poniedziałek, 31 grudnia 2012

Noworoczne szaleństwo :)

U nas tradycyjnie - dzieje się. Kto nie wierzy niech zerknie:
Bułka i Dumny Ojciec oddają się lutnictwu. Tutaj właśnie odbywa się ustawianie krzywizny gryfu i akcji strun, wszystkie ręce (i część nóg) na pokład.
Bułka opycha się bułką.
A teść właśnie skończył ubierać choinkę (Gwiazdkę obchodził tradycyjnie ale wcześniej jakoś nie miał motywacji).

Mnie z kolei ostatniej chwili, rzutem na taśmę udało mi się zrealizować 2 przednoworoczne postanowienia:
- nareszcie uszyłam obiecanego mei-tai
- przy udało się przygotować z dawna obiecany Agnieszce, obrazkowy, mejtajowy samouczek zapraszam :).

Wam i nam życzę Nowego Roku pełnego rzeczy dobrych, zaskakujących, wyczekiwanych, tych wielkich i tych malutkich. Najlepszego!

czwartek, 27 grudnia 2012

11 miesięcy, 11 tygodni

23.12 Bułeczka skończyła 11 miesięcy.
Największym odkryciem ostatniego miesiąca jest przytulanie się. Bułka, nawet ogarnięta szałem zabawy, zawsze znajdzie chwilkę żeby przyczworakować albo przyjść (trzymając się pchacza/ konia na biegunach/ kostki do zabawy/ krzesła, "luzem" jeszcze nie chodzi), przytulić się do nogi, wyciągnąć rączki, objąć za szyję albo chociaż położyć głowę na kolanach. Przylepa z niej niesamowita.
A małe łapki ściskające z całej siły moją szyję to jedna z najbardziej fantastycznych rzeczy jakie mnie do tej pory spotkały.
Drugim Bułkowym osiągnięciem jest nakładanie z dużą precyzją i skutecznością kółek na patyk. Mniej emocji się z tym wiąże ale za to można zrobić show dla rodziny ;).

24.12 za to zaczęłyśmy z Kluseczką 11 tydzień ciąży.
Coraz bliżej do upragnionego drugiego trymestru.
Mdłości dały mi żyć. Czuję się bardzo dobrze poza bezsennością i krótkim nerwem ;).
Mimo, że Kluska jest wielkości średnio wyrośniętej morelki, brzucho nie mieści się już w żadne spodnie poza dresami. Jeszcze nie wyciągam ciężarówek, chwilowo ratuję się pasami ciążowymi i bardzo je sobie chwalę.
W ciąży z Bułeczką miałam na tym etapie problem z giga biustem a dokładnej z jego nagłym porostem. Tym razem jest dokładnie odwrotnie: po zamknięciu mlekodajni biust gdzieś się zapodział. Czekam na dostawę nowego ;).
Na razie dołożyłam 10 jednostek bazy.

piątek, 21 grudnia 2012

Trudno być oryginalnym

Pierwszy raz ostrzygłam Bułkę, chociaż nazywanie tej operacji postrzyżynami jest pewnym nadużyciem bo wystarczyło jedno ciachnięcie nożyczkami do paznokci. Obcięłam jej mianowicie starannie uhodowany, długi, cienki kosmyk który wyrósł pośrodku grzywki i przybierał różne nietwarzowe formy typu "pożyczka" na lewe zakole albo kotwica ;). Efekt operacji jest zadowalający: Bułka wygląda teraz jak standardowy łysawy bobas. Teściowej wyraźnie ulżyło.
Ogólnie można powiedzieć, że Mała nie przykłada się do zapuszczania fryzury (co rzuca się w oczy zwłaszcza w zestawieniu z obrośniętymi jak urocze cherubinki maluchami blogowych koleżanek). Podobno ma to po Ojcu, który w jej wieku też raczej nie ukryłby się pośród hippisów. Chyba chwilowo postawiła na porost zębów bo znowu ślini się jak nieboskie stworzenie i grzebie, tym razem w poszukiwaniu czwórek.

A brat cioteczny Dumnego Ojca wraz z żoną podbili stawkę i całe wrażenie jakie na rodzinie Dumnego Ojca miały zrobić wieści o Kluseczce straciło cały ciężar gatunkowy.
Też mają termin na lipiec z tym, że spodziewają się bliźniaków: ich trzeciego i czwartego maluszka :). 

Dumny Ojciec ma wszystkiego czternastkę (chociaż mogłam kogoś pominąć) rodzeństwa ciotecznego, więc ciężko się wstrzelić z czymś oryginalnym. O Bułce też informowaliśmy miesiąc po tym, jak usłyszeliśmy dobre nowiny od jego siostry ciotecznej. 
Plusem takiego stanu rzeczy jest to, że Bułka ma kuzyna starszego od siebie o miesiąc a kolejnego o pół roku (pierwsze giga mdłości dopadły mnie w szpitalu, kiedy Mały oddawał smółkę, dzięki czemu udało mi się obrazić na śmierć nieświadomą Bułki młodą mamę ;)). 
Teraz, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Kluska może mieć kuzynów z tego samego tygodnia.

środa, 19 grudnia 2012

Rybka Mini Mini w teorii i praktyce

Karmienie Bułeczki przy teściu nosi znamiona sportu ekstremalnego, wiedziałam o tym od dawna. Ale wczorajsza sesja przerosła moje najdziksze fantazje. 
Zaczęło się niewinnie:
Bułka w krzesełku kręciła nosem na zupę, zajęta upychaniem sobie do pyszczka bułki i żółtka, jej obecnych żywieniowych hitów. Przyszedł teść. 
- Gabrrylka! Dziadek coś ci pokaże! - zagadnął do Bułki
Zakrzątnął się, pogmerał w lodówce i wyciągnął stamtąd  foliowe zawiniątko. 
Rozwinął torebki ukazując karpia drugiej świeżości, o niezbyt symetrycznej głowie i z "jednym oczkiem bardziej", kapiącego na podłogę jakąś podejrzaną treścią.
Powietrze wypełnił aromat mułu (chociaż niewykluczone, że tylko ja go poczułam, węch mam ostatnio jak rasowy posokowiec).
Mała wyraźnie poczuła się niepewnie, zaczęła migać "koniec" i się krzywić, ale teść, bynajmniej nie zniechęcony, uznał, że jest winny wystraszonej Bułce wyjaśnienia: 
- to jest twoja ulubiona rybka Mini Mini, ta z telewizji! Babunia zje ją na obiadek! - zakrzyknął dziarsko, po czym podetknął Bułce rybie truchło pod sam nos. Tajemnicza ciecz upstrzyła plamkami blat krzesełka wraz z obiadkiem. Bułka po chwili wpatrywania się w karpia jak mysz w grzechotnika ryknęła wielkim głosem i musiałyśmy się szybko ewakuować. 
- Rybka Mini Mini... - usłyszałam między dobiegającymi z kuchni chrupnięciami, mlaśnięciami i innymi odgłosami filetowania. 

Cieszę się z całego serca, że Bułka jest na tyle mała, że po pierwsze nie zrozumiała a po drugie nie zapamięta. Na ten moment wystraszyła się śmierdzącego, ociekającego rybiszona nie wnikając w głębsze warstwy teściowej metafory. 
A ja nauczona tym cennym doświadczeniem będę mogła czekać na niewygodne Bułkowe pytania z gotowymi odpowiedziami.

wtorek, 18 grudnia 2012

Słodko

Jesteśmy z Kluską po kolejnej wizycie. Tym razem bez promocji. Liczyłam po cichu, że dołożą insuliny i po sprawie. A gdzie tam! Insulinę mam zwiększyć, owszem, ale i dietka nadchodzi.
A jaka dietka jest dla ciężarówki najlepsza i najpyszniejsza? Niskowęglowodanowa oczywiście!
Czyli bez ryżu, kaszy, ziemniaków, muesli.
Dostałam dyspensę na makaron razowy (wczorajszy, na zimno, łyżka do posiłku). I na pieczywo razowe (czerstwe, pół kromeczki, tak żeby ketonów nie było). Otręby mogę jeść na legalu, oczywiście w rozsądnych ilościach ;).
Bez owoców.
Bez buraków, marchewki, kukurydzy, dyni, strączkowych i co tam jeszcze było smaczne.
Bez mleka, bo "mleko to woda z cukrem".

Nie nastawiałam się na opychanie słodyczami ale to jest zgroza.
Nadchodzi czas jogurtu naturalnego, chudego twarogu, kotleta i omletów z samych jajek. I warzyw reprezentowanych przez brokuły, ogórki szklarniowe, paprykę po 12 zł za kilogram, pomidory z puszki i pieczarki,
"Bo to zima akurat,
Chwycił mróz i śnieg już spadł."**

Patrzę krytycznie na to co napisałam powyżej i wydaje mi się, że chcąc się pożalić i podkreślić grozę sytuacji niechcący wymieniłam całe dostępne spektrum produktów. A może coś pominęłam? Coś, co zupełnym przypadkiem jest dietetyczne, niskowęglowodanowe i przepyszne? Jakieś pomysły?
Aktualnie daleko mi do optymizmu. Mój stan ducha i brzucha nie sprzyja samodyscyplinie i odchudzaniu. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla należącej się ciężarnej jak psu buda, strucli z serem przegryzanej ogórkiem kwaszonym?


 obrazek stąd

Uprzedzając słowa pociechy, że na diecie cukrzycowej da się żyć, spieszę z wyjaśnieniem:  przy cukrzycy ciążowej "Dzienna racja pokarmowa powinna zawierać 40-50 proc. węglowodanów (ciemne pieczywo, kasze, warzywa, niektóre owoce), 30 proc. białek i 20-30 proc. tłuszczów"*. 40-50% to byłby szczyt marzeń. Wcale nie żartuję.

* Podstawowe zasady diety przy cukrzycy ciężarnych 
** Jan Brzechwa - Kaczki

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Naukowa kumulacja

Muszę sobie w jakimś widocznym miejscu przytwierdzić zdjęcie Dumnego Ojca, tak na wszelki wypadek, żebym się przez pomyłkę nie rzuciła na jakiegoś obcego faceta (na przykład z gradem wyrzutów ;)). Ostatnio zaczynam zapominać jak mój ślubny wygląda. Widujemy się wprawdzie codziennie ale jeśli uzbiera się tego 1,5-2 godziny można mówić o prawdziwym urodzaju. 
Ostatni dzień, który cały spędziliśmy razem, a trzeba zaznaczyć, że nie chodzi mi o patrzenie sobie w oczy i trzymanie się za rączki tylko o przebywanie na tej samej długości i szerokości geograficznej, miał miejsce 11 listopada. 
Ostatni dzień, kiedy mieliśmy wolne i mogliśmy się razem wybrać na spacer, zrobić małe porządki i zakupy przypadł z kolei na 28 października.
W międzyczasie zdarzyło się kilka weekendów ale z każdym było coś nie tak:
17 i 18.11  obydwoje mieliśmy zjazdy
24 i 25.11  tylko ja
1 i 2.12      Dumny Ojciec się kształcił
8 i 9.12      ja się uczyłam a Dumny Ojciec miał jeden z 4 w roku pracujących weekendów
15 i 16.12  Dumny Ojciec w szkole

Na szczęście jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, kiedy Kluseczka się pojawi Dumny Ojciec będzie już wykształcony na wszystkie strony, a mi zostanie tylko jeden semestr, wypełniony głównie pisaniem pracy (po)dyplomowej.
A tym czasem doczekać się nie mogę przyszłego tygodnia. To będzie szalona fiesta rodzinno-wypoczynkowa :)!

wtorek, 11 grudnia 2012

Poradnia cukrzycowa mieści się w tym samym budynku gdzie patologia ciąży. Trafiłam tam pierwszy raz odkąd urodziła się Bułeczka. Obejrzałam te same (dosyć okropne) zdjęcia na ścianach przedstawiające przyszłe mamy i tatów, nowoczesnych i ślicznych w najlepszym stylu lat 90', z tapirem lub żelem na włosach, w ramoneskach, jak pozują na białym tle, oparci o siebie placami, z ugiętym kolankiem, saksofonami, różami i kolorowymi parasolkami. Trafiłam do ulubionego, bo znajdującego się trochę na uboczu, kibelka na haczyk i umyłam ręce płynem dezynfekcyjnym pachnącym jak tylko on potrafi. Posłuchałam wyjącego ktg. Nawet natknęłam się na tę samą choinkę, pod którą chodziłam poczytać zeszłej Gwiazdki, obecnie jeszcze w pudle, gotującą się do kolejnego ataku na dobry gust przyszłego pokolenia ;).

I jakoś tak wszystko wróciło. Tamten niepokój, oczekiwanie, radość, zmęczenie, nadzieja. A potem maleńka Bułka. Taka tycia i pachnąca jak waniliowe ciasteczko.

Zastanawiam się czy tamten czas pozwoli mi oswoić oczekiwanie na to co będzie.
Czy będzie łatwiej? Może podobnie? A może Bułka tęskniąca  za mamą zupełnie przesunie środek ciężkości?

poniedziałek, 10 grudnia 2012

U lekarza, w dzień targowy

Byłyśmy z Kluską w poradni. 
Chociaż od dzisiaj wypadałoby już raczej powiedzieć: "byłyśmy z Kluseczką lub byliśmy z Kluskiem" bo właśnie rozpoczyna się 9 tydzień i moje młode powoli zaczyna się deklarować w tej kwestii. Nic nie widać i nie będzie widać jeszcze przez jakiś czas, ale maszyna ruszyła.

Tak czy owak jesteśmy już z powrotem. Wizyta nie przyniosła wstrząsów i zaskoczeń oprócz jednego: kolejnej wizyty za tydzień. Mam porobić badania, brać co brałam, mierzyć cukry, dietować i się ruszać (co akurat z ochotą zapewnia Bułka, która umie biegać z pchaczem ale nie umie zawracać, więc po każdej prostej trzeba dokonać korekty toru ;)). 
Mam się też przyzwyczaić bo taka częstotliwość wizyt ma się utrzymać do końca trymestru. 

Przy okazji wizyty zaobserwowałam coś fascynującego: cukrzycowociążowy system kastowy, regulujący kto z kim uprzejmie pogwarza, kto komu ustępuje miejsca w toalecie i z kim warto dzielić się refleksjami na temat uciążliwości diety.
Pozycja jednostki zależy w nim od:
  • tygodnia ciąży/ rozmiaru brzucha
  • glikemii na czczo, o co ku mojej szczerej konsternacji, pytają się nawzajem pacjentki przed gabinetem ("Dzień dobry, jak u pani cukier z rana? U mnie to tak 85 ale nawet 100" podłapałam kątem ucha rozmowę)
  • mrożących krew w żyłach historii o glikemii po posiłku ("140? Ja to ostatnio miałam nawet 160!" opowiadała jedna z pań grobowym głosem)
Przecierałam oczy ze zdumienia i cieszyłam się, że mały brzuch już na wstępie wyłączył mnie z tych licytacji, chociaż miałabym czym błysnąć ;).
Ale z radością stwierdzam, że pierwszy trzymestr zdecydowanie mi służy. Zapotrzebowanie spadło :).

sobota, 8 grudnia 2012

Sufganijot

Zimno, ciemno i ponuro. Głowa paruje stekiem świeżo wtłoczonych bzdur, które nie wytrzymam i kiedyś w końcu zacytuję bo cisną mnie okrutnie*. Na szczęście w kuchni rośnie ciasto na sufganijot, więc wieczór zapowiada się dobrze :).

*oczywiście studium podyplomowe, oczywiście mój Ulubiony Pan Profesor

Przepis na sufganijot:
(Uwaga, to jest przepis na jedyną słuszną ilość, czyli pączuchy dla pułku wojska ;).
Można część ciasta włożyć do lodówki i wykorzystać w ciągu tygodnia, opychając się świeżymi pączkami przy każdej okazji.)
  • paczka suchych drożdży
  • 7-8 łyżek cukru
  • szczypta soli
  • 1,5 szklanki mleka w temperaturze pokojowej
  • łyżeczka cynamonu (lub 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej, ale z cynamonem są lepsze ;))
  • 4 żółtka (na bogato ;)) lub 2 jajka
  • pół kostki masła
  • 700-800g mąki do uzyskania odpowiedniej konsystencji ciasta
  • ulubiona dżemolada
  • cukier puder do posypania
  • olej do smażenia

Przygotowanie:
  1. zagnieść ciasto
  2. pozwolić mu wyrosnąć (~godziny w cieple lub przez noc w lodówce)
  3. rozwałkować ciasto na omączonej stolnicy na grubość około 0,5 cm
  4. wyciąć kółka szklanką albo kieliszkiem do wina
  5. przykryć i dać porosnąć jeszcze 15-30 min
  6. smażyć w garnuszku w gorącym oleju po około minutę z każdej strony
  7. wyłowić na ręczniki papierowe
  8. nadziać dżemoladą
  9. posypać cukrem pudrem
  10. wcinać se smakiem ;)
Smakowita, chanukowa wersja pączków :)
Najlepsza przy następującym akompaniamencie:

A tutaj skrótowo o co chodzi w całej imprezie:



czwartek, 6 grudnia 2012

Bułka tupta

Wczoraj wieczorem Bułka stanęła przy swoim pchaczu i przeszła przez cały pokój!
Dzisiaj biega z nim tam i z powrotem i taka jest z siebie zadowolona, że akompaniuje sobie głośnym rechotem. Dochodzi do ściany po czym trzeba ją odwracać, żeby mogła biec w drugą stronę.

Ależ mi dziecko urosło!

Z innych nowin kilka dni temu, kiedy szłyśmy z Bułką na nocną kaszę, zakręciło mi się w głowie i obydwie gruchnęłyśmy. Na szczęście udało mi się upaść tak szczęśliwie, że zamortyzowałam upadek i Bułka miała miękkie lądowanie chociaż wystraszyła się biedula. W całym zamieszaniu nikt nie ucierpiał.

wtorek, 4 grudnia 2012

O brzuchu

Kiedy dowiedziałam się, że Bułka nadchodzi, nie mogłam się doczekać brzucha. Z jakiejś przyczyny było dla mnie niezmiernie ważne, żeby cały świat jak najszybciej dowiedział się, że mnie pobłogosławiło. Nosiłam wdzianka odcięte pod biustem i z dumą wypinałam jelita ;). Gdybym doszła do wniosku, że to może się przysłużyć sprawie, pewnie zaopatrzyłabym się i z radością obnosiła strój do łyżwiarskiej jazdy szybkiej ;).

Brzuch, ku mojej wielkiej uldze, nie kazał na siebie długo czekać. Widać go było bez wątpliwości już w 9 tygodniu. Rósł i rósł, wszyscy się zachwycali, a ja pęczniałam z dumy. Nawet pod koniec ciąży mówili: masz ładny brzuszek, nieduży, prawie wcale nie przytyłaś. A ja chłonęłam jak gąbka i w głowie miałam jasny obraz ciężarnej gazeli. 
Taką piękną gazelą bez stóp byłam w 36 tygodniu: 
 Kiedy w samej końcówce zaczęłam przeczuwać, że może jednak nie jestem taka smukła i przepiękna za jaka chciałabym się uważać, uciszyli mnie szybko: jaki kaszalot? Coś ty? Śliczny, mały brzuszek!

Po kilku miesiącach od porodu zobaczyłam swoje zdjęcia w końcówce i mistyfikacja ostatecznie wyszła na jaw. Doszłam do wniosku, że całe to "gazelowanie" było prawdziwie perfidne. Do dziś nie mogę pojąć jak mogłam dać się tak podejść. To, że miałam kłopot z wyjęciem jedzenia z lodówki (oczywiście z powodu za krótkich rąk ;)) nie dało mi do myślenia. Ani centymetr pokazujący bezlitośnie 110 cm w obwodzie.

Tym razem nie mam gwałtownej potrzeby się zaoblać
Niemniej mogę oficjalnie potwierdzić, że proces przemiany w ciężarną gazelę już się rozpoczął i postępuje: schudłam a przestałam się dopinać w spodnie. Nadchodzi era dresów, tunik, leginsów i portek na gumie. Już wyciągnęłam je z góry szafy i umieściłam na swojej półce w miejsce ciuchów dopasowanych, uroczych i kobiecych.
Nie żebym się jakoś szczególnie lansowała w domu przy Bułce albo żebym żałowała tego, że Kluseczka postanowiła się ujawnić. Kluska sama dobrze wie co robi.
Dziwi mnie tylko, jak mało teraz wczuwam się w to kto, co i kiedy zauważy. I jak mało mi zależy na tym, żeby widzieć potwierdzenie kluskowej obecności w oczach całkiem obcych ludzi.

Cieszę się za to bardzo, że mam maszynę, może po wywiązaniu się z wcześniejszych zobowiązań, uszyję sobie coś mamowego :).

sobota, 1 grudnia 2012

O walce z czasem i przestrzenią, ale głównie z czasem

Z chaosu, który nastał po pożegnaniu cycka zaczyna się powoli wyłaniać nowy porządek. Nie jest to może porządek optymalny, ale znacznie lepszy niż cokolwiek od czasu wprowadzenia się Kluseczki.

Bułka jada kleiki na mm, kaszki, zupki, warzywa i owoce. Popija wodą.  Picia mm odmawiała bardzo stanowczo i postanowiłam nie nękać jej dalej w tej kwestii bo jedynym efektem jaki przynosiło zaczajanie się na nią z mlekiem (obojętnie moim mrożonym czy mm) była odmowa picia czegokolwiek.
Najbardziej fascynujące, że mm wydaje się jej smakować w zasadzie niezależnie od firmy, byle nie było płynne.

Nowy sposób jedzenia przewrócił do góry nogami nasz plan dnia.
Nocne karmienie z kilku niezobowiązujących popasów zmieniło się w jedno celebrowanie kaszy. Około 4 Bułka wstaje głodna, ja podnoszę powieki na zapałkach po czym idziemy do kuchni szykować, karmić i myć brudny ryjek. Wybudzona Bułka daje się potem ululać tylko Dumnemu Ojcu. Śpi do 8 (wcześniej do 6-6:30).
Bawi się potem kilka godzin, aż się zmęczy. Wtedy zamiast odespać drzemkę skwierczy wymęczona, potem piszczy, aż padnie (a jeśli nie jesteśmy na spacerze, ja padam razem z nią) około 13 na 2 godziny.
Kiedy wstanie mamy znowu kilka godzin laby a potem trudne popołudnie przechodzące w dramatyczny wieczór kończący się noszeniem małej małpeczki na rękach przy wtórze płaczu. Ostatnio tylko tak zasypia.

Wliczając czas przed drzemką i przed nocnym spaniem mogę zaryzykować stwierdzenie, że 1/3 świadomego czasu Bułki upływa na ziewaniu i marudzenio-zasypianiu.

Oprócz problemów ze spaniem pojawiła się jeszcze jedna niespodzianka. Okazało się że, przewijanie kupy kompletnie przerasta moje możliwości. Szczęśliwie do tej pory dobra Bułka zrobiła wszystkie prezenciki w obecności Dumnego Ojca albo teściowej.
Każdy dzień bez konieczności zmierzenia się z małym smrodkiem przyjmuję z ulgą ale konfrontacja jest nieunikniona. Miska już czeka w pogotowiu.

Nie doceniłam też wnoszenia Bułeczki w śliskim kombinezonie i jej klamotów na 4 piętro.

Ostatnio wszystko jest wyżej i dalej. Doba za to zdecydowanie dłuższa niż do tej pory.

Yo!

4 dni temu przyjechała do nas paczka pełna dobroci od firmy Yo!. Uszatą czapę, rajstopki, nakolanniki i skarpetki  Bułka testowała dzielnie i wytrwale na własnym organizmie.

Zaczęłyśmy od rajstop. Może ciężko w to uwierzyć ale pierwszy raz miała na sobie rajstopki, do tej pory nosiła pajace. Rajstopy ładne, mięciutkie, chyba wygodne. W międzyczasie były 2x prane i nie straciły na urodzie. Nie mam wielkiego doświadczenia w temacie ale Bułka wyglądała z zadowoloną.

Następnie przeszłyśmy do wynalazku, który na początku mnie nie do końca przekonywał, a potem bardzo dobrze się sprawdził. Chodzi mianowicie o rajstopo-spódniczkę. Nie jestem wielką fanką ubierania dziewczynek w spódniczki, nie ze względów wizualnych, tylko przez niewielką, jak mi się wydawało, wygodę takiego rozwiązania. Bez entuzjazmu zapakowałam Bułkę w ciuszek i puściłam na podłogę. Okazało się, że spódniczka jest wymarzona dla raczkującego malucha: mięciutka, nie krępuje ruchów i jest na tyle krótka, że Bułka nie przydeptuje jej kolankami. No i wygląda niezwykle szykownie ;).
Nakolanniki do raczkowania Yo! testujemy już od dawna, bo kupiliśmy jej właśnie takie kiedy tylko zaczęła się przemieszczać, czyli ładne parę miesięcy temu. Do tej pory służą jej bardzo dobrze. Są ładne i wygodne ale raczej nie nadadzą się dla maluchów o pulchnych nóżkach bo są dosyć wąskie. Bułka jest chudą żmijką i na nią pasują akurat.

Bardzo fajne okazały się grube skarpety frotte. Skarpety do raczkowania z podwójnym ABSem też bardzo udane. Zajęło chwilę zanim Bułka wymyśliła o co chodzi z ABSem górnym, ale kiedy dokonała tego odkrycia zaczęła raczkować jak mała torpeda.
Ze wszystkich otrzymanych fantów najbardziej zachwyciły nas skarpety z silikonową podeszwą. Część pokryta silikonem nie jest ciągła, przypomina ślad buta turystycznego (więc stopki się nie pocą) ale obejmuje znaczną część podeszwy i jest bardzo mięciutka (daje zdecydowanie lepszą przyczepność niż standardowe ABSy). Bułka dostała w nich niezłego przyspieszenia ;). Skarpety podeszły jej do tego stopnia, że przez cały dzień ani razu nie próbowała ich ściągnąć, a to duże osiągnięcie.

Misiowa czapka uszanka mówi sama za siebie :)
Produkty Yo! zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Podoba mi się jakość wykonania , ładne materiały i miękkie nie odciskające się gumki. Zdecydowanym hitem są rajstopo-spódniczka (która topi serca dziadków ;)) i  skarpety z silikonową podeszwą. Chętnie wrócę do nich w niedalekiej przyszłości.