niedziela, 29 kwietnia 2012

Matka do zadań specjalnych

Że społeczeństwo tak o mnie myśli, zupełnie się nie przejmuję. Że teściowa nie rozpaczam (w każdym razie niezbyt często ;)). Że i z Dumnym Ojcem czasami tak wychodzi, mam za złe i narzekam. Ale żeby bobas? 
Niestety bobas jest cwańszy niż wygląda i szybko załapał jakie prawa rządzą światem: dziadkowie i ciocie do rozpaskudzania, tata do zabawy, gulgotania i uśmiechów, mama do zadań specjalnych - namleczania, przewijania i pocieszania (jeszcze do sprzątania, gotowania, trwania na posterunku i pamiętania gdzie co leży, ale o tym akurat bobas nie ma pojęcia ;)). 
A gdzie moje uśmiechy, ja się pytam? Gdzie moje radosne gulgoty? Gdzie wyciągnięte łapki? 
"I ty bobasie...?", chciałoby się powiedzieć. Jak ja mam ciebie Mały Szkodniku w takich warunkach wychować na zatwardziałą feministkę? No jak?
 Ale życie ma i swoje dobre strony. Wczoraj na przykład pan sprzedawca dał mi lizaka. Drugi pan sprzedawca zapytał czemu on nigdy lizaka nie dostał. Pierwszy pan sprzedawca odpowiedział: tobie to mogę postawić pół litra a pani jeszcze za młoda na takie rzeczy.
Wyprostowałam się i wypięłam dumnie pierś. Wyszłam ze sklepu z 25 z vatem na karku, rogalem na twarzy i lizakiem w garści :).

piątek, 27 kwietnia 2012

O wolności (w rozsądnej dawce)

O tym jeszcze nie pisałam ale uwielbiam jeździć na rowerze. Pasjami! Nie jeździłam prawie rok i brakowało mi okrutnie.
Ofiarą moich jojczeń na ten temat padł Dumny Ojciec który, jak nie on, podchwycił i po chwili zastanowienia zaproponował rozwiązanie. Jeszcze tego samego dnia wcieliliśmy je w życie. Wzięliśmy do parku bobasa w wózku, książkę i rower. Pozwoliło to zrealizować następujące kombinacje:
- Dumny Ojciec czyta i pilnuje roweru, ja spaceruję z bobasem,
- spacerujemy razem, prowadzimy wózek i rower
- bobas śpi, Dumny Ojciec czyta lub bobas skwierczy, Dumny Ojciec spaceruje a ja jeżdżę! Hurrra!
Wiatr we włosach, bobas w pobliżu, tyłek w siniakach, normalnie żyć nie umierać ;)!

Żeby wyjść na przeciw potrzebom Dumnego Ojca, następnym razem bierzemy też moją książkę i jego rolki.

A na deser słodki bobas:

i pikantna dykteryjka:

Po powrocie do domu przyszła do mnie teściowa i powiedziała:
-mam coś dla was - durex'y - mówiłaś, że się skończyły! 
Zdębiałam, zaczęłam się zastanawiać czy mam się cieszyć czy obrażać, przebiegłam myślami pierwsze, drugie i trzecie dno tej szczodrej oferty. 
A wtedy teściowa wyciągnęła rękę i położyła przede mną baterie duracell AAA, do elektronicznej niani.

sobota, 21 kwietnia 2012

3 miesiące bobasa

Bobas już prawie 3 miesiące przygląda się światu i muszę powiedzieć, że robi to z coraz większym zainteresowaniem.

Rok temu wcale jej nie było.
11 miesięcy temu była ale nikt o tym jeszcze nie wiedział.
8 miesięcy temu zwiedziła z nami Pomorze i Kaszuby.
7 miesięcy temu stękając i sapiąc zaczęłam się toczyć na przymusowe spacery.
4 miesiące temu zaklinałam żeby doczekała do Nowego Roku.
3 miesiące temu o tej porze, po tygodniu pełnym wyzwań, do mojej karty dopięli upragnioną karteczkę - zalecenie indukcji.
2 miesiące 4 tygodnie i 1 dzień temu doczekałam się mojego ukochanego bobasa.

Rok temu nie miałam nadziei. Do dzisiaj nie wierzę własnemu szczęściu. Ale wtedy szczęście upomina się o swoje prawa bo właśnie ma mokro, jest głodne albo samotne i wszystko z powrotem jest na swoim miejscu :).

środa, 18 kwietnia 2012

O maminych przeglądach i kagańcu na uszy

Było trochę stresu ale od wczoraj okres ciążowo - porodowo - połogowy mogę uznać za oficjalnie zakończony. Gin odwiedzony, cytologia zrobiona, zęby przejrzane (o dziwo wzorowo zniosły cało to haftowanie), teraz pozostaje cieszyć się macierzyństwem :).

Ponadto: bobas nadal rośnie i pięknieje z jednym małym wyjątkiem: pasjami uwielbia spać na zawiniętych uszach. Ostatnio pojawiły się tego efekty: uszęta sterczą jej fantazyjnie na boki i z dnia na dzień zaczyna coraz bardziej przypomina Plastusia. Jeszcze 2 tygodnie temu wyglądało to uroczo ale co za dużo to nie zdrowo, więc postanowiłam wkroczyć.
Jako maluch też układałam się na jednym uchu a potem jako paroletnie dziecko ponosiłam tego konsekwencje. Do dziś pamiętam dzień kiedy dzieci na podwórku szczególnie nie dawały żyć. Wróciłam do domu zapłakana i zreferowałam sprawę mamie. "Oni biegli za mną wołali Jaruzelski, Jaruzelski", chlipałam (tak naprawdę wołali Urban, Urban ale kto by się w tym wieku połapał). Ciotka, obecna przy rozmowie stłumiła nagły atak kaszlu i wypaliła: "oj, chyba cię do kogo innego porównywali". Mama spiorunowała ją wzrokiem a ja pierwszy raz zrozumiałam, że coś chyba jest na rzeczy. Z biegiem czasu dzieci niestety nie zrobiły się łaskawsze.
Uzbierać na korekcję udało mi się dopiero po dwudziestce. Ulga kiedy po miesięcznym chodzeniu non stop w obcisłej opasce mogłam zrobić sobie bez stresu fryzurę o jakiej zawsze marzyłam - koński ogon, była nie do opisania. Nie żałowałam bólu, ani pieniędzy, ani nawet tego, że do końca życia będę miała ucho przyszyte do głowy.
Bardzo chciałabym oszczędzić tego bobasowi. Wiem, że zaraz pojawią się głosy, że to uwarunkowane genetycznie (podobnie jak na przykład broda do pasa i krzywe zęby) i, że trzeba akceptować bobasa takiego jakim jest. Co do drugiego: ja akceptuję, moja mama też akceptowała ale w szkole nie pomogło. Co do pierwszego zaś jestem genetykiem i wiem, że konsystencja tkanki (nazwijmy to skłonnością) jest uwarunkowana ale nie odstawanie. Nie ma innego genu struktury na lewe ucho a innego na prawe, więc jeśli byłaby to wyłącznie robota genów, uszy odstawałyby symetrycznie. Poza tym środowisko modyfikuje działanie genów i nie takie cechy można bezoperacyjnie korygować (np. zeza, wspomniane już zęby, płaskostopie). Niewiele badań na ten temat prowadzono ale wyniki mówią same za siebie.
Wychodząc z założenia "pomoże, nie pomoże nich ci służy nieboże" udałam się dzisiaj do pasmanterii, gdzie zaskoczyłam sprzedawczynie testując wszystkie gumy pod kątem nieuciskania. Ostatecznie zdecydowałam się na cieniutką koronkę elastyczną (do tego tematycznie związaną, bo w misie) i właśnie przystępuję do szycia z niej kagańca na uszy. Zobaczymy co bobas powie o matczynym pomyśle bo pozostawiam jej prawo veta :). W najgorszym razie pozostanie słodkim mamusinym Plastusiem.
Plastuś stąd

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Duży bobas i łysawa matka

Dzisiaj byliśmy z bobasem i Dumnym Ojcem (w charakterze obstawy) na szczepieniu. Bobas nam urósł, głównie wszerz. Waży już 4850g i ma 59cm długości chociaż chyba słabo tam bobasy "rozciągają", bo na poprzedniej wizycie bobas, liczący sobie miesiąc i dwa tygodnie miał rzekomo 55cm, czyli tyle co przy urodzeniu.  Dostała 3 zastrzyki i doustnie pierwszą dawkę rota. Dzielna była. Pani doktor miała zastrzeżenia do bobasowego podnoszenia główki i do domu wróciliśmy ze skierowaniem do neurologa.

Ale bobas cudny jest i słodki jak cukierek. I (tfu, tfu, odpukać) grzeczny jak aniołek. Chociaż wczoraj aureolka zaczęła trochę cisnąć ;). Był moment, że chciałam bobasa zapakować w pieluszkę i oddać bocianowi, żeby zabrał skąd przyniósł. 

Z innych nowości chyba powinnam zacząć odkładać na tupecik. Włosy wychodzą mi garściami, normalnie strach się do nich dotknąć. Mam nadzieję, że się niebawem opamiętają, bo zamiast bobasa podobnego do matki dostaniemy matkę podobną do bobasa. Dobrze, że na razie tylko z fryzury, bo kiedy zacznę nabierać takich wałeczków na udach, wpadnę w niezłą panikę ;).

piątek, 13 kwietnia 2012

Tak to bywa



kadr z filmu „Zakazany raj” stąd

Naturalnie czyli jak?

"Tak jest dla dziecka najlepiej, bo to jest naturalne". Chyba każda mama wcześniej czy później zetknie się z tym argumentem. "Bo wszystkie zwierzęta to czy tamto". Zastanawiałam się nad tym ostatnio i doszłam do wniosku, że chyba nie rozumiem. Wielu rzeczy (jeśli nie większości), które są naturalne u innych gatunków wcale nie chciałabym lub/i nie potrafiła wdrażać w mojej rodzinie.
Bo naturalny czyli jaki?
Naturalny jak to, że u koników morskich samce chodzą (pływają) w ciąży? Nęcące :).
Jak to, że śledzie porozumiewają się puszczając bąki? Dumny Ojciec też czasami próbuje ale nie spotyka się to ze specjalnym uznaniem ;).

Żeby nie sprowadzać sprawy do totalnego absurdu zostańmy lepiej przy ssakach. Tu też sprawa nie jest oczywista.Dla jednych naturalne jest latanie, dla innych pływanie, a jeszcze inne składają jaja.
Przeważnie pozostają z młodymi w jednym legowisku (całkiem fajnie) bo więcej legowisk nie mają (gorzej, chociaż zupełnie jak my teraz) a w sytuacji zagrożenia niektóre gatunki owe młode zjadają (raczej słabo).
Albo noszą młode w torbie (super, hiper) zawierającej 4 sutki (yyyy...). Młode są paro milimetrowe (wygoda, poród bez nacięcia ;)) a wszystko dlatego, że rodzą po około miesięcznej ciąży. Samica może być ponownie zapłodniona nawet w drugiej dobie po porodzie (niechętnie ;)) ale kolejne młode nie urodzi się dopóki torba jest zajęta (bardzo praktyczne).
Wiele gatunków po porodzie zjada łożysko. Jest to bogate źródło minerałów i dawka kalorii dla nadwątlonego organizmu.
U zwierzaków hierarchicznych  ciężarne samice lądują prawie na samym dole piramidy i jedzą to co zostało po innych (to by z całą pewnością nie przeszło ;)).
Czyli u innych ssaków ogólnie podobnie jak u mnie, ale jednak trochę inaczej. I sam fakt, że coś dobrze im służy, raczej mnie do niczego nie przekona.

Na koniec napiszę jeszcze, że jestem wielką fanką chust, BLW (na razie teoretycznie), wielorazowego pieluchowania i innych staro-nowych trendów w opiece nad bobasem. Są zgodne z moją intuicją, ich skuteczność poparto wynikami badań  i bardzo podoba mi się ich idea, mam tylko lekką alergię na "naturalną" argumentację.

środa, 11 kwietnia 2012

Testujemy pieluszki - kieszonki w wersji ekonomicznej

Bobas już jakiś czas temu wyrósł ze swoich pierwszych wielorazówek. Były to otulacze Bambino Mio i Imse Vimse w rozmiarze NB w które pakowaliśmy ręczniczki z Ikei a potem wkłady mikrofibrowe. Dopóki bobas mniej siusiał sprawdzały się bardzo dobrze ale potem przyszła pora na zmiany. Zamiast kupować większe otulacze postanowiliśmy zainwestować w kieszonki.
Pieluszki markowe jak AppleCheeks, Happy Flute czy Charlie Banana, z powodu ich wysokiej ceny, darowaliśmy sobie już na wstępie. Postanowiliśmy zaryzykować i wypróbować ich tańsze wersje (wszystkie kupione na allegro). Testujemy je namiętnie od miesiąca i chyba mogę się pokusić o opisanie wrażeń.

Dlaczego kieszonki?
Bo można je wcześniej "nadziać" i w obsłudze nie różnią się bardzo od jednorazówek.
Bo warstwa polarku izoluje od mokrego wkładu i bobasowa pupa się nie odparza.
Bo można włożyć do nich tyle wkładów i takiego rodzaju jakiego się aktualnie potrzebuje.
Bo rozłożone na wkład i kieszonkę dosyć szybko schną (chociaż nie tak szybko jak otulacze).

Ile sztuk kupić?
Trzeba wypróbować. My kupiliśmy 12 sztuk. Niezbyt optymalnie bo nasz bobas w ciągu dnia (w nocy nadal stosujemy jednorazówki) zużywa zazwyczaj 7-9, czyli prać i tak trzeba codziennie. Zastanawiamy się nad rozbudową zasobów, żeby zmniejszyć liczbę prań.

Jak piorę?
Wkład osobno, kieszonkę osobno. Może wyjdę na brudasa ale piorę razem z innymi rzeczami bobasa żeby lepiej wypełnić pralkę. Zaczęłam tak robić kiedy bobas zmienił cykl kupkania na 2-3 dniowy - obfity (żadna pieluszka z pampersami włącznie nie podołała) i oprócz pieluch prałam głównie zafajdane ubranka i kocyki.
Odbywa się to następująco:
jeśli jest kupa papierek wyrzucam, pieluszkę "rozbrajam", zapieram szarym mydłem i moczę. Jeśli tylko siuśki "rozbrajam" i zostawiam do popołudnia, kiedy robię pranie. Przed praniem płuczę pieluszki i wrzucam do pralki na pranie wstępne. Potem dokładam niezafajdane rzeczy bobasa i puszczam pranie zasadnicze.

Kupiliśmy pieluszki następujących firm:
  • EcoBambino
  • EcoBobolider
  • Lulajbaby
  • mamy też 2 sztuki Papoose
wszystkie z regulacją wielkości.

Najlepiej sprawują się EcoBambino które mają dodatkowe napki pozwalające niezależnie dopasować pieluszkę na brzuszku i przy nóżkach. Są to jednak pieluszki dla ponad czterokilogramowych bobasów. Mniejszym też nic nie powinno wypływać ale może powstać efekt "dużej pupy". 
Zaraz po nich plasują się Lulajbaby. Zarówno jedne jak i drugie mają miły, gładki i suchy w dotyku polar po wewnętrznej stronie.
Kolejne miejsce w tym subiektywnym mini rankingu przypada Papoose z dosyć sztywnym panelem z rzepa na brzuszku.
Zdecydowanie najsłabiej sprawdzają się pieluszki EcoBobolider. Od zewnętrznej części pieluszki odlazł PUL, który jeszcze jest w całości ale obawiam się, że jego dni są policzone bo jest bardzo cieniutki i skleja się sam ze sobą. Polarek za to zdążył się już zmechacić.

Jeżeli idzie o działanie to wszystkie wymienione, o ile się je dobrze założy, zapewniają ochronę porównywalną z jednorazówkami, natomiast ich wielką przewagą jest to, że bobas wie kiedy ma mokro, jest od razu przewijany i nie ma śladu odparzeń które w jednorazówkach owszem, zdarzały się. No i kwestia ekonomiczna: w takim wariancie jaki wybraliśmy pieluszki już się prawie zamortyzowały, a mamy zamiar nadal ich używać bo to fajna sprawa :).

wtorek, 10 kwietnia 2012

Małe jaja, ale jaja

Odkąd bobas dostał skazy po moim talerzu hula wiatr a zerkanie do lodówki przynosi więcej frustracji niż frajdy. Strony internetowe wymieniają długie listy produktów, których jeść nie należy, ale żeby dla odmiany zaproponować co można zjeść bez obaw brakuje chętnych.
Ostatnio, trochę przypadkiem, wpadłam na rarytas alergizujący mniej niż jajka kurze: jaja przepiórcze. Mój bobas zaaprobował :). Co prawda delikatesowa cena wydatnie utrudnia ich codzienne stosowanie ale (tu wkracza zasadniczy powód powstania tego posta) jest nadzieja dla Warszawianek mających maluchy ze skazą: zwierzętarnia SGGW prowadzi sprzedaż jajek w niewygórowanej cenie (10gr za sztukę)! Od zdrowych, nie karmionych niczym podejrzanym ptaków. Na podlinkowanej stronie jest telefon (ten na samym dole), pod którym można się dowiedzieć co i jak, tylko trzeba dzwonić do skutku bo nie zawsze ktoś jest na miejscu. Zwierzętarnia to ten fioletowy budynek.


Drugim odkryciem ostatniego tygodnia jest kozi nabiał. Smak dla konesera, jestem na dosyć trudnym etapie adaptacyjnym, cena zawrotna i tu niestety żadnej "mety" nie opracowałam, jeśli znacie jakieś miejsca gdzie można się taniej zaopatrzyć w kozie specjały, dajcie cynk :).

czwartek, 5 kwietnia 2012

Przeziębiona wyrodna matka i ludzka szefowa

Siedzimy sobie z bobasem ze świeczkami pod nosem i marudzimy każda po swojemu. Przeziębiłyśmy się podczas wczorajszej wizyty w pracy na jaju. Na szczęście oprócz podłego mikroba przyniosłyśmy same dobre wiadomości a było tak:
według pierwotnego planu miałam jak najszybciej wrócić do pracy, na początek na 2-3x w tygodniu po parę godzin i coś tam dłubać w domu. Bobas miał spędzać ten czas z babcią - teściową, która planowała przejść na emeryturę. W związku z tym, że wyznaję zasadę "babcia też człowiek" nie wpychałam jej bobasa na siłę. Sama chciała. Ale jej się odechciało. Z przejścia na emeryturę nieoczekiwanie zrobiła się praca na pół etatu, potem na cały a ostatnio etat plus dyżury. Tym samym wyjaśniła się kwestia mojego powrotu do pracy. Pozostały tylko dwie sprawy: jak odłożymy cokolwiek na nasz domek (o tym przy okazji) i jak poinformować szefową.
Trzęsłam portkami od dłuższego czasu, tym bardziej, że koleżanki z pracy podpowiadały rozmaite sposoby typu:
-"powiedz, że bobas bardzo się boi kiedy ktoś głośno krzyczy"
-"zasłoń się wózkiem"
-"koniecznie nas uprzedź kiedy idziesz to weźmiemy urlop na żądanie".
Ale okazało się, że szefowa ma serce. Pogratulowała i pogugała do bobasa. Rozumie, że nie mogę oddać takiego okruszka do żłobka a nawet gdybym mogła to i tak bym nie oddała. Kamień z serca.
Oczywiście nie wszyscy współpracownicy byli jednakowo zachwyceni ale mniej się tym martwię niż przypuszczałam.

A dwa dni temu byłam na zakupach w supermarkecie. Pierwszy raz bez bobasa. Całe 2 godziny. Mówili, że wrócę po godzinie, że matki tak mają, że biologia, że nie wytrzymam. Ale dałam radę. Stęskniłam się i cieszyłam się, że wracam, ale i tak czuję się jak wyrodna matka. Podejrzanie łatwo mi to przyszło. I wstyd się przyznać myślałam o mące, cukrze i ziemniakach, o bobasie niewiele.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Dosyć samotna matka

Siedzimy sobie z bobasem w domu. Nie do końca same, bo jest jeszcze teść, ale to niewielka pociecha. Dumny Ojciec pracuje, normalnie, jak człowiek, po 8 godzin dziennie, tyle, że o dziwnych porach. Czasem idzie do pracy na 7, 8 lub 9 ale zazwyczaj na 14. Wychodzi wtedy o 13 a wraca o 23. "Weekendy" ma przeważnie nie w weekend i raczej nie są to 2 dni pod rząd. Kiedy weekend trafi mniej więcej we właściwe miejsce w tygodniu znaczy to, że Dumny Ojciec ma zjazd. A po szkole musi się jeszcze czasem wybrać do pracy.
Siedzimy tu z bobasem i Kotuszką, kwitniemy i czekamy.

Na szczęście bobas dostarcza coraz więcej wrażeń. Wczoraj zaczął łączyć i chwytać łapki. Uśmiecha się, grucha, pluje, pedałuje nożynami i trze zęby. Tylko łeteptynki zupełnie nie podnosi - położony na brzuchu leży płasko jak naleśnik.