Da! Da się wysunąć szuflady? No niezbyt, ale kto by się tam pierdołami przejmował ;)
Ero dobrostanu, nadchodzimy!

piątek, 25 stycznia 2013

7 faktów z życia Miłki

Gizanka nominowała mnie do Versatile Blog Award, bardzo dziękuję :).


1. Po nocach śpiewam kołysanki. Chociaż śpiewam to zdecydowanie za dużo powiedziane bo ciężko w nich rozpoznać melodię (taki już mój urok) a ostatnio również słowa (z powodu uporczywego ziewania). Improwizowany na poczekaniu tekst odnosi się do mojego aktualnego stanu ducha i w zamierzeniu jest rymowany. 
Boję się dnia kiedy Bułka postanowi coś z tego zacytować ;).

2. Raczej nie przeklinam i trudno mi słuchać osób nadużywających przecinków.

3. Najbardziej lubię jeździć w góry w marcu i kwietniu.
 Nad morze zimą.

Ale marznąć na przystankach nie cierpię, zwłaszcza kiedy przewiewa mi łokcie.

4. Bardzo lubię wschody słońca. I jeździć na rowerze. A najbardziej na wyprawy rowerowe. Wiem, że o tym już było, ale nie mogłam się powstrzymać ;). Aktualnie bardzo tęsknię za moją Brązową Strzałą. Mamy dla Bułki przyczepkę, może zaakceptuje i będzie chciała się z nami wybierać na wycieczki kiedy przyjdzie sezon? 
W głębi duszy marzę o podrzuceniu Bułki dziadkom i wybraniu się na 3-4 dni. Nie jestem do końca wyrodną matką, jeśli Bułka nie będzie się nadawała do takiej długiej rozłąki, wyprawa poczeka. Ale co mam sobie nie pomarzyć?

5. Uważam, że każdy kto może, powinien się zarejestrować w Centralnym Rejestrze Niespokrewnionych Dawców Szpiku. Jeśli jego szpital daje taką możliwość - oddać krew pępowinową (chyba, że chce ją przechowywać komercyjnie). No i oddawać krew jeśli jego grupy brakuje w mroźniach. A co miesiąc jakąś kwotę (nawet bardzo drobną) przeznaczać na cele charytatywne. Bo to bardzo fajnie jak ludzie chcą sobie nawzajem pomagać.

6. Uwielbiam jeść wszystko czego nie powinnam: przecieraki, pyzy, pierogi ruskie mmmmm...
Bardzo lubię polską bieda kuchnię z jej zalewajkami, kaszami i tysiącem odmian ziemniaków z mąką i smażoną cebulą :). Ale curry, pilawy, szakszuki, czulenty i sushi też bardzo chętnie ;).
Lubię jedzenie i gotowanie, nie wiem tylko co bardziej :).

7. Po ciąży prawa stopa powiększyła mi się o jeden rozmiar. A, że stopy mam dosyć długie (ale w granicach normy dla wieku ;)) i baaardzo wąskiea do tego długie palce, często spotykam się z reakcjami typu "Jezusmaria! Jaki pani nosi numer buta?"
Zainteresowanych pragnę poinformować, że kiedyś nosiłam 39 a obecnie 39 albo 40 co zależy od tego czy prawa stopa zechce czy nie zechce współpracować.

Jeśli ktoś ma ochotę wziąć udział w zabawie niech czuje przeze mnie się nominowany :)

czwartek, 24 stycznia 2013

Bułka - Jubiroczka

Wczoraj Bułka była jubiroczką. Taką mniejszą jubilatką, jeszcze bez latek.
 Zrobiła swoją pierwszą konkietę:
Teraz przyzwyczajona do dobrego chodzi i wyłudza całuski. Tyle, że przez noc i poranek całuski wzbogaciły się o element zaskoczenia. Bułka przytula się, robi słodki dzióbeczek, nadstawia do ucałowania a w krytcznym momencie otwiera paszczękę i wgryza się w dzióbeczek uformowany przez ofiarę, wszystkimi sześcioma zębiskami, jak mały minóg. A na koniec czaruje pokąsanego słodkim uśmieszkiem.

W podjętym treningu dmuchania świeczki, nie udało się nam opanować pierwszego etapu: dmuchania. Ale ze świeczką urodzinową nie było problemu, niechcący zdmuchnęłam ją nosem (sama do końca nie wiem jak się to dokładnie odbyło). Goście twierdzą, że nagłe zgaśnięcie świeczki było tajemnicze i niedopowiedziane. I może lepiej nich tak zostanie ;).

Świeczka zamiast w tort wetknięta była tartę z jabłkami o wyglądzie pizzy pepperoni (ale za to bez mleka i bez jajek). Podobno wegańskie składniki (jak i pepperoni ;P) nie do wyczucia w smaku, a dumna samotna świeczka znakomicie odciągała uwagę od niedostatków urody.

Bułka opracowała bardzo wydajną metodę konsumowania swojego tarto-tortu: kruszonkę od razu, jabłka pod poliki, dolnymi zębami zeskrobujemy rozmoczoną warstwę ciasta, reszta pod krzesło. Odwracamy uwagę gości pokazując balony, w dogodnej chwili wygrzebujemy jabłka spod polików i możemy się w spokoju delektować ;).

Nie przetuptała roczku.
Nie miała też specjalnie dużo do powiedzenia (mówi "tata" co oznacza: tata, tam, to, kot lub daj. I "mama" co oznacza katastrofa lub/i ratunku ;)).
Pieluchuje w najlepsze.
Nie umie sama jeść łyżeczką.

Jest niewątpliwie najsłodszym i najukochańszym dzieckiem jakie można sobie wyobrazić.

A do tego mowlakiem bo okres niemowlęcy ma już za sobą.
To był zdecydowanie najkrótszy rok w moim życiu :)!

wtorek, 22 stycznia 2013

Post nie dla ciężarnych

Jeśli jesteś w ciąży to bardzo proszę, nie czytaj tego. A jeśli przeczytasz - pamiętaj - poród tak zazwyczaj nie wygląda.

Od pojawienia się Bułeczki minął prawie rok. Kiedy przywiozłam ją do domu byłam taka szczęśliwa, że jest cała i zdrowa i wszystko co było potrzebne do sprowadzenia jej na świat mam już za sobą, że nie zdobyłam się na opis porodu.
A poród przebiegał stosownie do mojego życiowego farta.

20.01 z krwawieniem i skurczami przyjechałam na izbę przyjęć. Zbadali, pooglądali ale za skarby nie wiedzieli co to krwawi. Przyjęli mnie na porodową po raz pierwszy. Poleżałam sobie tam 12h, krwawienie ustało a ja z braku postępu porodu pojechałam na patologię.

21.01 oprócz skurczów i chrapiących ciężarówek (pewnie ze mną samą na czele) nie wydarzyło się nic godnego uwagi.

22.01 stwierdzili, że trzymać mnie kolejną dobę ze skurczami jest nieładnie. Pojechałam na porodową i po pół godzinie wyjechałam. Przyjechała wieloródka na indukcję i trzeba było zwolnić miejsce. Miało pójść sprawnie jak kichnięcie ale do wieczora nie było powodu wołać "na zdrowie".

Wieczorem stwierdzili, że skoro i tak czeka mnie indukcja to czemu nie nazajutrz. Od północy miałam być na czczo. Koło drugiej Bułka zaczęła bardzo, bardzo mocno kopać. Powiedziałam o tym położnej ale stwierdziła, że to dlatego, że denerwuję się indukcją i mam iść spać. Bułka kopała i szamotała się rozpaczliwie. Godzinę później położna zbadała mnie i stwierdziła brak postępu porodu (który formalnie biorąc trwał od 20.01), przypomniała o konieczności wypoczynku i wysłała do łóżka. Po kolejnej godzinie uparłam się na ktg. Okazało się, że Mała ma koszmarne deceleracje. Nikt, ze mną włącznie, nie przewidział tego,  że mogę dostać hipoglikemii bezobjawowej. Zjadłam. Bułka się uspokoiła. Serduszko przestało się zatrzymywać. Obydwie zasnęłyśmy na jakieś 2 godzinki.

23.01 około 7:30 po klasycznych zabiegach przygotowawczych, wylądowałam na porodowej po raz trzeci. Ze względu na deceleracje Bułki musiałam cały czas być przypięta do ktg. Dostałam oksytocynę, wody odeszły, zaczęły się skurcze. Trafiłam na dosyć, hmm..., wredną położną, która na skutek drobnej utarczki słownej ("czy mogłaby pani mną nie potrząsać?" zapytałam w skurczu siedząc na piłce) obraziła się i do mnie nie zaglądała. 

Skurcze były silne. Dostałam znieczulenie, skurcze osłabły a potem wygasły. Poszłam spać w najlepsze, niezbyt typowo jak na poród ale nikt nawet nie zauważył.

Po 2 godzinach sytuacja się wyjaśniła: pompa z oksytocyną, którą wredna położna zapomniała włączyć do kontaktu działała na baterii. Bateria się wyczerpała, oksytocyna przestała lecieć. Położna to wykryła więc wymyśliła, że puści pompę szybciej, żeby nadrobić te nieszczęsne 2 godziny. Zbadała mnie, były 4 cm. Pojawiły się lekkie skurcze. Zapytali czy chcę znieczulenia ale skurczów prawie nie czułam więc powiedziałam, że nie potrzebuję. 
Następne 20 minut to była wisienka na torcie mojego dotychczasowego życia. Skurcze popędzone końską dawką oksytocyny szybko zrobiły się koszmarne. Anestezjolog stwierdził, że skoro nie chciałam znieczulenia kiedy był, to teraz idzie na obiad. I poszedł. Przyszedł po 20 minutach, podał znieczulenie i zaśmiał się, że zachowuję się tak, jakby zaraz trzeba było dzwonić po "noworodki"*. Dopiero wtedy położna mnie zbadała. Okazało się, że faktycznie trzeba dzwonić po "noworodki", bo w tym czasie było już pełne rozwarcie.
Wtedy znowu wkroczył mój niezawodny fart - zadziałało znieczulenie. Najbardziej w tym momencie potrzebne skurcze ustały.
A Bułkę trzeba było urodzić. Dostałam oksytocynę do wenflonu ale skurcze się nie pojawiły. Mam wrażenie, że urodziłam samą siłą woli. W życiu nie byłam do niczego tak zmotywowana.
Kiedy dostałam ją na ręce byłam za bardzo zmęczona żeby dotarło do mnie co się właściwie stało. Powiedziałam tylko: "Bobas, ale numer", niezbyt romantyczne powitanie.
Potem mnie szyli, i szyli.
Na korytarzu udało mi się pierwszy raz Bułkę obejrzeć i przystawić. Od razu załapała o co chodzi, taka była mądra. I do tego prześliczna. Nareszcie mogłyśmy przywitać się jak ludzie.
Myślałam, że właśnie weszłyśmy w etap "i żyli długo i szczęśliwie". Ale potem (od rozwinięcia macicy) zaczął się połóg, który mimo setek ketonalu, wspominam chyba gorzej niż poród.

Całe szczęście, że Bułeczka była wtedy ze mną i za każdym razem kiedy wlepiła we mnie niewidzące, zezujące spojrzenie, wracała mi chęć do życia. Tak jest zresztą do dziś (mimo, że Bułka już nie zezuje ;)).

Z perspektywy ostatniego roku wierzyć mi się nie chce w świat, na którym jej nie było :).

* personel z oddziału noworodkowego

O tym czego składa się szpinak i o kolorze mięsowym

Bułka nie grzeszy obżarstwem. A jeśli już coś zjada z przyjemnością to jest to kleik na mm, brokuły na parze, szpinak, zielony groszek i kukurydza z mrożonki, żółtko, ryba i buuułka. Wkramienie w nią mięsa to bardzo trudne przedsięwzięcie. Skubnie ewentualnie trochę wędliny drobiowej ale wszystkie mięsiwa gotowane, pieczone, w kawałkach i miksowane całkowicie bojkotuje.

Ale cóż, krew nie woda. Kiedy byłam od niej niewiele starsza rodzice żeby nakarmić mnie mięsem uciekali się do grzybkowo - mięsnej mistyfikacji (bo to były pradawne czasy kiedy dzieci jadały grzyby).
- Miłeczko, zjedz grzybek! - kusili
- To nie grzybek tylko mięsko
- Grzybek!
- To grzybek o smaku mięsowym, w kolorze mięsowym i o zapachu mięsowym.
Grzybka w kolorze mięsowym rzecz jasna nie zjadałam ale kolor mięsowy stał się trwałym elementem rodzinnego słownika.

Dumny Ojciec z kolei, jak wszystkie dzieci w przedszkolu nienawidził szpinaku. Nie dał go sobie wmusić za skarby świata. Kiedyś teściowa przygotowała szpinak dla całej rodziny i bez specjalnych nadziei zaproponowała go synkowi. Synek stanowczo odmówił po czym bliżej przyjrzał się zielonej papce.
- Czy w tym jest mięso? - zapytał
- Nie, nie ma, to sam szpinak! - odpowiedziała teściowa
- Szpinak nie jest z mięsa? - Dumny Ojciec przestrzeżony przez kolegów o podłości szpinakowego smaku nie mógł uwierzyć, że chodzi o warzywo.
Spróbował, nie znalazł mięsa i od tego czasu, po dziś dzień zjada szpinak z przyjemnością.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Bułka zawstydza Pollocka

Bułka uhonorowała dziadków własnoręcznie wykonanymi laurkami. Wykazała przy tym wielką stanowczość. Dla każdego z dziadków i babć wybrała odpowiedni zestaw kolorów
i zdecydowanie odrzucała wszelkie sugestie. Nie! Nie, nie, nie! Ta ma być w czerwieniach
i fioletach, bez dyskusji matko, podawaj flamaster!
Efekt poraża głębią ;):
A ja opanowałam niekontrolowane potoki łez i słów i weszłam w kolejne stadium.
Zastanawiam się, szukam, analizuję. Bo może gdybym nie zapomniała wziąć acardu, więcej się ruszała albo lepiej kontrolowała cukry? No i stanowczo powinnam była sobie darować te nieszczęsne frytki. Może była szansa a ja ją zmarnowałam? Prawda jest taka, że mogłam postarać się bardziej.
Wiem, że z tą moją durną, do psa nie podobną cukrzycą powinnam się była bardziej kontrolować bo takie przypadki nie są niczym niezwykłym. A ja głupia frytki zeżarłam.

piątek, 18 stycznia 2013

Bułka negocjuje

Przez jakiś czas miałyśmy z Bułką kryzys migowy. Bułka regularnie migała "mleko" (tak mianuje kaszkę po odstawieniu od maminej mlekodajni, jej autorski pomysł), "koniec" i czasami "woda", sporadycznie wymknęło jej się coś innego ("zupa", "pić"). Całość stanowiła niezbyt imponujący zestaw jak na prawie roczniaka i była, ogólnie mówiąc, odrobinę zniechęcająca. 
Ale dzisiaj Bułka udowodniła, że miganie nie poszło w las:
W związku z moim gorszym samopoczuciem, w ostatnich dniach opiekę nad Bułką roztoczył Dumny Ojciec. Bawili się ze sobą przednio, karmili, usypiali i przewijali. 
Wczoraj Bułka przyszła do niego mokra i przemarznięta więc wykąpał ją w ciepłej wodzie (pomstując przy tym na pieluszki kieszonki - pieluchujemy wielorazowo - które, jak mu się wydawało, nieumiejętnie zapina). Bułka wygrzała się i zapomniała o sprawie.

Dzisiaj, ku szczeremu zaskoczeniu wszystkich, przewijana zamigała (dosyć koślawo) "zmienić".

Jakiś czas później przyszła do Dumnego Ojca piszcząca i nieszczęśliwa. 
Już idziemy "zmienić" pieluszkę - zagadnął Dumny Ojciec.
"Kąpać" - zaoponowała Bułka skwiercząc.
Nie, nie, tak się miga "kąpać" a my idziemy "zmienić"- poprawił ją.
"Kąpać" - Bułka z ponurą miną obstawała przy swoim.
Dumny Ojciec wziął ją na ręce i zorientował się, że znowu jest mokra od góry do dołu. Zgodnie z bułkowym życzeniem poszli się kąpać, po czym zabraliśmy się za krytyczną analizę wycieku.
Okazało się, że pieluszki kieszonki, które jak dotychczas nigdy nas nie zawiodły, nie są winne i tym razem: Bułka wylewała na siebie zawartość wiaderka wiszącego pod zaworem kaloryfera.

Ale odkąd zorientowała się, że z tego całego migania może być jakiś pożytek, nie ustaje w wywijaniu łapkami. Trzeba będzie wprowadzić nowe znaki :).

czwartek, 17 stycznia 2013

Post nieprzyjemny ale bardzo mi potrzebny

Do tej pory nie mogę uwierzyć.
Małgosia jest naszym siódmym utraconym maluszkiem. Nie oczekiwałam cudów ale tym razem wszystko szło inaczej, zupełnie jak wtedy kiedy się udało i pojawiła się Bułeczka.
Beta hcg rosła przepięknie.
Usg pokazało serduszko. 
Nie było skurczów, plamień ani krwawień. 
Miałam mdłości i haftowałam. 
Od kiedy zobaczyłam to serduszko zaczęłam wierzyć, że się uda. Przyzwyczaiłam się do myśli, że będzie dobrze. Oglądałam podwójne wózki, kupiłam bluzki bo ciążowa garderoba mi się trochę zdekompletowała. Zaczęłam robić tunikę - kalendarz z tygodniami do skreślania żeby w niej pozować z rosnącym brzuchem.
Miałam skończyć w niedzielę po szkole ale nie zdążyłam, przed południem pojawił się skurcz, potem nitki krwi w śluzie, cukier kompletnie zwariował.
Pojechaliśmy do szpitala. Serduszko już nie biło.

Teraz ile razy zasnę dręczy mnie ten sam koszmarny sen: okazuje się, że Małgosia miała bliźniaka. Znowu jestem w szpitalu, w toalecie, znowu krew leje mi się do butów a ja próbuję między skurczami jak najszybciej grzebać w basenie w poszukiwaniu ciałka. Boję się, że nie zdążę albo przegapię i ciałko wyląduje w sedesie. Wreszcie udaje się je wyłowić. Trzymam je w rękach ale krew leje się coraz bardziej. Odkładam na parapet, staram się sprzątnąć ale przy każdym ruchu coraz bardziej zalewam podłogę i ubranie.

W tym momencie się budzę tak przerażona realizmem snu, że w pierwszym odruchu szukam telefonu żeby wzywać pomocy. Potem, kiedy zorientuję się, że już jest po wszystkim idę na herbatę i po paru minutach uspokajam się. Ale spać się boję. Ratują mnie audiobooki.

Ulgę przynosi fakt, że w szpitalu trafiłam na kochanych lekarzy i położne, którzy robili wszystko co mogli, żeby było jak najbardziej znośnie.

Fizycznie z każdą godziną czuję się lepiej, w zasadzie można powiedzieć, że nic mi już nie dolega.
Emocjonalnie staram się dojść do siebie żeby w przyszłą środę móc wyprawić Bułce takie pierwsze urodziny, jakie powinna mieć. Już 2 tygodnie temu kupiłam lampiony, balony, motylkowe girlandy i świeczkę w kształcie jedynki. Teraz muszę tylko znaleźć siły, żeby to wszystko porozwieszać i wytrzymać imprezę bez zalewania się łzami w najmniej oczekiwanych momentach.

środa, 16 stycznia 2013

Małgosia

Małgosia była ślicznym maluszkiem.
Żyła krótko ale od pierwszej, maleńkiej kropeczki była kochana i ważna. W swoją ostatnią drogę wyruszyła na rękach mamy ululana do snu kołysanką.
Żeby odnaleźć jakiś jasny punkt zdecydowaliśmy się przekazać ciałko akademii medycznej, może dzięki naszej stracie jakiś student wykształci się na lepszego lekarza, w przyszłości uratuje chociaż jednego maluszka i oszczędzi łez jakimś rodzicom.

piątek, 11 stycznia 2013

Ma-ma, Mama!

Doczekałam się!
Bułka, od kilku miesięcy faworyzująca tatę, postanowiła dzisiaj uhonorować matkę w spektakularny sposób: najpierw kilka razy weszła na kanapę i zeszła z niej tyłem, całkiem sama, a potem nagrodzona za ten wyczyn brawami, przechyliła łepetynkę, uśmiechnęła się od ucha do ucha, wyciągnęła w moją stronę paluszek i powiedziała: "ma-ma, mama!".
Uśmiechnęła się znowu i kontynuowała nowo wyćwiczoną wspinaczkę mamrocząc pod nosem: "mama! mama!".
A ja siedziałam z głupawym uśmiechem patrząc na tłuściutkie paluszki wczepione w tapicerkę, wypinający się raz za razem kuperek, migające nóżki i urocze minki posyłane mi nad ramieniem, szczęśliwa jak co najmniej Faust przed wniebowzięciem.
Może i patetycznie ale co tam, "trwaj chwilo, jesteś piękna!".

środa, 9 stycznia 2013

Teść na zdrowy sen

Sąsiad z góry ma wydziarane na ramieniu 3 gwiazdki i 2 belki - pułkownik, razem 11 lat odsiadki. Podobno kogoś ubił. Kiedyś Dumny Ojciec robił sobie przy kuchennym stole kanapkę. Zerknął przez okno i zobaczył strażaka (przypominam, 4 piętro, więc widok niecodzienny) razem z policjantami w koszu podnośnika. Panowie właśnie szykowali się do odwiedzenia sąsiada przez okno, żeby uwolnić uprowadzoną przez niego prostytutkę.
Poza tym incydentem i parokrotnymi przypadkowymi wizytami jego naprutych i przyćpanych znajomych raczej nie jest uciążliwy.

Sąsiad z dołu jest niepełnosprawny intelektualnie. Przy tym jest zadbany, samodzielny, sympatyczny, kulturalny i dobrze daje sobie radę w życiu. W tym z czym sobie nie radzi, pomaga mu rodzina. Z sąsiedzkiego punktu widzenia jedynym uciążliwym aspektem jest to, że codziennie bardzo głośno i rozpaczliwie krzyczy w toalecie, co u nas daje wrażenie mięsożernego sedesu właśnie kończącego dojadać poprzednią ofiarę.

Za ścianą naszej sypialni mieszkają z kolei (najprawdopodobniej) prostytutki z kraju rosyjskojęzycznego kłócące się przeraźliwie, rzucające talerzami i wołające do siebie łamiącymi się głosami "ty toże suka!" a w chwilach zawieszenia broni miłujące bez wzajemności karaoke*.

Ale jeśli chodzi o robienie hałasu po nocy cała ta malownicza ekipa nie dorasta mojemu teściowi do lewego kolana.
Może nie jest konkretnie głośniejszy, za to daleko bardziej konsekwentny. 
Codziennie kiedy domownicy idą spać teść nabiera apetytu, chęci na kawę z ekspresu ciśnieniowego a potem na cuchnącą fajeczkę (którą chodzi zapalić na klatkę). Resztki przepalonego tytoniu wytrząsa z fajki do zlewu tłukąc w nią łyżką. Fusy od kawy z kolei wystukuje o brzeg kosza na śmieci. Krzesła przesuwa nogą po kafelkach. "Gra" też na drzwiach do toalety, drzwiczkach do lodówki i mikrofalówki (tych jako jedynych faktycznie nie da się zamknąć cicho). Posiedzi potem trochę, a jak posiedzi to zgłodnieje i cała impreza zaczyna się od nowa. A trwa do 2-3.

Dzisiaj w nocy też w miarę swoich możliwości urozmaicał nam Bułkową rekonwalescencję. Dzięki jego nieocenionej pomocy przespałyśmy około 4 godzin.


* Oczywiście mamy też sporą grupę sąsiadów tradycyjnych.

wtorek, 8 stycznia 2013

O supermocy na Robina Hooda

Zasmarkana Bułka wylądowała dzisiaj u lekarza. Niestety wyszliśmy bez dobrych wiadomości: Mała ma zapalenie płuc, dostała antybiotyk i całą furę pomniejszych medykamentów.

Natomiast wydarzenia które doprowadziły nas do gabinetu były, jak to w polskiej służbie zdrowia, dramatyczne.

Wczoraj nie było numerków.
Dzisiaj o 7 udało się numerek "wystać". 
Wizyta miała wypaść planowo o 13:30. Kiedy około 12:50 szykowałam Bułkę do wyjścia podniosłam ją w krzesełku do karmienia i od razu pożałowałam. Przypomniałam sobie jak to fajnie było rodzić. Skurcze jak prawdziwe. Wystraszyłam się bo stanęły mi przed oczami 2 krwotoki i 4 pobyty na patologii zaliczone w bułkowej ciąży. Ściągnęłam z pracy Dumnego Ojca, na szczęście pracuje 4 minuty piechotą od mieszkania. Tymczasem skurcze zelżały. Ubraliśmy Bułkę i przeprawiliśmy się na drugą stronę ulicy, gdzie mieści się nasza przychodnia. Odebraliśmy wystany numerek, ustawiliśmy się w kolejce pod gabinetem i czekaliśmy. I czekaliśmy. Bułka kasłała, miękła na rękach, ale wytrzymywała bardzo dzielnie i nie traciła pogody ducha, zawsze skora pokazać gdzie jest oko a gdzie nos.

Kiedy zrobiła się nasza pora na wizytę do głosu doszły 2 panie. Pierwsza z pań, emerytka "tylko na chwilę załatwić papiery", miała wizytę na 11:30 ale na nią nie przyszła. 11:30 jest przed 13:30 więc, co logiczne, postanowiła wejść przed nami. A, z natury szczodra jak prawdziwy Robin Hood, postanowiła podzielić się nie swoim miejscem z panią bez numerka z około rocznym "chorym dzieckiem", które na tle innych obecnych w poczekalni małych zombie, prezentowało się całkiem nieźle. "Bo ta pani ma chore dziecko" głosowała pani emerytka, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu poparcia u rodziców, którzy wyraźnie dla psikusa ze swoimi zdrowymi dziećmi (o błędnych oczach i gilach do pasa), akurat tego dnia postanowili odwiedzić poradnię dzieci chorych.

Ostatecznie postanowiliśmy z obiema paniami nie polemizować tylko wyjaśnić sytuację w prostych, żołnierskich słowach i wejść do gabinetu w naszej podwójnie wystanej kolejności.
Chyba pierwszy raz egzekwowałam swoje prawa u lekarza. 15 minut później nadal trzęsły mi się ręce. Kiedy wychodziliśmy pani emerytka bąknęła co nieco pod nosem i obrzuciła mnie wzrokiem łani ranionej w lędźwie. Do tej pory czuję się z tym paskudnie.
Dla siebie bym tego nie zrobiła bo zdecydowanie wolę poczekać niż się konfrontować, ale lejąca się przez ręce Bułka z zapaleniem płuc zasługuje na poszanowanie swojego prawa. A egzekwowanie go jest właśnie moją rolą. Pokojowe nastawienie do świata jak również spora doza pierdołowatości i tchórzliwy charakter nie są żadną wymówką. 
Całe szczęście, że są mamowe supermoce. Po raz kolejny je uruchomiłam i z ulgą przekonałam się że nadal działają. I, że jednakowo dobrze nadają się do zwalczania insektów, nie wpadania w panikę w trudnych sytuacjach jak i gromienia emerytek ;).

Skurcze na szczęście rozeszły się po kościach. Trochę jeszcze o sobie przypominają ale nie w sposób którym warto by się było przejmować.

A nasza pani doktor znów udowodniła głębię swojego znawstwa etapów rozwojowych dzieci: "tylko proszę ją przekładać, nie powinna stale leżeć w jednej pozycji*"

* jak to przeważnie robią niespełna roczne dzieci

poniedziałek, 7 stycznia 2013

baj baj dietko :D

Jestem po wizycie u lekarza i mam szczerą chęć odtańczyć taniec zwycięstwa czynu na cześć pięknych chwil które mnie czekają: koniec katowania się dietą! (chociaż w tym miejscu muszę wyznać ze skruchą, że katowałam się mniej skrupulatnie niż było założone) Dość, że jak na razie nie przytyłam tylko schudłam a cukry dalej robiły co chciały, więc mogę sobie po ludzku zacząć dokładać insuliny szybkodziałającej i na legalu opychać się kaszą, razowym pieczywem i makaronem :). Węglowodany na każdy posiłek, taaaaaak :).

Czy muszę dodawać, że w związku z tym miewam się wyśmienicie? Zwłaszcza, że piszę to znad należącej się ciężarnej jak psu buda, miski musli z mlekiem 0,5% :DDD
Jak się miewa Kluska dowiem się dopiero w przyszły poniedziałek, po usg.
Bułka tymczasem miewa się dosyć kiepsko. Rozchorowała się bidulina, smarcze, charczy i gorączkuje. Jutro pójdziemy ją osłuchać. Mimo choróbska jest słodka i kochana ale żal patrzeć jak się dziewczyna męczy.

Ostatnią nowością dnia jest pierwszy Bułkowy prezent urodzinowy przyniesiony dzisiaj przez kuriera. Dziadkowie Bułki postanowili obdarować ją jeździkiem, który po drobnych negocjacjach przybrał formę mini roweru biegowego dla najmniejszych maluchów:
Nazywa się Puky Wutsch i jest bombowy. Puky występują jeszcze w mniejszej wersji Pukylino ale nawet większy model jest nieduży, w sam raz dla Bułki, więc cieszę się, że się na niego zdecydowałam bo mały szybko zrobiłby się za mały.
Doczekać się nie mogę Bułki na nowym rumaku :).

sobota, 5 stycznia 2013

Bułka księżycowa

Wydawało mi się, że niemowlaki tego nie robią (znaczy, że zaczynają dopiero jako mowlaki) ale wczoraj w nocy patrzę i co widzę? Bułka podnosi się, idzie na czworaka, zapiera się głową o bok biurka przysunięty do wezgłowia łóżka. Niezmieszana brnie dalej zsuwając kolankami kolejne fałdy prześcieradła. Wreszcie zmienia technikę na kuśtykanie na trzech a wolną ręką o rozczapierzonych palcach kopie w powietrzu. Układam, przytulam a Bułka z sapnięciem mości się i dalej śpi w najlepsze.
Tak, tak, wychodzi na to, że Bułka lunatykuje.
Ciekawe czy to po mamie?

piątek, 4 stycznia 2013

Bułka znów wydoroślała

Bułka stanęła bez oparcia! 
Od wczoraj chodzi za rączki, to jej autorski pomysł: jeśli można przy zabawkach i krzesłach czemu by nie spróbować przy matce? Nie podnosimy jej rączek do góry tylko nadstawiamy palce na wysokości klatki, chwyta się ich i spaceruje z wielką lubością :).
A od tygodnia umie się wysoko rozbujać na koniu na biegunach :). Do tej pory siadała na nim i trzęsła za uchwyty, teraz z uśmiechem prezentującym komplet uzębienia, galopuje jak szalona amazonka.

Zaczynamy się powoli szykować do jej urodzin. Aż się wierzyć nie chce, że to już

Notka sprowokowana anonimowo o dobrym czasie na dziecko

Znajdujemy naszą wymarzoną drugą połówkę, patrzymy sobie w oczy, spacerujemy, prawimy komplementy, chodzimy do kina i na lody. Pięknie jest. Decydujemy się na wspólną codzienność z praniem skarpet i zmywaniem po obiedzie. Budzimy się i zasypiamy razem, widujemy swoje mniej odświętne oblicze i dalej jest pięknie.
Aż w którymś momencie dochodzimy do wniosku, że nasza rodzina jest jakby niekompletna.

I zaraz pojawiają się wątpliwości czy to jest aby dobry czas na dziecko? 
Gdzie będziemy mieszkać? Brać kredyt na 25 lat? Budować się czy kupować? I co ze sobą zrobić zanim pojawi się upragnione M? Kątem u teściów? Wynajmować? Ile to potrwa?
Co będzie z pracą? Czy kariera poczeka? Kiedy wracać? Czy będzie do czego wracać? Czy da radę pogodzić obecną pracę z potrzebami maluszka? Jaką mamy gwarancję, że najbliższe 25 lat przeżyjemy w zdrowiu wspólnymi siłami karmiąc naszego hipotecznego potwora? Czy jakby co przeżyjemy z jednej pensji, my i rata?

Czy nie lepiej poczekać z maluszkiem aż dom będzie stał, rodzinny samochód czekał w garażu, odkurzacz w schowku a plazma na ścianie?

Bo niby dzieci lepiej rodzić przed trzydziestką ale w tym wieku ciężko się czegoś wygodnego dorobić własną pracą, więc jeśli nie mamy zamożnej babci nieboszczki, albo hojnych rodziców, wstrzymanie się do 40 byłoby co najmniej sensowne.
Albo, jak z przymrużeniem oka sugeruje mój tata, do emerytury, kiedy:
człowiek osiąga już pełnię stabilizacji życiowej,
jest niezależny lokalowo,
nie musi mieszkać tam gdzie jest praca tylko tam gdzie dociera poczta,
jest syty wrażeń po wolnym od zobowiązań życiu,
wyszalał się już do woli, 
nie marnuje wolności, 
ma dość cierpliwości,
ewentualna utrata pracy nie zaprząta go w najmniejszym stopniu,
jego dochody są w pełni przewidywalne,
nareszcie ma tyle czasu ile trzeba, żeby w spokoju zajmować się potomstwem nie narażając finansowo budżetu państwa ani pracodawcy i ogólnie nie robiąc nikomu kłopotu. 

Nie ma niepewności, trudności, ani powodów do narzekania, zwłaszcza jeśli nasza stabilizacja lokalowa nastąpi na parterze ;). Sielska radość i wygoda.
Bo wiadomo, dzieci z samej definicji ma się po to, żeby było łatwiej i wygodniej ;).

środa, 2 stycznia 2013

O spacerkach, których jest ostatnio niewiele

Marzy mi się następujący scenariusz: otwieram drzwi, wkładam Bułkę do wózka, jeździmy po miłych małych uliczkach, roześmiana Bułka pokazuje paluszkiem dzieci i pieski, wietrzymy się, rozmawiamy i syntetyzujemy witaminę D.

Niestety nasza rzeczywistość wygląda nieco inaczej. 
Najpierw trzeba ubrać siebie, malucha, objuczyć się bobo-gratami i wyjść. Jak to wygląda każdy wie, a jeśli nie wie, bez trudu się domyśli.
Kiedy szczęśliwie przekroczymy drzwi znajdujemy się na klatce, którą przebiega pion ciepłowniczy, na czwartym piętrze, bez windy. Zanim zejdziemy na dół obie jesteśmy mokre jak woda. Teraz trzeba dojść na parking po czym używając wszystkich swoich pięciu rąk wyjąć z samochodu wózek, złożyć go, usadzić Bułkę, zamontować torbę, e voila, można zacząć spacerować.
Koło domu jest mały park, po którym przeważnie jeździmy w kółko. Wybranie się gdzieś dalej wymaga przedzierania się, oczywiście slalomem, przez centrum (czytaj: przez okolicę bardzo bogatą w psy a wyjątkowo ubogą w trawniki).
Wydawać by się mogło, że teraz przyjdzie wyczekana nagroda w postaci Bułkowego zachwytu nad pieskami, dziećmi i ogólnie pięknem świata. Wolne żarty! Odkąd zaczęła się swobodniej poruszać, Bułka szczerze nienawidzi siedzenia w jednym miejscu. Pobiegałaby sobie, tyle, że na nogach jeszcze nie umie. Marzy się jej za to rundka na czworakach w tych nieszczęsnych psich kupach i jest gotowa na wiele, żeby cel osiągnąć. Skwierczy, potem piszczy, wije się i kręci. Ja oczywiście robię w tym czasie co mogę, żeby do tego skwierczenia ani do pełzania w kupach nie doszło.
Spacerujemy sobie z pełnym zaangażowaniem matczynej kreatywności (gdzie oko, a tu piesek, a kuku, zobacz jaka piękna zabawka, nie ma co skwierczeć) około pół godziny, po czym Bułka przechodzi do konkretów. Wtedy pozostają dwie opcje: 
- przy akompaniamencie rozpaczliwego wycia pędem do domu unikając wzroku przechodniów 
albo 
- Bułka pod pachę, wózek w rękę, język na brodę i pędem do domu przy akompaniamencie delikatnego skwierczenia.

Teraz teoretycznie powinnam używając 5 rąk rozmontować Bułkowo - wózkowy zestaw, schować wózek a ze śliską Bułką w kombinezonie (i małą Kluską na pokładzie) dziarsko wbiec na czwarte piętro. Niestety tu wymiękam. Dzwonię do Dumnego Ojca który, jeśli może, wychodzi z pracy wholować nas na górę. Gorzej jeśli nie może. 

Czasami w ramach dodatkowego bonusu przylatują wrony - mieszkanki drzew w naszym małym parku, z brzuchami wypełnionymi na wszystkich warszawskich śmietniskach, i urządzają bombardowanie. Pamiętacie ten obrazek? Jest nadal aktualny, tylko wózek się zmienił ;)


Wszystko to razem powoduje, że spacerki nie należą ostatnio do przyjemności ani do naszych częstych zwyczajów. Chętnie poświęciłabym się dla Bułkowej radości ale użeranie się z materią dla Bułkowego smutku i niezadowolenia to trudna sprawa.