niedziela, 15 lipca 2012

Szczęście w nieszczęściu

Nie jestem specjalnie fartowną osobą. Jestem za to specjalistką od tak zwanego mieszanego błogosławieństwa:

Raz w trakcie wkładu do auli wleciały 2 gołębie, obydwa zrobiły kupę. Zgadnijcie na czyj plecak? (ale mogły na przykład głowę).
Innym razem kiedy stałam na przystanku uderzył we mnie fajerwerk. Różowa ognista kula (z całkiem ciężkim glinianym środkiem), która nadleciała z pokazu pirotechnicznego w pobliskim parku nabiła mi siniaka i wypaliła ślad na lewym bucie (do tej pory cieszę się, że nie na oku).
Kiedy odbierałam suknię ślubną maszyny budowlane uszkodziły duuużą rurę z wodą i nagle utknęliśmy na środku jeziora z zalanym silnikiem (zaraz  pojawił się spychacz, który nas wyciągnął).
Kiedy jechaliśmy z rowerami na wyspę Uznam wszyscy zdążyli się zapakować do pociągu a ja z rowerem ale za to bez dokumentów i pieniędzy zostałam na peronie (pociąg wrócił po mnie na wstecznym).
Raz znalazłam pod domem Tybetańczyka ze złamanym (przez niejaką Olę) sercem, który próbował się zabić. I tym razem się udało, bo już około 2 w nocy, po dłuższym dzwonieniu do osób z książki telefonicznej w jego komórce przyjechała po niego taksówką znajoma z innego miasta. Wyobraźcie sobie konsternację ludzi, którzy słyszeli wygłaszaną przeze mnie formułkę: "Dobry wieczór, przepraszam, że dzwonię o tej porze. Czy zna Pan/ Pani jakiegoś Tybetańczyka? Jeden siedzi koło mnie. Numer Pana/Pani znalazłam w jego telefonie. Niestety nie potrafię wymówić jego imienia".

Największym fartem mojego życia okazał się wypadek rowerowy dzięki któremu mam Gabusię.

Moje dzisiejsze szczęście w nieszczęściu wyglądało następująco:

Zatankowaliśmy pełny bak i wybraliśmy się na planowaną od bardzo dawna wycieczkę. Po przejechaniu 10 km wskazówka pokazała brak paliwa. Pomyśleliśmy, że pływak od wskaźnika się przedziurawił i w najlepsze jechaliśmy dalej, jakieś 200 m, po których samochód stanął. Pobieżne oględziny potwierdziły gorszy scenariusz, cały bak paliwa się wylał. Na szczęście nie zdążyliśmy daleko odjechać. Okazało się za to, że nie mamy linki (wymienialiśmy się z bratem samochodami, on swoją zabrał a my zostawiliśmy). Na szczęście stanęliśmy koło Obi, gdzie linkę nabyliśmy. Na drugie szczęście moja siostra i jej chłopak, którzy powinni być nad morzem przełożyli wyjazd i mogli po nas przyjechać. Holowali nas w najlepsze, kiedy pojawił się kolejny peszek: linka się zerwała. Trzecim tego dnia fartem zerwała się vis a vis stacji benzynowej, gdzie nabyliśmy drugą. 

Mimo braku wycieczki i baku paliwa zatruwającego obecnie okolice drogi, cała sytuacja miała cały szereg pozytywów. 
Ale trzeba przyznać, że mój fart potrzebuje pewniej zachęty żeby się ujawnić ;).

13 komentarzy:

  1. Uśmiałam się serdecznie :) No to szczęścia :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Faktycznie "szczęściara" z Ciebie :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Haha, aż trudno uwierzyć, że te wszystkie historie przydarzyły się jednej osobie. Uroczy pech ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Uśmiałam się do łez!!! :D
    Prawdziwa "szczęściara" z Ciebie! Dobrze chociaż, że masz takie pozytywne podejście do życia!

    OdpowiedzUsuń
  5. hehe ciekawe historie :D ale chyba zazwyczaj więcej jest tego szczęścia ;D

    OdpowiedzUsuń
  6. O rany, ale historie, dobrze, ze to szczęście jednak Ci w jakimś stopniu dopisuje!

    OdpowiedzUsuń
  7. Brak mi słów. Genialne! :D

    OdpowiedzUsuń
  8. To się nazywa mieć szczęście w nieszczęściu ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ty to masz szczęście...;)

    OdpowiedzUsuń