poniedziałek, 30 grudnia 2013

Chaos w obrazkach



Góra:
rosochaty wenflon na 2 kroplówki na raz, tzw. kranik
skurczybyki spowodowane haftowaniem po kolacji
pamiątka Ostatniego Namaszczenia, którą ktoś, chyba dla podtrzymania na duchu, podrzucił mi na salę kiedy na porodowej przez 13,5h wyciszali skurczyki z poprzedniego obrazka
wazony do dobowej zbiórki moczu, gra zręcznościowa dla ciężarnych

Środek:
Pyzunia okablowana
częściowo rozkablowana
już tylko pod kroplówką
na oddziale ale z mamą :)

Dół:
najpiękniejsza nocna lampka
nareszcie poznajemy się bliżej
Pyza zdjęta z grilla czyli koniec fototerapii
pompusia

Na początku był chaos

Patologia ciąży

W związku z tym, że Marysia zwana dalej Pyzunią, wypchnęła mi kuperkiem spory kawałek żołądka przez otwór w przeponie do klatki piersiowej i wszystko co zjadłam lub wypiłam oddawałam na znaczne odległości, schudłam 5 kg a moje wyniki zaczęły się psuć. Jonogramy, koagulogramy i inne gramy prezentowały się coraz gorzej a cukier skaczący od 40 do 270 nie służył żadnej z nas. Poza tym nie można mnie było karmić kroplówką w nieskończoność, już po 2,5 tygodniach istniało realne zagrożenie, że się nie pohamuję i kogoś zagryzę, więc po ukończeniu 34 tygodnia ciąży (i przeczekaniu weekendu) zaczęto wywabiać Pyzunię na świat, najpierw za pomocą preindukcji cewnikiem Foley'a a kolejnego dnia już konkretnie - oksytocyną. 

Trakt porodowy

Reaguję na nią wyśmienicie (tzn. niewielkie ilości dają bardzo spektakularne efekty) a chlupnięto mi ją hojną ręką, więc po 2 godzinach i 30 minutach wypełnionych dwuminutowymi skurczybykami rozdzielonymi minutowymi przerwami, Pyza była na świecie. Poszło szybciej i ehmm... dynamiczniej niż ktokolwiek się spodziewał więc zzo zadziałało akurat na końcówkę szycia. Na szczęście tym razem obyło się bez nacięcia co (mając w pamięci poprzedni poród) było naprawdę wspaniałą wiadomością.

OIOM

Pyzunię oceniono na 10 pt. zmierzono, zważono, obejrzano i oddano. Właśnie zabierałam się za przystawianie, kiedy Mała zaczęła prężyć się i postękiwać. Nie miałam pojęcia co się dzieje, myślałam, że może coś z brzuszkiem albo zimno, do głowy mi nie przyszło, że właśnie przestaje oddychać. Na całe szczęście położna usłyszała stękanie, zabrała malucha i w te pędy pobiegła na OIOM noworodkowy. Następnym razem zobaczyłyśmy się z Pyzą już w komplecie okablowania: pod c-papem, sondą, kroplówką z glukozą i czujnikiem do pulsoksymetru przyczepionym do stópki. Dopiero czytając wypis dowiedziałam się, że przeszła wtedy wylew. Na całe szczęście nieurazowy.

Patologia noworodka

Chodziłam do niej w odwiedziny co 3 godziny. W pozostałym czasie starałam się ścigać mleko, niestety szło opornie i mimo szczerych chęci i wymiędlonych laktatorem cycków, dopóki miała założoną sondę nie udało mi się utoczyć nawet mililitra.Co innego kiedy pozbyła rurki i mogła, nadal podłączona do wlewu glukozy, sama rozgościć się przy bufecie. To był prawdziwy przełom. Pyza zaczęła jeść a przytulone, pachnące ciałko spowodowało, że jedzenie wyczarowywało się na zawołanie.
(Tutaj niestety wkroczyła żelazna logika pań położnych: dziecko jadło z piersi a potem nie chce z butelki? Znaczy się za bardzo się męczy przy przystawianiu i lepiej karmić sondą! Co z tego, że przybiera i generalnie nie narzeka na swój los? Na szczęście Pyza obroniła się sama bo poprawiła wyniki tak wyraźnie, że przeniosła się z inkubatora do łóżeczka a dobę później przyszła do mnie na salę).

Rooming in

Po tygodniu rozłąki nadszedł piękny dzień - dostałam swoją lampkę nocną, czyli Pyzunię poddawaną fototerapii żółtaczki. Nareszcie mogłyśmy się do woli wyprzytulać i wykangurować. Było cudnie, niestety nie trwało długo.

Noga

Już pierwszego dnia po porodzie pobolewały mnie plecy i tylna strona lewej nogi. Nie na tyle, żeby się nad tym wiele zastanawiać, ale każdego dnia coraz bardziej. Niestety drugiego dnia z Pyzunią czyli ósmego po porodzie sprawy nie dało się już przeoczyć: kiedy szłam (skakałam na jednej nodze wlokąc za sobą drugą) do dyżurki położnych żeby zgłosić koszmarny ból - noga odmówiła mi posłuszeństwa - złożyła się pode mną. Było trochę paniki, ból jak skaranie a kolejnego dnia decyzja: zakładamy ciągłe zzo. 
Sprawnie założyli mi cewnik, podali dawkę, po której poczułam się dobrze ale okazało się, że zniesienie bólu wiąże się z całkowitą utratą motoryki od bioder w dół. Kiedy przesiadałam się na wózek żeby wrócić na salę nogi spadły mi z łóżka i pociągnęły resztę za sobą.

Pompa

Początek na pompie był cudny, nic nie bolało. Gorzej zrobiło się w nocy. Okazało się, że przez psikus ze spadającymi nogami przemieścił mi się cewnik i znieczulenie nie rozchodzi się dobrze: lewa noga - chora - boli jak skaranie a prawa - zdrowa ale za to podwójnie znieczulona - jest zupełnie niewładna.

Patologia noworodka

Nie mogłam się zająć Pyzunią, która ku mojej rozpaczy, szlochom i zawodzeniu, pojechała z powrotem na oddział. To była zdecydowanie najgorsza noc jaką pamiętam.

Rano zrobiło się lepiej: udało się poprawić cewnik i na moją stanowczą prośbę zmniejszyć dawkę znieczulenia tak, że klnąc w surowy kamień dawałam radę stanąć na nogach. Fantastyczny wynalazek ta pompa! Pierwszą rzeczą którą zrobiłam po ustaleniu się dawki było doturlanie się na noworodki z pytaniem, czy nie mają przypadkiem pyz na wynos. Mieli :)

Kolejnego dnia jechałam na rezonans kręgosłupa a Pyzunia znowu wylądowała na noworodkach ale tym razem nie na długo. Okazało się, że jestem zdrowa jak ryba jeśli nie liczyć zapalenia nerwu kulszowego co przy tak nasilonych objawach było naprawdę fantastyczną wiadomością. Kiedy wiedziałam, że gorzej nie będzie i, że ustrojstwo leczy się leżąc tak, żeby nie bolało, pożegnałam pompusię i szpital, w którym spędziłam ostatni miesiąc, zgarnęłam Pyzunię i wróciłyśmy do teściów. 
Mało brakło a jechałybyśmy prosto do siebie, wystarczyłby czas który spędziłam na oddziale plus ten, który pozostał do planowanego urodzenia Małej. 
Ale nic to, co się odwlecze to nie uciecze. Jeszcze chwila a potem będzie z górki.
Już teraz karmimy się jak lubimy, przytulamy kiedy mamy ochotę a zapalenie nerwu jakby trochę ustępowało. Wyraźnie widać światełko w tunelu i tym razem najpewniej nie jest to nadjeżdżający pociąg ;)

środa, 18 grudnia 2013

Jest

Ma 52 cm wzrostu, waży 2700g (cukrzycowy makrosomik więc niestety imponujące wymiary nie przekładają się na dobry stan). mieszka w inkubatorze pod tlenem, dostaje glukozę we wlewie a jedzenie sondą. Ma bujną, czarną czuprynkę i rzęski jak maleńkie szczoteczki.
Dziś chwilę po południu, w 34t5d ciąży na świat przyszła Marysia.

sobota, 7 grudnia 2013

Dzienniczek Patologiczny 3

"Bodaj cię przepuklina rozworu przełykowego!" będzie chyba brzmiała najstraszliwsza klątwa w moim  asortymencie.
Dziś, podobnie jak wczoraj, były grube problemy z utoczeniem mililitra krwi do badań.
Odciągniety tłoczek, po wpuszczeniu paru kropli jak gdyby nigdy nic, cofał się sam do pierwotnej pozycji. Ale w końcu nakapało.

Wenflony naszam obecnie noworodkowe, cukier szaleje, jony podobnie, kwestię żołądka taktownie przemilczę.
"Stan ostry", "kwestia dni", "może w środę"
Bułka tęskni, ją tęsknię, Dumny Ojciec robi bokami, babcia biega w panice.
Tylko Pączuś fajta niezrażony i wydaje się być zupełnie zadowolony z sytuacji a zapisy KTG, poza nielicznymi wyjątkami wychodzą idealnie.

piątek, 6 grudnia 2013

Dzienniczek Patologiczny 2

Na początek bardzo dziękujemy za wszystkie kciuki i ciepłe słowa.
 Bardzo nam miło, że tyle osób nam kibicuje. Obiecujemy z Pączusiem robić co w naszej mocy, żeby wszystko poszło zgodnie z planem.
A plan jest taki, żeby wytrzymać jeszcze tydzień.

Dzisiaj Malutka przeszła śpiewająco test Manninga a kolejnych 2 lekarzy oszacowało ją na 2300. Jesteśmy już po 4 dawkach sterydów i wszyscy zaczynają wierzyć, że dotrwamy do piątku.

Ją też mam na koncie pewne sukcesy: udało mi się w ciagu dnia wypić własną paszczą 600ml i zjeść prawie 400 kcal, co razem z kroplówkami daje 3600ml płynów i 1400kcal. Łatwo nie było więc duma mnie rozpiera! W końcu prawie dwukrotnie poprawiłam poprzedni rekord :)

Tanio skóry nie sprzedamy!

edit: Zapomniałam o bardzo ważnej i bardzo dobrej wiadomości:
miedniczki się obkurczyły i już nie budzą niczyich podejrzeń! :D

środa, 4 grudnia 2013

Dzienniczek Patologiczny 1

28.11 czwartek
Kochany Dzienniczku!
Po porannych wymiotach, których nie udało się wyciszyć wylądowałyśmy z Paczusiem na naszym ulubionym oddziale.
Salę mamy VIPowską, jednoosobową, trochę tu nudno ale wygodnie. zresztą przecież nie zabawimy długo.

29.11 piątek
Mówią, że to całe haftowanie to jelitówka czy inny rotawirus.
Chyba z gatunku tych paskudniejszych bo wieczorem pojawiły się skurcze i krew.
Pączuś, poproszę bez takich! Noc na porodowej a nad ranem powrót na patologię, nadal w dwupaku.
Ufff...

30.11 sobota
Pączuś się na coś szykuje a ja w lesie (ze wszystkim oprócz wymiotów). Gotów pomyśleć, że go tu wyrodna matka wcale nie chce i wleźć z powrotem.
Robię skarpetę na wabia, niewiele ale zawsze coś.

1.12 niedziela
Dzień nudny do granic przyzwoitości. Ale za to wieczór pełen wrażeń.
Najpierw rzy, potem krew, w końcu skurczybyki i spektakularny powrót na porodową.

2.12
13,5h pod ktg, kroplówkami i pompami, wymioty i skurcze na łóżku - zjeżdżalni. Paczuś - w lewo albo w prawo!
Ok, czyli w lewo. Powrót na patologię

3.12 wtorek
Badali już wszystko, w końcu wyjaśnienie zagadki przyniosła gastroskopia.
Pączuś się rozpycha, nie ma miejsca na żołądek
Wymioty powodują skurcze a one krwawienia. Dadzą więcej leków przeciwwymiotnych.

4.12 środa
Pierwszy śnieg, trzeci i czwarty wenflon.
miało być lepiej ale nadal nie mogę jeść ani pić.
Spadło zapotrzebowanie. Tyłek siny od nospy.

piątek, 22 listopada 2013

Aaaa kotki dwa, każdy z nas śledzionę ma

Wczoraj był trudny dzień. Bułka poszła na drzemeczkę o 2 godziny za późno, wykończona padła jak mucha i nie dała się dobudzić do wieczora. Po obiadokolacji, szalonych zabawach z tatą, tańcach łamańcach, wygibach, długaśnej kąpieli i kaszce wylądowała w łóżku później niż zwykle, marudna ale jeszcze nie senna.

Poleżała parę minut i się zaczęło. Płacze, krzyki, wyrywanie się, na rączki nie, do taty nie, do łóżka nie, owieczki nie. Jedynym co wprowadzało odrobinę spokoju w nieszczęśliwe bułcze jestestwo była śpiewająca matka. A konkretnie śpiewająca piosenkę o kotkach.

"My jesteśmy kotki dwa, każdy z nas 2 oczka ma. Aaaaaa kotki dwa, każdy z nas dwa oczka ma..."
Dwa oczka, dwa uszka, wąsiki, ogonek... yyyyy... yyyy... dwa oczka?
NIE, NIE, NIE! Dwa oczka już były! Bułczę nie dało się zbyć byle czym.

Czas leciał, Bułka patrzyła z nadzieją, gotowa rozwyć się w najlepsze przy przedłużającej się chwili ciszy a ja (wklinowna miedzy łóżeczko a szafę) ćwiczyłam umysł wyszukując trzysylabowe składniki kotków:
Pazurki! Futerko! uff... kolejne błogosławione sekundy wypełnione moim mamrotaniem. Ale z biegiem czasu z wymyślaniem zaczęło się robić coraz gorzej. 
Cóż te koty mają jeszcze trzysylabowego? Chyba tylko śledzionę.

"Aaaa kotki dwa, każdy z nas śledzionę ma" rzuciłam bez specjalnych nadziei. Ale przeszło! Bułka nawet nie sapnęła. Dobrze, przysypia - pomyślałam.
"Aaaa kotki dwa, każdy z nas dwa uszka ma?" - zaryzykowałam. Bułka pokręciła się i zaczęła piszczeć. Czyli jednak śledzionę.
Jak śledzionę to może i żołądek? 
Żołądek przeszedł! 
Jelito? Też! 
Oczodół? Staw stępu? Siekacze! Zastawki! Moczowód!
Oooooo, tak to ja mogę dłuuuugo :D
Przeleciałam przez anatomię prawidłową od przodu do tyłu kota a kiedy z braku weny zaczęłam się niepokojąco zbliżać do patologicznej ("Aaaa kotki dwa, każdy z nas torbiele ma") Bułka zasnęła. Była 23:07.

Versatilo - Liebster

Ostatnio dostałam dwie nominacje do zabaw blogowych, do pierwszej zabawy nominowała mnie Maryś a do drugiej Misako Hime.

W pierwszej mam ujawnić 7 nieznanych faktów o sobie. Oto one:
  1. Co prawda nie biegam i od podstawówki biegałam niewiele, a w podstawówce bieganie było dla mnie nie lada udręką, ale bardzo bym chciała dać mu i sobie jeszcze jedną szansę i w przyszłym roku o tej porze przebiec 10 km.
  2. A kiedyś, w bardzo odległej przyszłości, ultramaraton, np. Bieg 7 Dolin (100km w czasie poniżej 17h). Albo, jeśli z bieganiem nie wypali, jakiś rowerowy maraton.
  3. Czemu tak - nie mam pojęcia. Może zachcianka ciążowa ;).
  4. Przez wiele lat, jakoś tak 13, nie jadałam mięsa. Zaczęłam ponownie w ciąży z Bułką kiedy nie mogłam utrzymać dobrych wyników. Pewnie kiedy przestanę karmić Pączusia, a może nawet trochę wcześniej, wrócę do takiego sposobu odżywiania, bo bardzo go lubię.
  5. Jestem seryjną dłubaczką: co jakiś czas rzucam się w wir rzemiosła i mam z tego wiele frajdy. Potem nudzi mi się i zabieram się za następne żeby po pewnym czasie przypomnieć sobie o wcześniejszych. W ten sposób rotuję: szydełkowanie, druty, frywolitki, (marne) rysowanie i dzierganie na krosnach (ostatnio znów na topie).
  6. Nie przepadam za kosmetykami i używam ich niewiele
  7. Ale zestawem do manicure hybrydowego bym nie pogardziła ;)
W drugiej zabawie mam odpowiedzieć na 10 bardzo trudnych pytań:
1. Czy blog nie pozbawia cię prywatności?
Trochę tak, ale nie bardziej niż mu pozwolę ;)

2. Czy coś byś zmieniła w tym jak prowadzisz bloga?
Piszę z potrzeby chwili i tak jak mi w tej chwili w duszy gra, więc blog jest niespójny, chaotyczny i chyba taki będzie już musiał pozostać :)

3. Czy uważasz, że ciąża uprawnia kobiety do innego traktowania?
Oczywiście! Uważam, że każdy z przyczepionymi do brzucha 10 (lub więcej) kilogramami powinien dostać trochę wsparcia bo jest mu najzwyczajniej w świecie ciężko się ruszać.

4. Czy blog ci pomaga się uporać z emocjami?
Chyba raczej nie

5. Czy bycie mamą jest twoim najważniejszym zadaniem?
Bycie mamą to dla mnie bardziej rola niż zadanie, podobnie jak bycie żoną czy córką. W takiej sytuacji ciężko wskazać priorytet bo w każdej z ról się po prostu  jest.

6. Czy byłabyś gotowa zrezygnować z pracy, aby zająć się tylko dzieckiem?
Specyfika mojej pracy (pracuję w laboratorium ze straszliwym paskudztwem) jest niestety nie do pogodzenia z byciem w ciąży czy karmieniem piersią, więc od początku wiedziałam, że czeka mnie dłuższa przerwa i byłam na nią w pełni przygotowana.

7. Najpiękniejszy dzień w życiu?
O, wiele takich dni było i chyba jeszcze sporo będzie :)

8. Czego nigdy byś nie zrobiła?
Nie wiem. Nie wiem jak bym się zachowała w drastycznej sytuacji i do czego byłabym zdolna gdybym naprawdę została zmuszona. Mam tylko nadzieję, że umiałabym dokonać właściwego wyboru

9. Życie jest białe albo czarne?
Jak mawia jeden z moich ulubionych panów doktorów: "życie jest jak tęcza - albo czarne, albo białe" ;P

10. Lubisz czytać blogi innych osób?
Czasem bardzo lubię a czasem jestem wystarczająco przestymulowana tym co mam wokół żeby się za to w ogóle zabierać.

11.Czy często komentujesz wpisy innych osób, zamieszczone zarówno na twoim blogu jak i na innych?
Nie bardzo. Ale to nie znaczy, że nie czytam i nie kibicuję w cichości ducha :)

Żadnego z łańcuszków nie będę przekazywać dalej ale jeśli ktoś miałby ochotę wziąć w nich udział niech czuje się przeze mnie nominowany :)

poniedziałek, 18 listopada 2013

O tyłku, który daje do zrozumienia

Uczelnia, miejsce uczęszczane również weekendami, tłum i mało kameralna atmosfera a mojemu tyłkowi zabrało się na emancypację. 
Ja rozumiem, że pozwalałam sobie na zachcianki, które mogłam sobie darować ale czy te spodnie, moje ostatnie ciążowe spodnie, musiały trzasnąć właśnie w takim miejscu? No i czy musiały koniecznie zrobić to przez środek pośladka, tak żeby ludzie mogli spokojnie nasycić oczy widokiem mojej falbanki od majek?
Tyłku, ja naprawdę zrozumiałam już po ostatniej porcji rozstępów! 
Przecież robię co mogę!

czwartek, 14 listopada 2013

Matka bierze

Biorę bo muszę. Żyję bo biorę. Insulinę.
Podobnie jak około 300 milionów ludzi na świecie choruję na cukrzycę.
Dzisiaj "nasze święto".
Niby 300 milionów to sporo, niby corocznie na cukrzycę umiera więcej osób niż na raka piersi i AIDS łącznie (co pięć sekund jedna), a wiedza na temat choroby nie powala. Bo kim jest dla Kowalskiego cukrzyk? Ano takim leniwym, zaniedbanym grubasem który się nad sobą użala a w sumie to przecież nic mu nie dolega.

To, niezależnie od typu cukrzycy, bardzo krzywdzący stereotyp. Poza tym często baaardzo mocno oderwany od rzeczywistości: wszystkich cukrzyków łączy tylko jeden wspólny mianownik - zbyt wysoki poziom cukru we krwi. Powody takiego stanu rzeczy i sposoby leczenia bywają bardzo różne.

Jako, że typ pierwszy jest najbliższy mojemu sercu (a żeby być dokładną - trzustce) przygotowałam krótką listę ulubionych mitów które słyszę co i rusz.

Cukrzyca jest wynikiem złej diety
Cukrzyca drugiego typu, owszem, bywa.
Natomiast przyczyny niewydzielania dostatecznej ilości insuliny w pozostałych typach mogą być rozmaite. Jedno jest pewne - chory nie ma na nie najmniejszego wpływu.

Diabetycy nie mogą jeść słodyczy
Diabetycy, jak wszyscy, powinni jeść zdrowo. Jeśli zachowają zdrowy rozsądek i podadzą sobie insulinę, od czasu do czasu mogą jeść wszystko :).
 
Dieta, ruch i kontrola wagi ciała mogą spowodować wyzdrowienie
Mogą spowodować ustąpienie objawów cukrzycy drugiego typu. Cukrzyca pierwszego typu (podobnie jak MODY czy LADA) nie przechodzi choćbyś pękł.

Jak to nie? Miałam ciocię Ziutę i jej przeszło
Można w ciemno obstawić, że ciocia Ziuta nie chorowała na cukrzycę pierwszego typu (albo jest świeżo po przeszczepie trzustki).

Cukrzycą można się zarazić
Nie można :)
Co więcej: poza MODY odziedziczalność choroby nie jest duża, więc cukrzyczki przy (większej) odrobinie dyscypliny i samozaparcia mogą z powodzeniem rodzić śliczne zdrowe bobasy :)

A teraz parę faktów:

Ty też możesz mieć cukrzycę
Bardzo wielu cukrzyków nie wie o tym, że choruje. Cukrzyca nie boli a podwyższone glikemie mogą długo nie dawać żadnych objawów.
Ja długo chodziłam nierozpoznana i nic nie dokuczało, nie bolało. Byłam senna i nie miałam siły ale na to łatwo znajdowałam wytłumaczenie, miałam wtedy naprawdę dużo pracy. Tylko znajomi lek - veci marudzili mi, że mam iść się przebadać bo za dużo piję. No ale kto miałby czas na ganianie po lekarzach z powodu takich pierdół jak picie kilku litrów wody dziennie?
A tu proszę!

Cukrzyca to poważna choroba. Złe leczenie cukrzycy może spowodować groźne powikłania i doprowadzić do śmierci

Diabetyk w czasie hipoglikemii może wyglądać jak osoba "pod wpływem"
Może być senny, agresywny, płaczliwy, reagować przesadnie, zataczać się albo wymiotować. Może też stracić przytomność. Jeśli do tego dojdzie sam już sobie nie pomoże, dlatego mam wielką prośbę do wszystkich - reagujcie! Wezwijcie pogotowie. Sprawdźcie, czy nie ma na ręce bransoletki informującej o chorobie, jeśli ma, podajcie sok albo colę. Jeśli ma podłączoną pompę insulinową - odłączcie ją albo, jeśli nie dacie rady - wyrwijcie wkłucie. 
Nie bądźcie obojętni! Może kiedyś uratujecie mi życie?

poniedziałek, 11 listopada 2013

O matce, która dumnie szła na czterech

Wzięliśmy z Dumnym Ojcem udział w XXV Bieg Niepodległości.
Kijkowaliśmy w optymalnym dla wyrośniętej bulwy "tempie konwersacyjnym", co pozwoliło nam po pierwszej części biegu uplasować się na zaszczytnej przedostatniej pozycji (na 12.000 osób, więc nie byle co ;)). Za to za półmetkiem rozwinęliśmy skrzydła i ostatecznie uzyskaliśmy czas 1:14:44 :). Wszystko to dzięki fantastycznemu dopingowi :).
Do domu wróciliśmy z trzema medalami: moim, ojcowskim i marysinym* :). I z mocnym postanowieniem wystartowania w biegu w przyszłym roku, tym razem już na dwóch nogach ;).

*wolontariusze dokonujący dekoracji uznali, że tak będzie najbardziej właściwie

czwartek, 31 października 2013

Przeterminowane nowiny

Trochę trwało zanim oswoiłam się z tematem więc wiadomości nie są najświeższe.
Pączusiowe usg połówkowe wykazało powiększone miedniczki nerkowe, "za miesiąc do kontroli". Po miesiącu nie było poprawy, miedniczki nadal widoczne, jedna urosła trochę, druga wyraźnie.

Lekarze wykluczyli podłoże związane z układem moczowym (więc niestety wszystkie podnoszące na duchu historie o chłopcach, którzy mieli powiększoną jedną miedniczkę i przeszło się nie stosują). 
Albo taka fizjologia albo marker wad rozwojowych - powiedzieli. Zespołu Downa.
Życzą powodzenia.

Inne markery takie jak sandal gap, przepuklina pępkowa, asymetrie czy wady serca się nie pojawiły a zazwyczaj pojawiają się grupami, więc może jednak "taka fizjologia". Ale musimy się liczyć z tym, że być może czekamy na Pączusia ze Stepów. 

Podobno takie Pączusie są cudne i zwyczajnie nie da się ich nie kochać :).

Bułka boogie

Się porobiło! Książeczki, nawet te najbardziej ulubione o zwierzątkach gospodarskich, poszły w odstawkę, koń na biegunach od 2 dni śpi na boku, ukochane kasztanki walają się po kątach, pilot do telewizora obrasta kurzem a Bułka tańczy boogie-woogie. A właściwie "boogie-woogie" Ahoj. Znacie? No właśnie. Nie znacie? Szczęśliwcy.

Tańczy dużo i chętnie, macha rączkami, podskakuje, klaszcze i z wielkim namaszczeniem wykonuje obroty. Roztańczona nie zna umiaru, wałkując swoje ulubione kawałki do wyczerpania matczynej cierpliwości.
Z jednej strony dumna jestem jak paw, że mam tak wybornie skoordynowaną pociechę a z drugiej z każdym kolejnym "ahoj!" słyszę wołanie neuronów o litość. Niestety bardziej dorosłe/mniej rytmiczne pozycje nie znajdują w oczach Bułki uznania.
Już teraz przeczuwam, że to się może odbić na moim zdrowiu psychicznym, a to przecież dopiero początek!
Przyjdą kucyki, monster high, bojsbendy i dubstep. Patrząc optymistycznie pewnie z 16 lat ciężkich prób.
Nie ma co, trzeba się hartować!
A zatem - boooooogie-wooooogie - AHOJ!

piątek, 25 października 2013

Twarda Bułka

"Trzeba być twardym rogalem a nie miękką bułką" - znacie? Otóż, u nas się nie sprawdza.

Wpadł do nas w odwiedziny znajomy z synkiem - bułkowym rówieśnikiem. Synek, podobnie jak Bułka, drobny i wiotki, ale na tym podobieństwa się kończą. 
Mały, kiedy już wychynął zza nogi taty, zaczął się spokojnie, pełnymi zdaniami, opowiadać o tym, co narysował na magnetycznej tablicy. Że jedzie ciuchcia, że ma dym, że jest tor. Opowiadał na tyle wyraźnie, że nawet niespokrewnione osoby wiedziały w czym rzecz ;). Potem udał się na konia na biegunach, z którym nie bardzo wiedział co począć, ale ostatecznie dał się posadzić i pobujać.
Bułka natomiast inaczej wyobrażała sobie wspólną zabawę. Celując paluszkiem, tupiąc i  stękając jak mały troglodyta, zarządała włączenia muzyki dziecięcej, zwlekła nowego kolegę z konia za chabety, po czym chwyciła ulubione hantelki, różowe, półkilowe, po jednej w każdą łapkę, i zaczęła nimi wywijać do taktu. Dokonawszy tej demonstracji wyciągnęła jedną z hantli w stronę kolegi*. 
Ehmmm...
Chyba muszę popracować nad oferowanymi córce wzorcami ról płciowych.

* kolega niestety hantelce nie podołał

wtorek, 22 października 2013

Bułka dorośleje (a matka nie bardzo)

Wierzyć się nie chce jak to maleńkie Bułczę urosło! Jutro skończy rok i dziewięć miesięcy.
Co prawda nadal nie przekroczyła 10 kg, ale za to ma na koncie szereg innych osiągnięć:

Umie rysować kropki a od niedawna również kółka. Kresek nie rysuje i wydaje się, że ogólnie za nimi nie przepada.
Rysuje kredkami i po tablicy magnetycznej, którą umie sobie "wytrzeć" suwakiem
Pije z dorosłych kubków, grubych szklanek i filiżanek. Pasjami zieloną herbatę. Póki co nic z zastawy nie ucierpiało.
Pokazuje "sroczkę", "raka nieboraka" i inne, mamrocząc przy tym po swojemu.
Przekonywająco udaje, że kicha, kaszle i wyciera nos (czemu tak - nie mam pojęcia).
Bardzo chętnie się rozbiera, za to niezwykle niechętnie poddaje się przewijaniu.
Od dawna sama zasypia, nawet jeśli obudzi się w nocy na karmienie, to po przytulaniu sama chce wracać na spanie "do owieczki".
Praktycznie nic nie mówi. Wyjątki to
"tata" ew, "tada" - tata, co to?, kto to?, ktoś idzie, mama, daj
"la-a" ew. "lampa" - lampa
"jabłko" - jabłko - kiedy długo udaję, że nie wiem o jakie "tata" chodzi tym razem

Ja tymczasem trochę urosłam, trochę posiwiałam, przybyło mi parę zmarszczek. Nie wydoroślałam za to ani odrobinę. Wręcz przeciwnie, coraz bardziej postrzelone rzeczy wymyślam i niewiele sobie robię z tego, że w moim wieku nie wypada. Jeśli mam tyle lat, na ile się czuję, to stanowczo powinni odebrać mi dowód ;).
Bo metrykalnie od dzisiaj 32.

niedziela, 20 października 2013

Bułka i kulka

Jeszcze 3 miesiące przede mną. Kto uwierzy?
(Podczas wklejania tych zdjęć zostałam, łącznie ze stołem i klawiaturą, natarta bananem.
Cóż, już Adam Małysz twierdził, że Bułka i banan to dobre połączenie ;))

czwartek, 17 października 2013

Studniówka

Ło matko, to już! Studniówka!
Dokładniej to 99-dniówka bo studniówkę przegapiłam, tak mnie zaskoczyła. 
Wierzyć się nie chce!
Znaczy z wyglądu to się chce, jak najbardziej, bo wyglądam odpowiednio okazale: mam 10 kg na plusie, 106 cm w obwodzie, a dzisiaj kolejne ciążowe portki przestały ze mną współpracować, ot, taki psikus na dzień dobry.  
Ale przy tym wszystkim mam niespotykane ilości energii, zapału i ogólnie dobry humor, no chyba, że akurat myślę o rozstępach.
Siedzę, rosnę, podśpiewuję.
Żeby nie było za różowo - wykonałam ostatnio ze 2 wieczory pod hasłem "ja już nie chcę być w ciąąąąąążyyyyyy". Ale na szczęście nadal jakaś kombinacja zielonej herbaty, soku z marchewki, kijkowania, pocieszania i grania w Diablo (nie koniecznie wszystko na raz) jest w stanie skutecznie postawić mnie na nogi.
Porodu się jeszcze nie boję, mimo, że Bułeczkę rodziłam, ujmując rzecz eufemicznie, nie do końca zgodnie z planem. I w ogóle mi tego stresiku nie brakuje.

środa, 16 października 2013

Matka idzie w biegu

Dokładniej - pójdzie w Biegu Niepodległości. W grupie kijkowej.

Może "chodzenie w biegu" nie jest jakoś szczególnie logiczne, nie brzmi najlepiej, ani nie sprowadza na człowieka wielkiej chwały, ale cóż innego pozostaje trzeciotrymestrowej ciężarówce?
Biegła nie będę bo raz - nie powinnam, a dwa - nie potrafię. Chciałabym się nauczyć, ale na to przyjdzie pora za parę miesięcy. Tymczasem namówiłam Dumnego Ojca na zakup pakietów startowych w grupie "kijanek" (nawet się bardzo nie opierał, taki mąż to skarb!).
Za niecały miesiąc, 11.11 planujemy wspólnie, w barwach narodowych, przekijkować 6,5 km w czasie krótszym niż 2 godziny. Proszę o doping i trzymanie kciuków za pogodę :).

Oprócz tego postanowiłam dokumentować moje fitnessowe zapędy w kontynuacji "zapisków kłusownika", którą można znaleźć o tutaj. Jak już się tak pięknie turlam to co się ma zmarnować? ;) Kto wie, może zainspiruję jakąś ciężarówkę do wspólnego turlania, nie od dziś wiadomo, że im nas więcej tym weselej :).
Docelowo mam nadzieję uwiecznić tam mój powrót do formy i figury (albo, gdyby sprawa okazała się być beznadziejną, uzyskać potwierdzenie, że robiłam co mogłam ;)).

wtorek, 15 października 2013

15.X

Dzisiaj Dzień Dziecka Utraconego. Kluseczko Małgosiu, Kropeczko, Klopsiku i Wy Małe Żuczki - Wasze święto. To zamiast tego pęku balonów, którym powinnam dzisiaj zaśmiecić jakiś park.

poniedziałek, 14 października 2013

Student prawdę ci powie!

Październik. Szpitale kliniczne opanowali rządni wiedzy studenci. 
Siedzę sobie w gabinecie, młodzieniec z wypiekami zbiera wywiad.

On: Data ostatniej miesiączki?
Ja: 19 kwietnia
On: A którego roku?

Jeśli to nie jest znak z nieba, że powinnam wziąć się za dietę, to nie wiem.

piątek, 11 października 2013

Rozpoczyna się 26 tydzień a matka przechodzi do galopu

Wczoraj wybrałam się na wieczorne kijkowanie, pierwsze po choróbsku, które dopadło mnie pod koniec zeszłego tygodnia. Chciałam zacząć delikatnie, od spaceru 3-4 kilometrowego, ale los zdecydował inaczej.

Nie mając wielkiej weny do planowania trasy postanowiłam przejść się do parku. Spokojnie wykonałam zawijasa podążając do punktu 3 i już miałam zawracać ku domowi kiedy okazało się, że tradycyjnie nawiedzana przeze mnie Toi-Toika, oś mojego "planu treningowego", zniknęła. Nerwowe rozglądanie się nie przyniosło rezultatu. Zabrali bez słowa wyjaśnienia.
Z przerażeniem zorientowałam się, że do domu już nie dotrę. Przemyślałam sprawę i postanowiłam udać się w dokładnie przeciwną stronę, w kierunku pobliskiej przychodni. Moja średnia prędkość znacząco się poprawiła. Niestety i tutaj spotkało mnie gorzkie rozczarowanie, czarno i głucho. Sprawa zaczęła się robić nagląca. Regularnym marszobiegiem puściłam się w stronę pobliskiej cukierni ale i tu odbiłam się od zamkniętych (dokładnie 4 minuty wcześniej) drzwi.
Niedobrze!
Bardzo niedobrze!
Poziom moczu wyżej oczu!
Analiza sytuacji też nie przedstawiała się zachęcająco. Wobec braku lepszego planu zawróciłam i puściłam się galopem w stronę parku ze szczerym zamiarem udania się w najbliższe krzaki.  Na szczęście przebiegając koło budki strażnika, pilnującego, na pierwszy rzut oka, pustego placu, wypatrzyłam służbową sławojkę. Wyprosiłam, skorzystałam i odetchnęłam z ulgą.
Do domu dowlokłam się z radością w sercu, ponad siedmioma kilometrami na liczniku i całkiem zacną średnią prędkością.
Pączuś, cwaniak, wie co zrobić, żeby mieszkanko pozostało w należytej formie ;).

niedziela, 6 października 2013

Matka technokratka

Czasami, kiedy Bułka razem z Pączusiem dadzą już trochę w kość (przeważnie nocami i na ranem) i zaczynam się niebezpiecznie zbliżać do oddania się marazmowi i jojczenia jak mi ciężko, z pomocą przychodzi mi kontekst historyczny. Może nie tak od razu dosłownie przybiega i pociesza, ale dodaje otuchy i skłania do zmiany perspektywy.
Nie mówię o rzeczach wielkich i doniosłych, z których zresztą cieszę się za mało i za rzadko, że nie ma wojny, jest dach nad głową, ubranie i jedzenie.
Wbrew pozorom największego pozytywnego kopniaka dostaję wtedy od rzeczy wcale drobnych. Od pralki, kuchenki gazowej, malaksera, czajnika elektrycznego, ciepłej wody (!) w kranie (!), odkurzacza i mopa. 
Od żelazka nie, bo prasowania już chyba nigdy nie polubię.

Kiedy myślę sobie o mojej babci, która tak jak ja siedziała z dzieckiem w domu i dała sobie radę piorąc ręcznie albo we frani, paląc pod kuchnią (i w piecach), pomykając po schodach z wiaderkami popiołu, mieląc ręczną maszynką, trąc na tarce, szatkując, ręcznie szyjąc i cerując i jeszcze zdążyła poczytać, na samą myśl, że jojczenie było blisko, robi mi się jakoś głupio.
Więc zamiast jojczeć myślę sobie, że uwielbiam te wszystkie drobne pomagacze (po takim wstępie myślę, że nie jest już tak wielkim szokiem, że wyznaję uczucie sprzętowi AGD ;)), które sprawiają, że siedząc z Bułką w domu mogę wygospodarować sporą chwilę dla siebie na nieróbstwo*, uczenie się nowych rzeczy, rozrywkę i co mi się tylko uwidzi.
Fajnie mi! Serio!

* Powoduje to niestety, że obecne "ruszanie się w domu" to jednak trochę co innego niż kiedyś, ale to osobny temat, który rozwinę, niech no tylko się połóg skończy ;)

sobota, 5 października 2013

O książkach

Jakiś czas temu wpadł mi w ręce ranking "100 książek, które trzeba przeczytać" stworzony przez BBC. Nie jest to zestawienie idealne, zdecydowanie preferuje brytyjskich autorów,  brakuje w nim paru książek (gdzie jest Krystyna?), kilka innych za to pewnie można byłoby sobie darować. Mimo pewnych zastrzeżeń spowodowało u mnie pokusę żeby sprawdzić, jak się prezentuję na tle brytyjskiego erudyty. Okazuje się, że nie najlepiej  - przeczytałam zaledwie 35 pozycji. (Jak tam Wasze wyniki?)
A, że właśnie skończyłam czytać jedną z nich i czuję się literacko osierocona zastanawiam się czy się na gwałt odchamiać i poprawiać statystyki czy też poszukać inspiracji gdzie indziej. Może na tej liście tkwi jakaś perełka którą naprawdę grzech pominąć a ja nic o tym nie wiem? 
Widzicie tu taką?

Za książki podkreślone zabiorę się razem z dziewczynkami kiedy podrosną. Przekreślonym obawiam się, że mogę nie podołać.

1. Duma i uprzedzenie – Jane Austen
2. Władca Pierścieni – JRR Tolkien
3. Jane Eyre – Charlotte Bronte
4. Seria o Harrym Potterze – JK Rowling
5. Zabić drozda – Harper Lee
6. Biblia
7. Wichrowe Wzgórza – Emily Bronte
8. Rok 1984 – George Orwell
9. Mroczne materie – Philip Pullman
10. Wielkie nadzieje – Charles Dickens
11. Małe kobietki – Louisa M Alcott
12. Tessa D’Urberville – Thomas Hardy
13. Paragraf 22 – Joseph Heller
14. Dzieła zebrane Szekspira
15. Rebeka – Daphne Du Maurier
16. Hobbit – JRR Tolkien
17. Birdsong – Sebastian Faulks
18. Buszujący w zbożu – JD Salinger
19. Żona podróżnika w czasie – Audrey Niffenegger
20. Miasteczko Middlemarch – George Eliot
21. Przeminęło z wiatrem – Margaret Mitchell
22. Wielki Gatsby – F Scott Fitzgerald
23. Samotnia – Charles Dickens
24. Wojna i pokój – Leo Tolstoy
25. Autostopem przez Galaktykę – Douglas Adams
26. Znowu w Brideshead – Evelyn Waugh
27. Zbrodnia i kara – Fiodor Dostoyevsky
28. Grona gniewu – John Steinbeck
29. Alicja w Krainie Czarów – Lewis Carroll
30. O czym szumią wierzby – Kenneth Grahame
31. Anna Karenina – Leo Tolstoy
32. David Copperfield – Charles Dickens
33. Opowieści z Narnii – CS Lewis
34. Emma- Jane Austen
35. Perswazje – Jane Austen
36. Lew, Czarwnica i Stara Szafa – CS Lewis
37. Chłopiec z latawcem – Khaled Hosseini
38. Kapitan Corelli – Louis De Bernieres
39. Wyznania Gejszy – Arthur Golden
40. Kubuś Puchatek – AA Milne
41. Folwark zwierzęcy – George Orwell
42. Kod Da Vinci – Dan Brown
43. Sto lat samotności – Gabriel Garcia Marquez
44. Modlitwa za Owena – John Irving
45. Kobieta w bieli – Wilkie Collins
46. Ania z Zielonego Wzgórza – LM Montgomery
47. Z dala od zgiełku – Thomas Hardy
48. Opowieść podręcznej – Margaret Atwood
49. Władca much – William Golding
50. Pokuta – Ian McEwan
51. Życie Pi – Yann Martel
52. Diuna – Frank Herbert
53. Cold Comfort Farm – Stella Gibbons
54. Rozważna i romantyczna – Jane Austen
55. Pretendent do ręki – Vikram Seth
56. Cień wiatru – Carlos Ruiz Zafon
57. Opowieść o dwóch miastach – Charles Dickens
58. Nowy wspaniały świat – Aldous Huxley
59. Dziwny przypadek psa nocną porą – Mark Haddon
60. Miłość w czasach zarazy – Gabriel Garcia Marquez
61. Myszy i ludzie – John Steinbeck
62. Lolita – Vladimir Nabokov
63. Tajemna historia – Donna Tartt
64. Nostalgia anioła – Alice Sebold
65. Hrabia Monte Christo – Alexandre Dumas
66. W drodze – Jack Kerouac
67. Juda nieznany – Thomas Hardy
68. Dziennik Bridget Jones – Helen Fielding
69. Dzieci północy – Salman Rushdie
70. Moby Dick – Herman Melville
71. Oliver Twist – Charles Dickens
72. Dracula – Bram Stoker
73. Tajemniczy ogród – Frances Hodgson Burnett
74. Zapiski z małej wyspy – Bill Bryson
75. Ulisses – James Joyce
76. Szklany kosz – Sylvia Plath
77. Jaskółki i Amazonki – Arthur Ransome
78. Germinal – Emile Zola
79. Targowisko próżności – William Makepeace Thackeray
80. Opętanie – AS Byatt
81. Opowieść wigilijna – Charles Dickens
82. Atlas chmur – David Mitchell
83. Kolor purpury – Alice Walker
84. Okruchy dnia – Kazuo Ishiguro
85. Pani Bovary – Gustaw Flaubert
86. A Fine Balance – Rohinton Mistry
87. Pajęczyna Szarloty – EB White
88. Pięć osób, które spotykamy w niebie – Mitch Albom
89. Przygody Scherlocka Holmesa – Sir Arthur Conan Doyle
90. The Faraway Tree Collection – Enid Blyton
91. Jądro ciemności – Joseph Conrad
92. Mały Książę – Antoine De Saint-Exupery
93. Fabryka os – Iain Banks
94. Wodnikowe Wzgórze – Richard Adams
95. Sprzysiężenie głupców – John Kennedy Toole
96. Miasteczko jak Alice Springs – Nevil Shute
97. Trzej muszkieterowie – Alexandre Dumas
98. Hamlet – William Shakespeare
99. Charlie i fabryka czekolady – Roald Dahl
100. Nędznicy – Victor Hugo

czwartek, 3 października 2013

Na pelikana

Na początek rozdziawia się paszczękę, potem przebiega się kłusem przez kuchnię nabierając pod poliki znaczne ilości przypadkowych produktów spożywczych, by za chwilę przebierając nogami nad głową wystartować do lotu w stronę dziecięcia sprowadzającego na siebie nieuchronną katastrofę.
Połykanie zrealizuje się w następnej wolnej chwili.
Znacie?

środa, 2 października 2013

Bułka zdrowieje :D

Z Bułką lepiej! Dieta bezglutenowa połączona z matczyną nieudolnością nie była najprostsza do wprowadzenia, przez pierwszy dzień Bułka prowadziła mnie za palec do kuchni, pokazywała paluszkiem chlebak i skwierczała: "nia, nia, nia" (mniam, mniam, mniam). Dała za to efekty na jakie nawet nie liczyłam. Piątego dnia po wprowadzeniu, biegunka, która mordowała moje Bułczę od ponad dwóch tygodni, minęła. Bułka przespała prawie całą noc, apetyt jej dopisuje i wyraźnie odzyskuje siły :).

Nasz bezglutenowy jadłospis powoli się rozszerza chociaż nadal królują w nim placki z kaszy jaglanej i risotta wszelkiej maści.

Odpowiadając na Wasze pytania: dietę polecił wprowadzić lekarza po tym, kiedy wykluczył podłoże bakteryjne a Bułka chorowała i chorowała, nie gorączkując przy tym i nie wymiotując. 
Już raz przerabialiśmy podobną sytuację chociaż w trochę innej skali. Chcąc żeby lepiej przesypiała noce zaczęłam jej dawać na kolacje kaszkę mleczno-pszenną co skończyło się awarią. Wtedy myślałam, że to wina jakiegoś barwnika czy aromatu, odstawiłam i przeszło. Ostatnio znowu zamarzyła mi się bardziej kaloryczna kolacja i zaczęłam przygotowywać owsianki. Bułka przyjęła je z zachwytem ale wkrótce potem zaczęła chorować a ja nie skojarzyłam faktów i  karmiłam ją w najlepsze. Dopiero kiedy inni potencjalni winni zostali wykluczeni plasnęłam się w czoło.
Na całe szczęście Mała piła wodę w dużych ilościach więc nie musiała być nawadniana dożylnie.

Teraz trzeba będzie porobić dalsze badania, już w poradni gastroenterologicznej żeby ustalić co się konkretnie dzieje. Liczę z całego serca na to, że Mała ma alergię z której niedługo wyrośnie. I, że zacznie wreszcie doceniać mój bezglutenowy chleb bo dzisiaj już drugi poleciał na skróty ;).

piątek, 27 września 2013

Bułka bezglutenowa

Mało tu było ostatnio Bułeczki a wszytko dlatego, że nie czuła się najlepiej. W zasadzie można stwierdzić, że czuła się całkiem kiepsko. Miewała tak już wcześniej, ale zawsze po paru dniach przechodziło, a tym razem uczepiło się na dobre. 
Jako, że nic jeszcze do końca nie wiadomo, napiszę tylko, że tymczasem Bułka awansowała na bardziej ekskluzywne pieczywko - Bułeczkę bezglutenową.

wtorek, 24 września 2013

O pryszczu na brodzie, rozstępach na tyłku i wietrze we włosach


Moja ciążowa fizjonomia, powiedzmy sobie wprost, nie zniewala wdziękiem. Nie dość, że nabrałam bardzo młodzieńczej, nastoletniej wręcz cery, to jeszcze rozrosłam się przeokrutnie. Mam już 8,5 kg na plusie a każdy internetowy kalkulator przyrostu wagi sugeruje, że zasadniczo mogłabym się trochę opanować, najlepiej jakieś 2 miesiące temu. Zresztą co tam kalkulatory, gorzej, że przyłączyło się do niego lustro a chwilę później również moje ciążowe spodnie i rajstopy w rozmiarze 4, które z niewiadomej przyczyny uparły się kończyć jakieś 10 cm niżej niż dotychczas. Ale ostateczny cios zadał mi mój własny tyłek. O ile w ciąży z Bułeczką wyglądał jakbym usiadła na akordeonie to teraz sama już nie wiem jaki instrument muzyczny dałby podobne efekty wizualne. Może koto? Albo cytra w okolicy kołeczków?

Dość, że postanowiłam opanować apetyt, zanim cała zmienię się w sino-prążkowano-nakrapianą zebrę. Z pumperniklem w jednej garści a warzywami na parze i jogurtem naturalnym w drugiej, ruszyłam ku mniej opasłemu jutru. Nie żebym zaraz chciała się odchudzać czy coś, ale mogłabym nabierać kształtów w mniej zawrotnym tempie.
Dla formy i ogólnej poprawy dobrostanu spaceruję sobie też w miarę regularnie z kijkami ("co, narty ukradli?").
Jakoś tak mam, że jesień nastraja mnie do działania, tym bardziej, im bardziej ciemno i wilgotno się robi. Uwielbiam mgliste, chłodne wieczory i te moje spacery. Taka mała nagroda za wytrwałe mamowanie, nie zawsze do końca zasłużona ale zawsze wyczekana.
Od kiedy zaprzęgłam do współpracy gps przespacerowałam w ten sposób 8 godzin i 40 minut, pokonując dystans ponad 43 kilometrów. Efektów dla figury nie ma najmniejszych. Ale za to dusza tyje!

wtorek, 17 września 2013

Mój sposób na - elektroniczną nianię

Zaczęło się od tego, że wyszło Diablo III na PS3. Mamy już za sobą z Dumnym Ojcem diabelne epizody - graliśmy z zapałałem kiedy miałam Bułkę na pokładzie (były nawet pewne obawy, że pierwsze słowa Bułki zabrzmią "zostań chwilę i posłuuuuchaaaaj" ;P). Dumny Ojciec wspominał te chwile z nostalgią i na tyle regularnie, że doszło do nabycia części trzeciej. 
Gra gotowa, chęci są, Bułka jak aniołek śpi w swoim łóżeczku, pozostaje tylko pytanie co zrobić, żeby ją w razie skwierczenia usłyszeć, a przy okazji nie obudzić odgłosami dziugania i rąbania*.
Dumny Ojciec myślał, myślał i wymyślił sposób domowy, darmowy, dostępny i genialny w swej prostocie: Skype!

Wystarczą:
2 konta, 
2 komputery/laptopy/smartfony lub jakaś kombinacja powyższych (w naszym przypadku komputer stacjonarny i 3 młodości laptop),
Wifi 

Zadziałało wyśmienicie, przy odpowiednim ustawieniu głośności słychać nawet jak wywija nożynami i przewraca się z boku na bok. Dla Pączusia planujemy wzbogacić system o kamerkę :).

Teraz Bułka wydzwania do nas wieczorami a my możemy w spokoju rąbać, dziugać, zmywać i korzystać z sokowirówki, ostatnio potężnie rzuciło mi się na sok marchwiowy. I nie musimy się skradać! Żyć nie umierać!
 A Pączuś pewnie już pod nosem mamrocze "potrzebuję fuuuuuriiiii" ;P

 * Nasza elektroniczna niania oddała ducha już jakiś czas temu, zresztą nie była jakoś szczególnie wartym polecania drobiazgiem.

piątek, 13 września 2013

Gruby człowiek i może

Jakoś tak się przyjęło myśleć, że przyszła mama z trudem się przemieszcza i głównie leży na lewym boku. Przyjęło się też myśleć, że mama obecna byłaby się przemieszczała bardzo sprawnie gdyby nie to, że potyka się o własne worki pod oczami i leżałaby na lewym boku, albo innym dowolnie wybranym, ale nie ma kiedy.
Strach pomyśleć o części wspólnej tych dwóch zbiorów! Ale ja miałam nie o tym.

Jak egzotycznym widokiem jest ciężarna w ruchu miałam niedawno okazję się przekonać na własne oczy i uszy. Wyszłam sobie wieczorkiem do parku na spacer z kijkami. Ludzie biegali, rowerowali, rolkowali i pili piwo na ławeczkach. Sportowy zapał widać było gołym okiem. "Patrz ile ich tu jest! Za 20 lat będzie jeszcze więcej, jeżdżą, biegają, a tam widzisz, laska z kijkami..." dobiegł mnie po wieczornej rosie baryton z ławeczki a w świetle latarni mignął wycelowany we mnie palec. Laska! Że niby ja! Wypięłam pierś, urosłam z 5 centymetrów, poprawiłam technikę i dumnie minęłam ławeczkę kiedy zza moich pleców rozległo się bolesne ryknięcie: "o k^$@a! Ja pi&%lę! Widziałeś jej brzuch?!".
Yyyy...
Wydaje się, że panowie po piwku widząc osobę mojej postury w ruchu zinterpretowali zlokalizowane wokół pasa krągłości za wodobrzusze albo inną ciężką patologię.
Zresztą nie oni jedni przyglądali mi się z podejrzliwością. No bo jak to? W ciąży? Na własnych nogach?

Ale nie dałabym już rady wysiedzieć na grubiejących czterech literach. A, że Dumny Ojciec stworzył mi dogodne warunki po temu, spaceruję sobie wieczorami z książką na uszach i błogim spokojem w sercu. To zdecydowanie mój ulubiony i przy okazji bardzo wydajny sposób na reset :).


środa, 11 września 2013

Pączuś - Marysia

Już po usg. Prawie same dobre wiadomości: Pączuś piękny i całkiem wyrośnięty! Waży już 390g, serduszko ma jak dzwoneczek, ma piękne rączki, nóżki i paluszki. Ma niestety symetrycznie powiększone miedniczki nerkowe. Obustronne poszerzenie u dziewczynki (w przeciwieństwie do jednostronnego u chłopca) może być markerem wad wrodzonych, ale przecież nie musi, może być fizjologiczne, tym bardziej, że test Papp-a wyszedł bardzo dobrze. Kontrola za miesiąc a tym czasem gładzę się po brzuchu i nie czytam internetu.
Moje przepływy dają radę. Za to w obydwu tętnicach macicznych RI czyli wskaźnik oporności naczyniowej jest przekroczony. Mam nadzieję, że mimo to krew się będzie dalej przepychać co najmniej tak dziarsko jak teraz a Pączuś, do którego już oficjalnie zwracam się Marysiu, będzie wcinał do woli i rósł śliczny i tłuściutki :).
wskaźnik oporności naczyniowej

http://www.poradnikzdrowie.pl/ciaza-i-macierzynstwo/ciaza/usg-rozszyfruj-skroty-w-opisie_35862.html

poniedziałek, 9 września 2013

Nie ma konkretów ale za to jest plan!

Myślałam, że dzisiaj dowiem się co z Pączusiem a tu psikus, okazało się, że w systemie jestem zapisana na pojutrze. Przede mną jeszcze 2 dni gryzienia paznokci. Byłam za to u diabetologa. Zapotrzebowanie co prawda wróciło do normy ale sam spadek i tu wywołał trochę wątpliwości. 
Ta cała trombofilia to jednak stresujące choróbsko.
Ale nic to, nie daję się i aktualnie trzymam kciuki za wersję de luxe: w usg wszystko wychodzi jak trzeba, diabetolog potwierdza, że ze spadku należy się cieszyć bo wynika on z mojej wzmożonej aktywności w czasie urlopu, a zwłaszcza zawziętego pływania w chłodnych wodach Bałtyku. Moją tężyzna fizyczna zdobywa uznanie, zapotrzebowanie stopniowo rośnie, Pączuś stopniowo tłuścieje i fajta coraz radośniej a Bułka tymczasem ma wyborny humor za dnia i spokojnie przesypia noce ponieważ obrasta w zęby w niezauważony sposób. No!

poniedziałek, 2 września 2013

Bułka hasa na Hasance

Wczoraj przeżyliśmy prawdziwe jordanowskie olśnienie! Dumny Ojciec wygrzebał z odmętów internetu ranking najlepszych placów zabaw a stamtąd z kolei Ogród Jordanowski Hasanka na warszawskim Ursusie. Pojechaliśmy i oniemieliśmy, wszyscy oprócz Bułki, która skomentowała sprawę przeciągłym Łaaaaaaaaa!

Plac zabaw jest ogromny (15.000 m2), prześlicznie zagospodarowany i utrzymany, czysty, obsadzony krzewami ozdobnymi i drzewkami. 
Bułce najbardziej przypadła do gustu niespotykanych rozmiarów piaskownica ze stojącym w niej zamkiem (w tle), okrętem ze zjeżdżalniami, labiryntem (nie załapał się) i karuzelą na pedały (której fragment widać w lewym dolnym rogu)
Starsze maluchy mają do dyspozycji rozmaitość labiryntów do wspinania, huśtawek i innych sprzętów wymykających się tradycyjnej klasyfikacji

Młodzież znajdzie dla siebie ogromne linarium:
skatepark z rampami i sporą górką z torem dla rowerów oraz prawdziwie hardcore'owe karuzele, a mamy i tatowie w wolnej chwili mogą skorzystać z siłowni na wolnym powietrzu i ścianki wspinaczkowej. Dla babć i dziadków przewidziano ocienioną pergolą fontannę i ławeczki.
Zdjęcie nie jest zbyt aktualne, obecnie pergola obrośnięta jest chabaziami w znacznych ilościach.
Muszę się tam wybrać z aparatem, bo to co udało mi się znaleźć w internecie jest raczej biedne a szkoda.
Na deser wrzucam filmik, który pokazuje skalę przedsięwzięcia (niestety zdjęcia z górki obejmują tylko połowę placu, część dla maluchów załapała się dopiero w ostatniej migawce więc nie widać jak rozległy to teren)

Plac zabaw dostępny jest nieodpłatnie, ma swój własny parking a jedyną łyżką dziegciu w całej tej beczce miodu jest, z mojego ciężarnego punktu widzenia, brak toalety.

Gorąco polecamy wszystkim rodzicom warszawskim, okolicznym i tym którzy zabłądzą do Stolicy!

zdjęcia pochodzą ze strony Urzędu Dzielnicy

piątek, 30 sierpnia 2013

Połówka

19 tygodni minęło, zaczynamy 20. Połowa ciąży za nami. 
Pączuś kopsa z wielkim zacięciem a ja rosnę z wcale nie mniejszym.
Przybyło mi 6 kg. Do wagi Dumnego Ojca brakuje mi jeszcze 2 kg.
Brzuch osiągnął już wstrząsający obwód 100 cm, strach pomyśleć gdzie to się skończy.
Odkryciem tego tygodnia jest obwód ud, każde po 5cm na plusie, jak mogłam wcześniej nie zauważyć?
Trzeba powiedzieć wprost - jestem sporawa. Ale mimo tego dosyć jeszcze gibka i pełna energii. Pewne czynności, jak wchodzenie na 4 piętro, zapinanie sandałów czy wstawanie z podłogi z Bułką na rękach nie wychodzą mi już tak sprawnie jak wcześniej, ale na szczęście większość mojej aktywności pozostała bez zmian.

Przeczytałam pół internetu i uspokoiłam się trochę. Znalazłam sporo historii o złych przepływach i maluchach z hipotrofią które urodziły się zdrowe i śliczne. Pączuś też da radę.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Jak nie urok... (to już sama nie wiem)

To miał być post o zgadze i rozstępach na tyłku, których chwaliłam się, że nie mam, jak okazało się - przedwcześnie. Znaczy się o typowych, ciążowych pierdołach.
Co prawda już od 2 tygodni czułam przez skórę, że być może mam poważniejsze powody do niepokoju niż czerwone kreski tu i tam, ale starałam się temat starannie zamiatać pod dywan, co nawet zgrabnie mi wychodziło, bo bawiłam się wyśmienicie, z rzadka tylko wpadając w panikę, kiedy wieczorem Pączuś zbyt długo zwlekał z kopsaniem.

Co powinno było dać mi do myślenia? Mój przepięknie wyrównany cukier. A konkretnie przepięknie wyrównany cukier przy znaczącym spadku zapotrzebowania mimo opychania się frytkami, naleśnikami z białym serem, rybami w cieście grubym na 2 palce, surówkami skąpanymi w majonezie, lodami-świderkami i pączkami z różą (a trzeba powiedzieć, że były przepyszne). Z dnia na dzień z 35-40 jednostek na diecie w miarę racjonalnej zaszłam do 15-20 jednostek na diecie nadbałtyckiej i to właśnie wtedy, kiedy zapotrzebowanie powinno rosnąć. To na pewno z powodu ruchu na świeżym powietrzu! - myślałam sobie naiwnie.

No ale dzisiaj, w poradni, przyszło mi wysłuchać głosu rozsądku. Pączuś żywy, serduszko bije, ale sam spadek zapotrzebowania nie wygląda dobrze. 
W opcji bardzo optymistycznej może to być pseudo remisja cukrzycy.
Wersja realistyczna nie nastraja do świętowania: wszystko wskazuje na to, że zrobił się zakrzep albo wystąpiły inne problemy z łożyskiem, skutkiem czego Pączuś nie dostaje tego co powinien i na nic mu moja insulina. Siedzi bidulinek, burczy brzusiem i chudnie.
W związku z tym, że przyjmuję już wszystkie leki jakie potencjalnie mogą pomóc w sprawie (w tym kwas foliowy w ilości 34-krotnie przekraczającej normalnie zalecane dawki, witaminy B6 i B12, luteinę, acard i clexane) pozostaje mi trzymać kciuki, być dobrej myśli i czekać.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Wracamy :)

Ostatnie 10 dni spędziliśmy na nadmorskich wojażach. Pogoda dopisała połowicznie za to bułkowe trójki stuprocentowo. Rosły tym chętniej im bardziej padało, fundując nam wszystkim niezapomniane 5 dni. 
Na szczęście przy dobrej pogodzie zęby i nerwy dawały wytchnąć, świat z powrotem stawał się znośny, ba, nawet całkiem atrakcyjny, a Bułka przechodziła błyskawiczną metamorfozę w najsłodsze stworzenie w okolicy, więc pozostałe 5 dni pozwoliło nam do woli nacieszyć się morzem, falami, rybą w każdej postaci, odpocząć i do oporu naładować akumulatory:

A oprócz tradycyjnego wypoczynku los przygotował dla nas ofertę promocyjną :)
Pierwsza dobra wiadomość dotarła do nas w poniedziałek 19.08 rano: udało się wytłuc bakcyle, temat nerek można oficjalnie uznać za zamknięty.
Tego samego dnia wieczorem Pączuś sprzedał pierwszego kopniaczka Dumnemu Ojcu.
A wczoraj Bułka z pełnym przekonaniem zamigała, że mnie kocha. 6x!

piątek, 9 sierpnia 2013

17 tydzień

Dzisiaj, w skwierczącym upale, rozpoczynamy z Pączusiem 17 tydzień.

W ramach krótkiego podsumowania:
  • obwód brzucha mierzony o poranku - 97 cm, z Bułeczką metrówkę świętowałam w 25 tc
  • waga - 64 kg, +3 od początku, dodatkowe kilogramy upodobały sobie tyłek. I to jak sobie upodobały, przebrzydłe!
  • pępek - wystaje
  • rozstęp mięśni brzucha - obecny (na razie tylko powyżej pępka)
  • linea nigra - brak
  • mdłości - brak - hura!
  • nowe rozstępy - brak - hura!
  • żylaki - cóż, takie życie
  • zachcianki - wielkiej mocy, przeczekiwanie nie przynosi poprawy - lód, kuchnia orientalna
Ogólnie muszę stwierdzić, że mimo upału i biegającej truchtem po placu budowy Bułki, mam się wyśmienicie a ciążę przechodzę bardzo dobrze. Czasem jestem zmęczona i jest mi trudniej, ale zdecydowanie nie czuję się wyczerpana ani przytłoczona. Z biegiem czasu coraz mniej się boję a coraz bardziej cieszę. Do beztroskiej radości pewnie nie dobiję, ale z każdym tygodniem bardziej doceniam to ile raf się już udało bezpiecznie ominąć i cieszę się myślą, że każdy dzień przybliża mnie do tego upragnionego czasu kiedy będę nieprzytomna z braku snu biegać od jednego skwierczącego malucha do drugiego ;).

Jeszcze jedna piękna opcja zamajaczyła mi na horyzoncie: być może po powrocie z nadmorskich wakacji w związku z którymi już od tygodnia radośnie się szczerzę, będę mogła odstawić luteinę. Jaka by to była cudowna poprawa dobrostanu (kto brał ten zrozumie ;)).

środa, 7 sierpnia 2013

O stopniach przezroczystości i nerkach co nie robią wstydu

Wybrałam się dzisiaj do lekarza. Słonko świeciło, pogoda przepiękna, cieplutko jak na pograniczu Nigerii i Kamerunu. Z przyjemnością przespacerowałam się na stację i z jeszcze większą przyjemnością przysiadłam sobie na ocienionej  ławeczce. Niebawem nadjechał pociąg, zatłoczony z powodu porannego szczytu. Wsiadłam, stanęłam i stałam jakiś czas zanim jeden z podróżnych zaproponował mi swoje miejsce. Podziękowałam, usiadłam i posiedziałam jakieś dwie stacje bo do pociągu wsiadła starsza pani. Nie z gatunku babć cwanych i dziarskich, łokciujących i biadolących. Zwyczajna-niezwyczajna starsza pani. Na oko mogła mieć koło osiemdziesiątki. Bieluteńkie włosy, wysuszone ręce, zmęczona twarz a w garści torba pełna zakupów. A była to starsza pani magiczna! Zupełnie przezroczysta! Stanęła na środku i nikt je nie zauważył. Ludzie nawet specjalnie nie odwracali wzroku, nie udawali pochłoniętych lekturą, po prostu patrzyli przez nią jak przez szybę.
Z widoczną ulgą przyjęła moje miejsce. 
Czułam się dobrze, Bułka przespała noc, mogłam sobie bez szkody postać. Ale ta pani raczej nie dałaby rady, nie w takim skwarze, tym bardziej, że nie udało jej się nawet dostać do rurki. 
Do tej pory uwierzyć nie mogę, że w całym wagonie ludzi nie zalazł się ani jeden który patrzy i widzi (oprócz tego sympatycznego pana, który ustąpił mnie i starszej pani nie miał już czego ustąpić). 

Mam wielką nadzieję, że uda mi się wychować dzieci bez tej wady wzroku.

Dojechałam na miejsce pochłonięta niezbyt przyjemnymi rozważaniami, ale wyniki, które odebrałam wydatnie poprawiły mi nastrój. Nerki wróciły do gry! Nie ma białka, nie ma cukru! Zabrały się trutnie za robotę. Leukocytów 10x mniej. Nie ma krwinek, krwi utajonej niewiele. Jest dobrze, będzie jeszcze lepiej a my jedziemy nad morze! Cieszę się bardzo.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Gdzie jesteśmy kiedy nas nie ma?

U rodziców. Prowadzimy całodobowy bufet dla kotów, podlewamy i kosimy, karmimy rybki a Bułka dodatkowo robi jeszcze parę rzeczy, które, jeśli idzie o podnoszenie ciśnienia, działają lepiej niż poranna kawa. Ganiam za nią po ogrodzie, chwilowo zmienionym w plac budowy i nęcącym rozmaitymi atrakcjami od betoniarki począwszy na drucie zbrojeniowym skończywszy. Nie ma czasu na internety.

Wizualnie prezentuje się to następująco:
"A jednak się kręci!"
Bułka - stary fachman opiera się o betoniarkę, opiera się również o taczkę i plastyfikator do zapraw. Oparłaby się i klasycznie o łopatę ale nie dosięga ;)
Po robocie można się oddać kontemplacji sitka...
...ale tylko przez chwilkę, przecież mokry trawnik sam się nie podepcze!

Ten zielony, blaszany kawałek w lewym, górnym rogu to dach! Nasz dach :)

niedziela, 4 sierpnia 2013

Parasolkowe pytanie

Chcielibyśmy kupić wózek - parasolkę. Niestety mój brak pojęcia w kombinacji z przeogromnym wyborem jaki oferują sklepy internetowe doprowadził do kompletnej niemocy decyzyjnej. 

Mogłybyście poratować radą? Chodzi o wózek w miarę lekki, raczej z niższej półki, w którym dałoby się opuszczać oparcie siedzenia. Z góry wielkie dzięki za wszelkie sugestie.

czwartek, 1 sierpnia 2013

O mieszanym sukcesie wychowawczym i o tym co sobie konkretnie Bułka z niego robi

Od pojawienia się u nas Bułeczki staraliśmy się stawiać na konsekwencję i granice. Bez faszyzmu ale i bez negocjacji. Jeśli nie wolno było grzebać w kociej misce to żaden epizod grzebalnictwa nie został przemilczany. Tłumaczyliśmy i pokazywaliśmy, która miseczka jest bułkowa, a która kocia, z której można jeść a z której nie. Podobnie rzecz się miała w przypadku przemeblowywania kuchennych szafek, polewania wodą mebli i wielu innych czynności, którymi Bułka najchętniej wypełniłaby swoją codzienność.

No i trzeba powiedzieć, że osiągnęliśmy pewien sukces. Tyle, że jest to sukces mieszany.
Znaczy się Bułka wie doskonale co może robić a czego nie powinna. Zupełnie odrębną kwestią jest to, co z owej świadomości wynika, a wynika niewiele. Pokusa szkodzenia jest bowiem zbyt trudna do opanowania i mała anarchistka idzie w szkodę z pełną determinacją, lekko tylko okraszoną wyrzutami sumienia. Nakryta na topieniu sprzętów kuchennych w sedesie odżegnuje się od swojego zbrodniczego rzemiosła z dezaprobatą kręcąc głową i kiwając paluszkiem, czasem nawet jakąś krokodylą łzę uroni. Ale kiedy tylko matka zabierze się za przywracanie ładu, wykorzystuje moment braku nadzoru i pędzi hackować komputer, nacierać włosy pastą do butów, wspinać się na krzesła, wysypywać zawartość solniczki i ganiać kota z babcinym tłuczkiem do mięsa. Im dokładniej wie, którędy granica przebiega, z tym większą lubością ją przekracza. Bywa, że sama się przy tym strofuje mrucząc pod nosem "nu, nu, nu". Mam tylko wątpliwości czy dokładnie o taki sukces wychowawczy mi chodziło.

wtorek, 30 lipca 2013

: )

Niby mam już wprawę i powinnam takie rzeczy rozpoznawać od ręki, ale postanowiłam dać sobie trochę czasu do namysłu. Namyślałam się i wsłuchiwałam przez dwa dni i teraz chyba mogę już oficjalnie napisać: Pączuś kopsa!
Jeszcze pewnie zdążę zacząć na to kopsanie marudzić ale tym czasem cieszę się bardzo i wyczekuję kolejnych wygibasów małego wijątka :).

poniedziałek, 29 lipca 2013

2 dobre wiadomości i jedna trochę gorsza

Na początek wiadomość bardzo, bardzo dobra: Pączuś ma się świetnie, na dzisiejszym usg wiercił się i mościł, ziewał i machał łapeńkami. Słodki malutek.

Druga dobra wiadomość jest taka, że odebrałam wyniki testu PAPP-a i są fantastyczne:
ryzyko trisomii 21 - 1:10327
trisomii 18 - <1:20000
trisomii 13 - <1:20000
samoistnego porodu wczesnego przed 34 tc - 1:723
Szacowane ryzyko jest wielokrotnie niższe niż to wynikające z samego mojego wieku :).

Niestety ostatni nowina nie nastraja tak optymistycznie jak dwie poprzednie - mam dosyć marne wyniki moczu: białko 10mg/dL, 16-25 erytrocytów w polu widzenia, leukocyty 500WBCs/uL (norma <25), krew utajona 0,1mg/dL (norma <0,03), nabłonki płaskie bardzo liczne, bakterie i pasma śluzu pojedyncze. Do tego zaczęłam puchnąć, ale mam nadzieję, że to wina upału (u nas aktualnie 38C w cieniu). Dostałam antybiotyk i liczę, że przejdzie i to sprawnie, a wyniki posiewu potwierdzą, że winne były bakterie, może i pojedyncze ale za to niebywale rozhulane, bo za dwa tygodnie chcielibyśmy jechać nad morze. 
Bułkowe kółeczko do pływania już czeka :).

Bo jeśli to jednak nie bakterie, to trochę się boję.

wtorek, 23 lipca 2013

O Pączusiu, który wie co lubi

Ciążowe zachcianki pchnęły mnie w ramiona szeroko pojętej kuchni orientalnej. Od jakiegoś czasu męczy mnie, dręczy i dosyć regularnie nachodzi. 

Trzeba powiedzieć, że Pączusia ma światowe gusta, popróbowała tego i owego w gościach a teraz wydaje się jej te wszystkie specjały należy traktować jako absolutną podstawę menu. Przy tym trzeba zaznaczyć, że jest raczej stanowczą młodą osobą a przy doborze jadłospisu bywa wręcz nieprzejednana. A to sobie dziecię zażyczy sushi*, a to Chow Mein. Wczoraj nic tylko Nem a dzisiaj wyłącznie zupa Pho.
(Bułce w jej wieku do szczęścia wystarczała pajda chleba z wegetariańskim smalcem, jogurt naturalny i kiełki.)
Nie żebym się przed takim jedzeniem wzbraniała, wręcz przeciwnie! Chciało by się dać upust, rzucić się w wir obżarstwa i wcinać aż do pobekiwania, ale niestety pączusiowe gusta nijak się mają do zawartości mamusinego portfela oraz zintegrowanej blokady głowy, która na szczęście działa sprawnie i uniemożliwia mi wydanie 18 zł na małą miseczkę zupy.

Mało brakło a musiałabym, gnana naprzód zachcianką a powstrzymywana przez zdrowy rozsądek, spędzić czas ciąży oblizując szyby azjatyckich lokali gastronomicznych. Ale z odsieczą przyszedł internet! 
Uwielbiam internet, coś już nawet na ten temat przebąkiwałam. Internet uratował mnie przed zawałem kiedy Bułce zrobił się wielki odczyn po szczepieniu, nauczył mnie szyć na maszynie, robić na drutach, szydełkiem i inne frywolitki, teraz dzieli się ze mną informacjami o szamocie, syfonach do zlewów, malowaniu szafek i zakładaniu warzywnika i, co nie mniej istotne, ratuje od śmierci głodowej.
Bo w internecie jest przepis na wszystko, na zupę Pho ga też :).

Dodając do tego dobrze zaopatrzone działy "kuchnie świata" w pobliskich hipermarketach i udane wczorajsze zakupy - nabyliśmy w promocji ryżowe vermicelli po 4 zł za paczkę i kilogramową paczuszkę kiełków sojowych za niecałe 5 złotych(!), i uwzględniając moje wcześniejsze zapasy jestem solidnie przygotowana na kolejny azjatycki tydzień. Dobrze, że rodzina znosi taki system żywienia ze spokojem bo pierwsza własnoręcznie przeze mnie uwita zupa Pho właśnie wypełnia mieszkanie aromatem anyżku, goździków i imbiru :).
Pączusiu, Twoje zdrówko!

*california maki, bez surowej ryby

poniedziałek, 22 lipca 2013

O samodzielnej Bułce, cukrze, Pączusiowym dyngsie i o dyngsach w ogóle

Bułce rosną trójki w związku z czym przeżywamy całą rodziną trudne chwile. Nie jest dramatycznie jak przy czwórkach, nie ma spazmów i płaczów, ale pochmurna Bułka często wkłada paluszki do buzi i tłumaczy każdemu gotowemu słuchać o jej nieszczęściu gdzie ją "ajaj" i "ojojoj".
Wczoraj wieczorem jojczała smutno i nie bardzo chciała się dać uśpić Dumnemu Ojcu, mimo, że zabrał ją do naszego łóżka, głaskał i przytulał. Około 22 poszłam go zmienić. Bułka przytuliła się do mnie boczkiem, poleżała chwilę a potem przewróciła się na brzuszek i stanęła na czworaka. Korrida nadchodzi - pomyślałam sobie. Ale czekała mnie niemała niespodzianka. Bułka przysunęła się, cmoknęła mnie wyciągniętym dziobkiem po czym pokazała, że chce swoją ukochaną owcę, cmoknęła i ją, przytuliła jak boa dusiciel, po czym pokazała, że chce żeby odłożyć ją do łóżeczka, gdzie umościła się wygodnie i zasnęła.

Dzisiaj obudziła się o 5. Zabrałam ją do łóżka ale po krótkim przytulaniu, buziaczku i okładzie z owcy zdecydowała się na powrót do siebie, gdzie spała słodko aż do 7.
Szok i niedowierzanie!

Mnie ostatni tydzień upłynął mi pod znakiem szalejących cukrów (3x zobaczyłam na glukometrze Lo, czyli mniej niż 10mg/dl i raz Hi czyli więcej niż 600mg/dl) desperacji i paniki z tym związanej.
Dzisiaj udałam się do diabetologa ale zamiast spodziewanej reprymendy dostałam nowy glukometr, bo poprzedni przetestowany roztworami mianowanymi pokazywał straszliwe głupoty. Co prawda nowy w pierwszym pomiarze podliczył mnie na 234 mg/dl ale to i tak wygląda zdecydowanie lepiej niż poprzednim tygodniu. Kamień z serca.

A na deser o Pączusiowym dyngsie. Bo w usg dyngs zdecydowanie się ujawnił :).
I to nie byle jaki bo dyngs damski!
Brzmi egzotycznie ale już śpieszę z wyjaśnieniem: otóż w okolicach 11-14 tygodnia dyngs występuje u obydwu płci. Jednak dyngs męski:

jest skierowany inaczej niż dyngs damski:

a strona w jaką się ów dyngs zwróci pozwala ze sporym prawdopodobieństwem ocenić płeć :)

Wiek ciąży11 tc12tc13 tc14 tc
Możliwość przypisania płci maluchom w grupach wiekowych68%88%94%98%
Właściwa identyfikacja płci50%84%90%94%
Chłopcy nieprawidłowo oznaczeni jako dziewczynki41%13% 8% 5%
Dziewczynki nieprawidłowo oznaczone jako chłopcy 9% 3% 2% 1%
Prawidłowo oznaczona płeć na 100 badań usg34808592

Zdjęcia dyngsów i wszystkie mądrości z tym związane zaczerpnęłam stąd.

czwartek, 18 lipca 2013

O wszystkim po trochu

Razem z Pączusiem dumnie wkroczyliśmy w drugi trymestr, jedna trzecia za nami. Dobre wyniki usg pierwszego trymestru dały mi chwilę oddechu od napadów paniki. Powoli zaczynam wierzyć, że wszystko dobrze się skończy. Mam już 2 kg na plusie i 95 cm w obwodzie brzucha.
Jeśli jeszcze ktoś ma jakieś typy co do pączusiowej płci to obstawiajcie szybko (w prawym, górnym rogu) bo lada moment nie wytrzymam i wypaplam :).

Dzisiaj kupiłam pierwszą rzecz do naszej nowej kuchni - zlew. Uparłam się na biały bo wyjątkowo nie lubię zacieków na stalowych a czego bym nie zrobiła one tam zawsze są. Wyszłam z założenia, że umywalka wygląda schludniej, mimo, że wszyscy plują na nią pastą do zębów, może i ze zlewem kolor zdziała cuda?
Sporo jeszcze wyborów, kupowania i roboty przed nami.
Mam nadzieję, że wyrobimy się ze wszystkim i Pączuś prosto ze szpitala pojedzie do swojego własnego domku.

Krótkie nerwy nie pozwalają mi ostatnio kontynuować cyklu opowiastek o teściu. Nie żeby nie było o czym pisać ale mam spore wątpliwości czy to jeszcze byłoby zabawne. 
Zaczynam odliczać dni do wyprowadzki. Odrobinę lata mi lewa powieka.

A Bułeczka w tym całym ciążowo - przedremontowym zamieszaniu ma się świetnie, ślicznieje, mądrzeje i się wydłuża. Stopka prawie się jej wyprostowała, humor dopisuje. Nie mówi wiele, głównie tata, to da (daj to), nia-nia (mniam mniam) i maaaaamaaaa, bardzo przeciągle, w tonacji mol. Na wesoło nadal jestem dla niej tatą ;). Z coraz większą biegłością wcina łyżką i widelcem, i bardzo chętnie próbuje swoich sił w piciu z dorosłego kubka.

Ostatnio prawie nie rozstaje się ze swoim rowerkiem biegusem dla najmłodszych. Opanowała cały szereg manewrów: sprawnie skręca, jeździ na wstecznym, zawraca a nawet odpychając się obiema nóżkami na raz sunie z rozwianymi włosiętami i donośnym śmiechem . Tylko patrzeć jak zacznie driftować ;).

Ale i tak ze wszystkiego na świecie najbardziej lubi jeździć na tacie i z nim hopsać zapewniając tym samym odpowiednią dawkę zaprawy fizycznej ;). Najbardziej motywujący trener osobisty ;)

środa, 17 lipca 2013

Clexane Horror Picture Show

Nie jest tak źle jak się zapowiadało. 
W zasadzie trzeba powiedzieć, że jest o wiele lepiej. I zdecydowanie bardziej estetycznie.
Clexanowe siniaki nie wywołują już okrzyków przerażenia, co najwyżej pełne politowania potakiwanie ;).
Miałam nadzieję, że na fali tego postępu gładko dopłynę do brzucha o jednolitym kolorycie, takiego w sam raz na ciążowe słit focie. I prawie się udało:
Ale jednak co clexane, to... siniak ;)

wtorek, 16 lipca 2013

Zgaduj pączkula :)

W związku z tym, że Pączuś jest bardzo dorodnym i niezbyt wstydliwym dziecięciem postanowił dać nam więcej czasu na wymyślanie imienia i z 85-90% prawdopodobieństwem ujawnił swoją płeć.

Jeśli macie ochotę, po prawej stronie na górze możecie obstawiać swój typ w tej sprawie. 

Moja ulubiona ankieta oparta na mądrościach ludowych wydaje się stawiać sprawę jasno:

Na 26% będzie to chłopczyk.
Na 74% będzie to dziewczynka.
A to dlatego, że:
• kilogramy zlokalizowały się wokół bioder i na pośladkach - dziewczynka
• Włosy na Twoich nogach rosną tak samo jak przed ciążą - dziewczynka
• Masz wysoko brzuch - dziewczynka
• Śpisz w łóżku z głową na północ - chłopiec
• Stopy nie marzną Ci bardziej niż przed ciążą - dziewczynka
• Lubisz piętki chleba - chłopiec
• Przyszły tato nie przybiera na wadze - dziewczynka
• Babcia nie ma siwych włosów - dziewczynka
• Miałaś poranne nudności we wczesnej ciąży - dziewczynka
• Twoje piersi powiększyły się znacznie - dziewczynka
• Liczba stanowiąca sumę: lat mamy w momencie poczęcia dziecka i numeru miesiąca,
   w którym doszło do poczecia jest liczbą parzystą - chłopiec
• Twój nos pozostał bez zmian - dziewczynka
• Objadasz się owocami - dziewczynka
• Częstotliwość uderzeń serca maluszka wynosi powyżej 140/min - dziewczynka
• Uwielbiasz sok pomarańczowy - dziewczynka
• Nie odczuwasz bóli głowy - dziewczynka
• Twój brzuch wygląda jak arbuz - dziewczynka
• Pokazujesz ręce stroną dłoniową do góry - dziewczynka
• Podnosisz kubek za ucho - chłopiec