sobota, 7 stycznia 2012

Szkoła rodzenia

To jest dawno zaległa notatka, którą obiecałam sobie napisać, kiedy bezskutecznie próbowałam znaleźć w internecie informacje na ten temat.

Mieliśmy z Przyszłym Ojcem pewne wątpliwości czy jest to nam w ogóle potrzebne, jednak ostatecznie zdecydowaliśmy, że do szkoły rodzenia pójdziemy, bo przecież nie zaszkodzi. Padło na I Katedrę i Klinikę Połoznictwa i Ginekologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego  czyli mówiąc po ludzku szkołę w szpitalu na Starynkiewicza. Głównymi kryteriami wyboru była lokalizacja i nasza wcześniejsza decyzja o rodzeniu w tym szpitalu.

Zajęcia odbywały się we wtorki i czwartki a kurs składał się z 12 dwugodzinnych bloków: zajęcia teoretyczne + godzina ćwiczeń (potrzebny jest kwitek od lekarza prowadzącego). Tematy zajęć teoretycznych częściowo się ze sobą przeplatały (a częściowo mi się pokręciło/ zapomniało) ale dotyczyły  następujących kwestii:
  • poród (z położnikiem)
  • połóg
  • okres noworodkowy (z pediatrą)
  • pielęgnacja noworodka
  • kąpiel
  • zajęcia z psychologiem
  • karmienie piersią (z położną laktacyjną)
  • regulacje prawne: macierzyński, tacierzyński itd.
  • krew pępowinowa
 Pierwsze wrażenia były raczej niekorzystne: kursantki i ich partnerzy zostali zaproszeni do biblioteki gdzie, dla celów dokumentacji, musieli poinformować położną (a także siłą rzeczy pozostałych zgromadzonych) o tym ile mają lat (również panowie), czy noszą wspólne nazwisko, która to ich ciąża i który poród. Sama biblioteka, w której odbywały się te i późniejsze zajęcia teoretyczne jest pomieszczeniem niewielkim, raczej dusznym i bardzo mocno ogrzewanym. Wszystko to razem sprawiło, że po pierwszych zajęciach miałam szczery zamiar nie pokazać się tam nigdy więcej, jednak ugłaskana przez Przyszłego Ojca i przekupiona kawą zbożową z mlekiem sojowym, dałam szkole jeszcze jedną szansę i generalnie nie żałuję.

 Ćwiczenia były dobrą okazją do poruszania się. Dały też pewne wyobrażenie jakiego rodzaju (oprócz bólu, co do którego nie mam złudzeń) wysiłkiem fizycznym jest poród i skłoniły mnie do regularnej gimnastyki w domu, co mam nadzieję, chociaż trochę mi ułatwi i oszczędzi przykrego zaskoczenia własną kondycją w sytuacji bez odwrotu ;).

Mój odbiór zajęć teoretycznych zależał głównie od prowadzącego i jego podejścia. Bardzo sympatycznie wspominam zajęcia dotyczące porodu (rzeczowo bez epatowania podrobami, bez słodzenia, ciekawe informacje i anegdoty) i opieki nad maluszkiem ("kąpiel" i "opieka" prowadzone przez przemiłe panie położne, dające bardzo wiele cennych rad). Niewątpliwie przydatne były też zajęcia o karmieniu piersią. Zdecydowanie najgorzej wypadły zajęcia z psychologiem (regularne straszenie czarnym ludem pod postacią impotencji po porodach rodzinnych i wyjątkowo jednostronne potraktowanie tematu - brak informacji o korzyściach, brak obiektywizmu treści i trudna forma przekazu). Nie mówię, że trzeba się niesamowicie ekscytować instytucją porodów rodzinnych ale jeśli decydujemy się na język procentów i wyników badań, sprawiedliwie byłoby uzbroić obydwie strony w argumenty.

Czy szkoła rodzenia okazała się być dobrą inwestycją czasu? Dla nas niewątpliwie tak:
  • można było pytać do oporu o rzeczy ważne, mniej ważne i typowe techniczne pierdoły ratujące życie (typu jakie gatki poporodowe się najlepiej sprawdzą)
  • obejrzeliśmy salę porodową (bardzo ładną i nowoczesną) co wydatnie poprawiło mi humor, bo okazało się, że znacznie mniej niż się spodziewałam, przypomina salę tortur
  • zapoznaliśmy się z personelem, znajoma twarz w takiej sytuacji bardzo pomaga
  • personel miał szansę powiedzieć nam jak się najlepiej zachowywać, żeby sobie wzajemnie nie utrudniać i nie podkręcać emocji
  • dowiedzieliśmy się o rzeczach, o których nie mieliśmy pojęcia, na które jesteśmy teraz lepiej przygotowani i wiemy, że "to normalne" albo "to minie" (typu dziwne deformacje łepetyny bobasa zaraz po porodzie i generalny brak zadowolenia z jego wyglądu ; ))
Czy jestem lepiej przygotowana do porodu? Się okaże ; ). Pewnie niewiele, ale znacznie bardziej oswojona z tematem i spokojniejsza. A Przyszły Ojciec dostał pewne rzeczy podane jasno przez autorytet i przynajmniej nie próbuje mnie już przekonywać, że w zasadzie "chłodna woda zdrowia doda", a  "trudne dzieciństwo kształtuje charakter".


    8 komentarzy:

    1. Ja poszłam na żywioł i nie chodziłam do szkoły rodzenia - wypracowałam obsługę dziecka metodą prób i błędów, a że byłam z góry skazana na cesarkę to nie czułam potrzeby zaznajamiania się z fizjologią porodu.
      Zaglądam od dłuższego czasu i Twoje rysunki niezmiennie mnie zachwycają! Czy Ty to robisz zawodowo? Są piękne.

      OdpowiedzUsuń
    2. My do SR idziemy 19stycznia - nie mogę się doczekać tego jak będzie :D

      OdpowiedzUsuń
    3. @ Agnieszka - bardzo dziękuję :)! Rysuję całkowicie hobbystycznie, bez śladu profesjonalnego szlifu, ale za to sprawia mi to wiele frajdy :).

      OdpowiedzUsuń
    4. To Ty jesteś autorką tych rysunków? WOW! Nie zdawałam sobie sprawy! Utalentowana bestia z Ciebie ;)
      A co do szkoły rodzenia to jesteśmy w trakcie i na pewno nie omieszkam napisać o wrażeniach w swoim blogu.

      OdpowiedzUsuń
    5. @ Jagoda - ano ja :), ten obywatel, który marudzi, że na obrazku wygląda jak dziewczyna to Przyszły Ojciec, a futrzak to moja najukochańsza Kotuszka :).

      OdpowiedzUsuń
    6. Toż widać, że facet :)
      To ja zostaję oficjalną fanką Twoich rysunków - bardzo mi się podobają. Nie mogę się doczekać serii po porodzie - ciekawe jak zobrazujesz posiadanie dziecka...

      OdpowiedzUsuń
    7. Co do rysunków, to na szczęście już jakiś czas temu doznałam olśnienia , że Twoje! ale tym razem totalnie mnie zaskoczyłaś, że to nie Ty na zdjęciu ino Tatuś Bobasa haha :D

      OdpowiedzUsuń
    8. @ Emma - ja mam kręcone włosy (tak na przyszłość ;))

      OdpowiedzUsuń