sobota, 31 marca 2012

Krótko i na temat

Teściowa właśnie obdarowała mnie puszką mleka dla bobasa.
Chociaż pytała mnie o to wcześniej kilka razy i za każdym konsekwentnie odmawiałam.
Nic nie powiedziałam (miny chyba nie udało mi się do końca powstrzymać). Teraz oddycham i liczę do tysiąca, żeby czegoś nie chlapnąć a ona jest obrażona, że nie doceniłam. Nosz...!

Bobas tymczasem przeskoczył prymitywizm, piktorializm i parę innych i od razu przeszedł do awangardy. I to nie byle jakiej! Podążając za śmiałą myślą Lennie Lee, Hermanna Nitschego oraz Gilberta i Georga wykonał na lustrze (przewijaku, podłodze, łóżeczku i rodzicielce) następujące dzieło:
Matczyna duma mnie rozpiera, tylko trochę się boję co będzie, kiedy osiągnie pełną maestrię ;).

czwartek, 29 marca 2012

O ortopedzie i chustonoszeniu

Dzisiaj byłyśmy z bobasem na kontroli bioderek. Jest poprawa! Nie ma szyny! Rehabilitujemy dalej. Kolejne usg za 6 tygodni. Ze stopką nie jest lepiej ale też nie jest gorzej i podobno jeszcze ma czas się wyrównać.

Postanowiłam wykorzystać fakt, że nasz ortopeda jest pracownikiem Uniwersytetu Medycznego, specjalistą od bobasowych bioderek, stóp i ma raczej nowoczesne poglądy i zapytać go o noszenie w chuście. Chciałam potwierdzić wszystkie te optymistyczne opinie ze stron i forów chustowych ale nie w pełni mi się to udało. Lekarz powiedział, że chustowanie w pozycji na żabkę jest dobrym i bezpiecznym rozwiązaniem dla bobasów, które potrafią siadać przytrzymując się za palce. Młodszych jego zdaniem nie należy nosić w tej pozycji. Jeżeli maluch nie ma dysplazji można go bez obawy nosić wiążąc kołyskę albo w chuście kółkowej, jeśli ma dysplazję można go wkładać na krótko, przenosić z miejsca na miejsce, ale z noszeniem lepiej się wstrzymać dopóki nie zacznie siadać.

A mój teść 3 dni temu (w poniedziałek rano) spalił kurczaka. Wietrzył go od tego czasu na balkonie, aż dzisiaj uznał, że smród jest znośny i zabiera się za drugą rundę. Na razie wniósł go do kuchni.  Zaczynam rozważać kolejny długi spacer.

piątek, 23 marca 2012

Oddam w dobre ręce

Dzięki blogowej koleżance Magdzie weszłam w posiadanie cukrzycowych gadżetów z których bardzo się cieszę i jednego z którego nie skorzystam. Chodzi mianowicie o jednorazowe lancety do nakłuwacza. Bardzo chętnie przekażę je dalej. Jeżeli potrzebujesz lancetów daj znać, mogę je przekazać w Warszawie albo wysłać.

O spódnicy na szyi i trwodze na balkonie

Dzisiaj bobas kończy 2 miesiące. Z tej okazji wzięło nas na wspominki. Rozmawialiśmy o zabawach, modach, teleturniejach a na koniec przypominaliśmy sobie hity naszego dzieciństwa: inspirujące prozdrowotnie piosenki fasolek o ogórku, mydle, szczotce do zębów i witaminkach, radosne tiktakowe i ciuchciowe. Przebiegliśmy szybko przez cały repertuar i zatrzymaliśmy się przy molach książkowych, które skłoniły nas do pewnych przemyśleń:

Dumny Ojciec: pamiętasz jak te mole książkowe wyglądały?
ja: jasne! miały szerokie, błyszczące, spódnice naciągnięte na szyje, turbany w stylu haute couture z doczepionymi trąbkami i biegały w kółko w rajstopach.
Dumny Ojciec: to były czasy!
ja: a za jakieś 20-25-30 lat Gabrysia będzie tak wspominała ze swoim mężem (albo żoną?).
Dumny Ojciec: pewnie Justina Bibera albo inną gwiazdkę
ja: co to będą za wspomnienia, on nawet nie nosi spódnicy na szyi. Nudy na pudy!
Dumny Ojciec: mówisz tak bo nie widziałaś jego teledysków, też się potrafi nieźle ubrać ;)

Aktualnie promieniejemy szczęściem, może poza bobasem, który dalej ząbkuje, ponieważ teściowie wyjechali na tydzień i mamy wolną chatę. Cisza, spokój i zdecydowanie mniej emocji.
Przed ich wyjazdem, mniej więcej tydzień temu, korzystając z pierwszych ciepłych dni werandowałyśmy z bobasem na balkonie. Zaniosłam bobasa i poszłam do pokoju po dodatkowy kocyk. W tym momencie usłyszałam rozdzierający krzyk teściowej: "Matko Boska święta! Jezu Chryste!". 
Przeważnie odwołuje się do jednej siły wyższej na raz więc przeraziłam się nie na żarty. Serce mi stanęło. Pobiegłam w te pędy i pytam co się stało. A teściowa na to:
"jest 18 stopni!".
Wieczorem opowiedziałam o zajściu Dumnemu Ojcu, który przytomnie skomentował: "Bardzo słusznie! Osiemnaście stopni może zabić w 3 minuty!"

wtorek, 20 marca 2012

Jak dziewczynka - to lipa

Wczoraj, korzystając z pięknej pogody, postanowiliśmy wcielić w życie zieleninowy plan pamiątkowy, czyli zasadzić bobasowi drzewo. Wybraliśmy się do wielkiej szkółki w Otrębusach i stojąc przed, ciągnącym się prawie po horyzont, szpalerem drzewek, weryfikowaliśmy nasz pierwotny zamysł. Chcieliśmy tradycyjnie: jeśli chłopiec - dąb, a jeśli dziewczynka - to (chociaż brzmi to średnio) lipa. Na miejscu zobaczyliśmy piękne odmiany kasztanowców i jarzębów, klony, wiązy, brzozy, słowem klęska urodzaju. Łaziliśmy tam i z powrotem, myśleliśmy i znowu łaziliśmy. Ostatecznie stwierdziliśmy, że nie potrafimy podjąć decyzji, więc niech tradycji stanie się zadość.
Okazało się jednak, że lipy mają szczepione na pniu na kulkę, amerykańskie, srebrzyste, krymskie, karłowe i ogólnie rozmaite. Nie bardzo to pasowało do naszego eko podejścia. Lipa miał być zasadzona w cennym przyrodniczo miejscu i nie chcieliśmy, żeby nam się takie wynalazki obsiewały po okolicy. Zapytaliśmy o rodzime gatunki. "To może wiedzieć tylko pani Basia" zawyrokował właściciel "ale po co państwu taka brzydka lipa"? Wyciągnął panią Basię z przerwy kawowej, pani Basia wciągnęła kalosze i przez największe błota przedarła się na sam koniec szkółki. Tam znalazła, szykowaną na podkładkę do szczepienia, zwykłą, najzwyklejszą lipę drobnolisną, którą nabyliśmy, posadziliśmy i jest. Bobas ma swoje drzewo :).

Przy okazji słów kilkoro o tym do kogo bobas jest podobny i dlaczego:

teściowa: rzęsy ma po Ojcu bo on ma bardzo ładne, a ty?
ja: ja mam takie zwykłe
teściowa popatrzyła: no tak, a mała ma ładne, to po Ojcu
ja: brwi też po Ojcu, a szkoda
teściowa : dlaczego?!
ja: bo on ma 1 brew*
teściowa : no właśnie, bardzo ładną
ja: ale dziewczynce wygodniej mieć dwie
teściowa : jak to 2?!
ja: no dwie
teściowa : to ty masz dwie?
ja: mam 2, jak widać.
teściowa : o, i one tak ci same rosną?
ja: tak
teściowa : ale po Ojcu też bardzo ładnie!

*monobrew taką od ucha do ucha, jak dwie, tłuste, całujące się gąsiennice :)



sobota, 17 marca 2012

Bobas gaworzy

Bobas zaczyna porozumiewać się paszczowo. Różnicuje gulgoty na radosne, ponure i wściekłe. Dziś zaliczyliśmy pierwsze a-gu. Niby nic a tyle radości :).
Ciekawe jakie będą pierwsze prawdziwe słowa bobasa.

Ja i moja siostra podeszłyśmy do sprawy praktycznie. Ja powiedziałam: dziękuję już najadłam a co powiedziała moja siostra wiem, ale nie napiszę, boby mnie musiała zamordować ; ).

Synowie kolegi uderzyli w wyższe tony. Jeden powiedział: niebo jest piękne, a drugi: zapadł zmrok.

Co powiedział Dumny Ojciec, nikt już nie pamięta, a szkoda. Kiedy bobas przemówi, zapamiętam, zapiszę w zeszycie, wyryję złotymi zgłoskami w internecie. Niech wie co mu za młodu w duszy grało.

czwartek, 15 marca 2012

Kto się wymądrza, ten się wygłupia

powiedział, bardzo słusznie, Stanisław Jerzy Lec. A ja zawsze przypominam sobie o tym odrobinę za późno. Tak w sam raz żeby zagadać na śmierć i elokwentnawymi komentarzami wprowadzić rozmówcę w zakłopotanie, a potem czuć się głupio z tego powodu. Zawsze tak było, ale teraz, kiedy siedzę w domu z bobasem, i nie mam do kogo paszczy otworzyć, jeszcze mi się pogorszyło. I to jak! Widzę ofiarę, otwieram usta i sama nie wiem kiedy wpadam w trajkot. Taki ze mnie ekspert w każdej dziedzinie. Chlapię i chlapię bez sensu, rozmówca ucieka wzrokiem, dyskretnie ziewa, a ja niezmieszana, kontynuuję aż zachrypnę/zrobi się wieczór/bobas się rozpłacze. Chyba muszę częściej wychodzić do ludzi, żeby zarzucać ich jednorazowo mniejszą dawką paplaniny bo w końcu zrobię się na tyle uciążliwa, że urok osobisty tego nie zrównoważy. 

Wszystkich, którzy otrzymali ode mnie subletalną dawkę  rewelacji bardzo proszę o wyrozumiałość. Będę z tym walczyć, słowo.

wtorek, 13 marca 2012

"Ja się nie wpieprzam ale..."

Ten post poruszył we mnie pokłady wścieku, których rozmiaru nawet nie podejrzewałam. Nie na autorkę rzecz jasna, tylko na realia w których przyszło nam, na skutek paru nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, egzystować. Mowa konkretnie o mieszkaniu z teściami. 

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że widzę i doceniam, że się starają, rozumiem też, że byłoby im lepiej, swobodniej i luźniej bez nas. Jednak niezależnie od pokładów dobrych chęci po obu stronach taki układ jest niefizjologiczny i mówiąc krótko się nie sprawdza. A im dłużej się w nim tkwi, tym drobniejsze sprawy mogą się zakończyć rozlewem krwi.

Przez pierwszy miesiąc tekst "ja się nie wpieprzam ale..." wydawał mi się nawet dość uroczy. Niestety szybko przyszło otrzeźwienie i niezachwiana pewność, że zaraz po nim (i raczej nie raz) padnie dobra rada, z której w miarę możliwości nie skorzystam albo komentarz po którym nie wypada się skrzywić. Bo "ja się nie wpieprzam ale...":
  • twoje mleko jest chyba niskokaloryczne (bobas w pierwszym miesiącu życia przybrał kilogram)
  • ona to tylko tak wisi na piersi i nie ja (bobas rzuca się na cyc jak dzikie zwierzątko, wtula w takim tempie, że czasem nie nadąża z połykaniem, a po 10 minutach wypluwa cyc i przechodzi do zabawy albo spania)
  • trzeba by ją dokarmić modyfikowanym, 
  • powinniśmy mieć chociaż jedną puszkę w domu bo przecież możesz stracić pokarm (dodam, że nie mieszkamy w sercu puszczy tylko w centrum miasta a aptekę mamy po przeciwnej stronie ulicy)
  • ona w kółko płacze (płacze jak ma kolkę, nawet kilka godzin, kiedy nic jej nie boli jest bardzo pogodnym dzieckiem)
  • czemu nie dasz jej smoczka (daję smoczka ale nie po to żeby bobasa zakorkować za każdym razem kiedy wyda z siebie jakiś dźwięk. Trafia mnie kiedy widzę, że bobas próbuje smoka wypluć a teściówka wpycha go do buzi i mówi: "no no, twoja mama mi pozwoliła")
Oczywiście nie jest tak prosto, że dobre rady ograniczają się do kwestii bobasowo-wychowawczych, ale ostatnio właśnie te działają na mnie jak roztańczona muleta ;). Jeszcze trochę i z samego wścieku stracę pokarm, wtedy modyfikowane się przyda ;).

A teść właśnie zeżarł mój obiad: bezmleczno-lekkostrawno-bezprzyprawowo-cukrzycowy bo przecież mógł zjeść cokolwiek. 
Zresztą co ja mam lepszego do roboty oprócz ponownego gotowania. 
Teść jest za to bardzo zajętym człowiekiem: przecież bąki się same nie puszczą ;).

środa, 7 marca 2012

Ewenement we własnej osobie

Powinnyśmy mieć bobasem jeszcze przynajmniej z pół roku spokoju od takich rewelacji. Tak by podpowiadała logika i doświadczenie innych mam. Ale u nas wszystko idzie innym rytmem. Tym razem padło na zęby. U miesięcznego malucha? Ano, wszystko na to wskazuje.

Już po powrocie ze szpitala dało się coś w bobasowej paszczęce zauważyć. Małe białe kropeczki na dole. Może osad z mleka pomyślałam i zapomniałam o sprawie. Ale ostatnio bobas zaczął się straszliwie ślinić i pchać łapki do buzi a przy bliższych oględzinach okazało się, że "osad z mleka" opuchł, zaczerwienił się a plamki zdecydowanie się powiększyły.

Postanowiłam wyjaśnić wątpliwości przy okazji wizyty u pediatry. Odpytałam panią doktor o różne bobasowe sprawy a na koniec zadałam dręczące mnie pytanie:
- Czy to możliwe, żeby Małej rosły zęby?
- To byłby jakiś ewenement! Ale zobaczmy!
Pogrzebała szpatułką, popukała i mruczy pod nosem:
- To byłby jakiś ewenement!
Wróciła do biurka.
- Czy to mogą być zęby? - zagaiłam
- Na górze zębów nie ma. (dziękuję, tyle widzę, pomyślałam sobie)
- A na dole?
- To by było bardzo dziwne.
- Ale są czy nie ma?
- Taki byłby z ciebie ewenement? - zagadnęła bobasa i nic więcej z niej nie wydusiłam.

Kiedy zaczynałam posta taki właśnie był mój stan wiedzy, ale w międzyczasie bobas postanowił się do tych rewelacji ustosunkować:
płakał, przewinęłam, płakał, nakarmiłam, płakał i pchał łapki do buzi, zajrzałam "osad z mleka" podrósł, wsadziłam palucha, był twardy, wzięłam łyżeczkę i "wypukałam". Jeden guzek jest na wierzchu.

niedziela, 4 marca 2012

Normalnie - zawał serca!

Nie dosłownie, ale mało brakowało.
Wczoraj Dumny Ojciec kąpał bobasa. Rozebrał, zanurzył, myje i krzyczy żebym przyszła. Pobiegłam w te pędy spodziewając się tragedii typu: "zapomniałem mydła (ręcznika/czapeczki/pieluszki)". Zamiast tego Dumny Ojciec pokazał mi bobasową łapkę, na której pojawiła się wielka paskudna krosta: czerwona, opuchnięta, podbiegnięta ropą, wystająca z bobasa na dobre pół centymetra.
Normalnie - zawał serca!
A właściwie prawidłowa reakcja na szczepionkę przeciw gruźlicy podaną bobasowi jeszcze w szpitalu (6 tygodni temu). Tak miało być. Wszystko zgodnie z planem. Teraz ropień ma pęknąć i kilka dni się sączyć. To ja się pytam: czemu nikt mi nic na ten temat nie powiedział? Gdybym wiedziała zawału by nie było, a tak google znowu musiały udzielać mi pierwszej pomocy!

Z pozostałych niusów: bobas ma dysplazję stopnia drugiego obydwu stawów biodrowych. Ćwiczymy żabki i czekamy co będzie.