środa, 30 maja 2012

O szczepieniu, chuście i kupie

2 dni temu bobas odwiedził swoją "ulubioną" panią doktor. Ulubioną w cudzysłowie bo bobas jeszcze jej dobrze nie zauważy a już robi podkówkę, skrzypi, potem skwierczy a kiedy przychodzi do badania regularnie wyje i płacze aż łzy leją się do uszu. Dodam, że nie reaguje tak ani na ortopedę ani na neurologa ani nawet na dokonującą szczepionkowej egzekucji pielęgniarkę. Wydaje mi się, że chodzi o dosyć śmiałe podejście do makijażu i szałowy look (z włosami a la wata cukrowa, perłowymi klipsami, elipsami z różu na kościach policzkowych i szminkowaniem zębów włącznie).
Mimo tradycyjnych przeraźliwych protestów ze swojej strony, bobas został zbadany, skierowany do kardiologa i zaszczepiony. Został też zmierzony (64 cm, +9 od urodzenia) i zważony (5400 g, +2350 od urodzenia). Podobno za wolno przybiera. Na szczęście o mm na razie nie było mowy.

Ze szczepienia oprócz nowo nabywanej odporności bobas wyniósł biegunkę, więc ostatnie dwa dni sponsoruje u nas literka K*. Bobas piszczy ponuro i wylewa z siebie nowe porcje zielonego kupska. W przerwach ratuje nas nowa chusta. Bo dostaliśmy w prezencie naszą pierwszą chustę tkaną (i chyba do elastycznej nie wrócimy). Mam nadzieję niebawem wypróbować ją w bardziej sprzyjających okolicznościach :).

* jak kupa

poniedziałek, 28 maja 2012

O "najważniejszym dniu w moim życiu"

Na 26.05 czekałam przebierając nogami. Ten dzień miał być wisienką na torcie mojego dotychczasowego życia. Kropką nad i, te rzeczy.  Ja - zadowolona żona i spełniona matka miałam się kąpać w szampanie z płatkami róż i tańczyć na stole oglądając fajerwerki na moją cześć, że tak pięknie urodziłam i karmię i przewijam ;). Zamiast tego wstałam wcześnie, bawiłam się z bobasem (znaczy bobas się bawił, ja ruszałam grzechotką), przewijałam, karmiłam, zrobiłam pranie, wypiłam przydziałowe herbatki, zjadłam dość podły obiad typu "zemsta karmiącej", poczytałam, poturlałam się na piłce, załapałam się na parę promiennych uśmiechów, parę plam ze śliny i jeden palec w oku. Od bobasa, rękami Dumnego Ojca, dostałam Jelly Bean Fruit Coctail. Chciałam sfotografować ale nie mogłam przestać podjadać, więc wrzucam zdjęcie z googla ;)
a konkretniej stąd.
Fajerwerków nie było. Ale był mały, ciepły, mięciutki, ufny kłębuszek, wydający z siebie niesamowite gardłowe rechoty. I dzisiaj też jest. I jutro będzie. I to jest największe szczęście. Był też Dumny Ojciec, który kiedyś tam, dawno temu, zapamiętał, że Jelly Bean'sy są moją wielką namiętnością.

piątek, 25 maja 2012

4 miesiące bobasa a ja zupełnie nie o tym

2 dni temu bobas skończył 4 miesiące. Umie wszystko co bobasy w tym wieku powinny. Dumna jestem niesłychanie ale dzisiaj będzie nie o tym.

Otóż bobas 2 dni temu skończył 4 miesiące a ja dalej chodzę z brzuchem. Nie jakimś bardzo dużym, powiedzmy 3-4 miesiąc ; ). Trzeba jednak przyznać, że jest to łyżką dziegciu w beczce miodu mojego macierzyństwa. I nareszcie zdałam sobie sprawę z tego, że samo nie minie. Niniejszym postanowiłam coś z tym zrobić. Zaczynam od publicznego wyznania tego zamiaru, co być może zmotywuje mnie do działania.
A może kogoś jeszcze się zachęci : )? Może zrobimy akcję blogową?  Tak sobie tylko gdybam.

Druga sprawa - zagadka: 
Idą sobie parkiem 2 kobiety. Jedna z nich pcha wózek. Która z nich jest mamą?
Młodsza/starsza?
Ta która pcha wózek?
Ta zaniedbana z odrostami?
Ta o obwisłym cycu?
Ta, która potyka się o własne worki pod oczami?

Nie, ta która się garbi!
Nie wierzycie? Rozejrzyjcie się na następnym spacerze.
To fenomenalne odkrycie dało mi do myślenia. Mamy się garbią, ja jestem mamą, hmmm...

Takie właśnie rzeczy zaprzątają moją uwagę przed pierwszym aktywnie obchodzonym Dniem Matki. Bo z definicji bycie matką garba i brzucha nie implikuje.
Ruszam do boju! Rozpiera mnie słomiany zapał ; ).

Wczoraj: ćwiczenia (własnego pomysłu) na piłce ok 2h
Dzisiaj: spacer 2h, ćwiczenia na piłce 0,5h

środa, 16 maja 2012

W krainie letniej herbaty

Nie mam pojęcia jak bobas to robi, szósty zmysł czy co? Dość, że idealnie wyczuwa moment, kiedy zalewam sobie herbatę, dosłownie co do minuty. Wyczuwa, analizuje i dochodzi do wniosku, że mu mokro, nudno, smutno, gryzak nie taki, miś się znudził a poza tym dawno nie napluł matce w dekolt.
Biegnę, przewijam, pocieszam, bobas błogo zasypia. Wracam po swoją herbatę a ona letnia. Za ciepła żeby wylać, za zimna, żeby się nią cieszyć. I tak kilka razy dziennie. Codziennie (w tym 2x dzisiaj od rana). Jeśli mnie ktoś zapyta (chociaż szczerze wątpię) na czym polega macierzyństwo, to mu odpowiem, że na piciu letniej herbaty ;).

niedziela, 13 maja 2012

3 grosze o cycu

Ostatnio bardzo głośno zrobiło się na temat cyca. A wszystko za sprawą Jamie Lynne Grumet, mamy, która karmi swojego trzyletniego synka piersią. Czy warto, czy należy, czy zdrowo i co z tego wyniknie to ostatnio kwestie palące opinię publiczną żywym ogniem. Pozwolę sobie nie komentować zasadności tego zamieszania wokół cudzego, jakby nie spojrzeć, cyca. Ale nie odmówię sobie dorzucenia swoich 3 groszy.

W całej "aferze cycowej" poruszył jeden argument, który usłyszałam ze zbyt wielu ust, żeby móc go całkowicie zignorować. "Jakie to nieapetyczne" mówią koleżanki i koledzy, anonimowy tłum internetowy i moja teściowa. Robią zdegustowane miny i wydymają usta. "Ble".

Zastanawiam się tylko co jest "ble"?

Chyba nie publiczne jedzenie, bo maluch jedzący z butelki nie jest "ble", ani dresik z kebabem, ani rodzina na lodach.
Wychodzi na to, że cyc. Ale tu też nie jest prosto, bo cyc na bliboardzie jest w porządku, nawet całkiem goluteńki. Dziewczęta topless też, jak najbardziej, a gdyby jeszcze zechciały być cudownej urody...

To ja się pytam: brzydzi w końcu ten cyc czy nie?

Bo mam niejasne podejrzenie, że dopóki jest wabiem na samca, cechą płciową i obiektem erotycznym to niech sobie będzie. Ale nawet najprzepiękniejszy cyc, kształtny niczym pruski hełm* i zawsze pokazujący północ, traci walor po doczepieniu małego ssaka. Nie ma seksu i od razu w każdym budzi się esteta (że ble) i moralista (że nie wypada publicznie! cyc publiczne?! gwałtu-rety-apokalipsa!).

Trochę konsekwencji dobrzy ludzie! Albo zgadzamy się na cyc w przestrzeni publicznej albo nie. Każdy cyc! Duży, mały, silikonowy, karmiący i dyndający jak uszy jamnika! Bo od takiego wpuszczenia na salony tylko jędrnego cyca, wyłącznie dla celów rozrywkowych, moja feministyczna dusza zgrzyta zębami.

  * zdjęcie poglądowe: Otto von Bismarck w pikielhaubie z Wikipedii

sobota, 12 maja 2012

Ale jak to? Oszczędzacie na dziecku?

Ano oszczędzamy. I szczerze mówiąc nie miałam pojęcia, że wywołamy tym tyle emocji. W dzisiejszych czasach chyba zwyczajnie nie wypada, ale budżet nie jest z gumy a zaoszczędzone pieniądze zawsze można przehulać z bobasem w fajniejszy sposób niż na pieluchy ;). My na przykład chcielibyśmy kupić fajną przyczepkę rowerową, ale o tym innym razem.
Nasze oszczędzanie na bobasie ma długą historię: bobas już od urodzenia nosi ciuszki z drugiej ręki, na pupie ma zazwyczaj wielorazówki, wcale nie z najwyższej półki, często gęsto bywa, że tetrówki, żywi się darmowym mlekiem ("a przecież są takie dobre mleka"). Ale teraz przeszliśmy samych siebie w naszym rodzicielskim skąpstwie: zaczęliśmy używać wielorazowych mokrych chusteczek. Od jakiegoś czasu ostrzyłam sobie na nie zęby. Szczególnie spodobały mi się Cheeky Wipes. A dokładniej spodobałyby mi się gdyby nie ich okrutna cena. Postanowiłam wdrożyć ten patent w trochę mniej wyszukanej wersji: nabyłam na allegro flanelowe myjki, planuję dokupić w Ikei pudełko do wieszania na łóżeczku, wrzątek już mam, pralkę też, nawet kosz na brudne pieluszki. Chwilowo czyste myjki trzymam w szafie a te przeznaczone do użycia w najbliższym czasie, leżą skropione wrzątkiem w pudełku po wegetariańskich żelkach ;). Sama zastanawiam się jak mogłam nie wpaść na to wcześniej.
Niestety nasze niskobudżetowe chowanie bobasa ma też swoją mroczną twarz: zepsuł nam się wózek (tak, tak, ten fajny wózek, którego nie mogłam się nachwalić). Przednie felgi się "rozklapciały", opony zrobiły się zbyt szerokie i trą o widelce tak mocno, że kółka przestały się obracać. W poniedziałek będziemy reklamować a tym czasem jesteśmy z bobasem uziemione.

niedziela, 6 maja 2012

Nasza mała księżniczka

Zaczęłam z tym walczyć kiedy bobas miał parę centymetrów i nawet przez moment wydawało mi się, że coś tam wywalczyłam. Naiwna!
Bo bobas jest jedynym żeńskim bobasem w rodzinie Dumnego Ojca (w tym pokoleniu jest za to 8 chłopców). Jest "Naszą Księżniczką" a przecież w byciu księżniczką nie chodzi o wygodę. Księżniczki śpią na ziarnku grochu, noszą szklane buciki, jedzą nieświeże jabłka i co najtrudniej mi sobie wyobrazić, świetnie się bawią chodząc w takich sukienkach:
królewny stąd 
Dlaczego w takim razie litować się nad bobasem? Bycie księżniczką zobowiązuje! Trzeba nosić sukienki z falbanami, rajstopki (też z falbanami), malutkie jeansy (falbanka nie zaszkodzi), wszystko optymalnie w odcieniach różu.
Efekt olśniewający! Prawie tak uroczy:
zdjęcie stąd

Trzeba się zachowywać po królewsku i co najważniejsze, niezależnie od okoliczności, uśmiechać się do wszystkich. Bo "nie wolno płakać", "nie lubię cię jak płaczesz" albo co gorsza: "nie płacz, mama nie pozwoliła".
Warto tonąć w zabawkach. Ale unikać zabawy, żeby się nie ubrudzić.
Życie królewny to nie bułka z masłem.
Dlatego robię co mogę (łamiąc przy okazji serca połowie rodziny), żeby bobas pozostał bobasem. Ma jeszcze czas żeby zostać królewną jeśli zapragnie.

sobota, 5 maja 2012

Bobas akrobata

Właśnie przed chwilą przekręciła się z brzuszka na plecy! Całkiem sama!
A ja mam teraz zagwostkę komu się jeszcze mogę tym pochwalić żeby nie wyjść na durną. Życie matki nie jest proste ;).