poniedziałek, 31 grudnia 2012

Noworoczne szaleństwo :)

U nas tradycyjnie - dzieje się. Kto nie wierzy niech zerknie:
Bułka i Dumny Ojciec oddają się lutnictwu. Tutaj właśnie odbywa się ustawianie krzywizny gryfu i akcji strun, wszystkie ręce (i część nóg) na pokład.
Bułka opycha się bułką.
A teść właśnie skończył ubierać choinkę (Gwiazdkę obchodził tradycyjnie ale wcześniej jakoś nie miał motywacji).

Mnie z kolei ostatniej chwili, rzutem na taśmę udało mi się zrealizować 2 przednoworoczne postanowienia:
- nareszcie uszyłam obiecanego mei-tai
- przy udało się przygotować z dawna obiecany Agnieszce, obrazkowy, mejtajowy samouczek zapraszam :).

Wam i nam życzę Nowego Roku pełnego rzeczy dobrych, zaskakujących, wyczekiwanych, tych wielkich i tych malutkich. Najlepszego!

czwartek, 27 grudnia 2012

11 miesięcy, 11 tygodni

23.12 Bułeczka skończyła 11 miesięcy.
Największym odkryciem ostatniego miesiąca jest przytulanie się. Bułka, nawet ogarnięta szałem zabawy, zawsze znajdzie chwilkę żeby przyczworakować albo przyjść (trzymając się pchacza/ konia na biegunach/ kostki do zabawy/ krzesła, "luzem" jeszcze nie chodzi), przytulić się do nogi, wyciągnąć rączki, objąć za szyję albo chociaż położyć głowę na kolanach. Przylepa z niej niesamowita.
A małe łapki ściskające z całej siły moją szyję to jedna z najbardziej fantastycznych rzeczy jakie mnie do tej pory spotkały.
Drugim Bułkowym osiągnięciem jest nakładanie z dużą precyzją i skutecznością kółek na patyk. Mniej emocji się z tym wiąże ale za to można zrobić show dla rodziny ;).

24.12 za to zaczęłyśmy z Kluseczką 11 tydzień ciąży.
Coraz bliżej do upragnionego drugiego trymestru.
Mdłości dały mi żyć. Czuję się bardzo dobrze poza bezsennością i krótkim nerwem ;).
Mimo, że Kluska jest wielkości średnio wyrośniętej morelki, brzucho nie mieści się już w żadne spodnie poza dresami. Jeszcze nie wyciągam ciężarówek, chwilowo ratuję się pasami ciążowymi i bardzo je sobie chwalę.
W ciąży z Bułeczką miałam na tym etapie problem z giga biustem a dokładnej z jego nagłym porostem. Tym razem jest dokładnie odwrotnie: po zamknięciu mlekodajni biust gdzieś się zapodział. Czekam na dostawę nowego ;).
Na razie dołożyłam 10 jednostek bazy.

piątek, 21 grudnia 2012

Trudno być oryginalnym

Pierwszy raz ostrzygłam Bułkę, chociaż nazywanie tej operacji postrzyżynami jest pewnym nadużyciem bo wystarczyło jedno ciachnięcie nożyczkami do paznokci. Obcięłam jej mianowicie starannie uhodowany, długi, cienki kosmyk który wyrósł pośrodku grzywki i przybierał różne nietwarzowe formy typu "pożyczka" na lewe zakole albo kotwica ;). Efekt operacji jest zadowalający: Bułka wygląda teraz jak standardowy łysawy bobas. Teściowej wyraźnie ulżyło.
Ogólnie można powiedzieć, że Mała nie przykłada się do zapuszczania fryzury (co rzuca się w oczy zwłaszcza w zestawieniu z obrośniętymi jak urocze cherubinki maluchami blogowych koleżanek). Podobno ma to po Ojcu, który w jej wieku też raczej nie ukryłby się pośród hippisów. Chyba chwilowo postawiła na porost zębów bo znowu ślini się jak nieboskie stworzenie i grzebie, tym razem w poszukiwaniu czwórek.

A brat cioteczny Dumnego Ojca wraz z żoną podbili stawkę i całe wrażenie jakie na rodzinie Dumnego Ojca miały zrobić wieści o Kluseczce straciło cały ciężar gatunkowy.
Też mają termin na lipiec z tym, że spodziewają się bliźniaków: ich trzeciego i czwartego maluszka :). 

Dumny Ojciec ma wszystkiego czternastkę (chociaż mogłam kogoś pominąć) rodzeństwa ciotecznego, więc ciężko się wstrzelić z czymś oryginalnym. O Bułce też informowaliśmy miesiąc po tym, jak usłyszeliśmy dobre nowiny od jego siostry ciotecznej. 
Plusem takiego stanu rzeczy jest to, że Bułka ma kuzyna starszego od siebie o miesiąc a kolejnego o pół roku (pierwsze giga mdłości dopadły mnie w szpitalu, kiedy Mały oddawał smółkę, dzięki czemu udało mi się obrazić na śmierć nieświadomą Bułki młodą mamę ;)). 
Teraz, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Kluska może mieć kuzynów z tego samego tygodnia.

środa, 19 grudnia 2012

Rybka Mini Mini w teorii i praktyce

Karmienie Bułeczki przy teściu nosi znamiona sportu ekstremalnego, wiedziałam o tym od dawna. Ale wczorajsza sesja przerosła moje najdziksze fantazje. 
Zaczęło się niewinnie:
Bułka w krzesełku kręciła nosem na zupę, zajęta upychaniem sobie do pyszczka bułki i żółtka, jej obecnych żywieniowych hitów. Przyszedł teść. 
- Gabrrylka! Dziadek coś ci pokaże! - zagadnął do Bułki
Zakrzątnął się, pogmerał w lodówce i wyciągnął stamtąd  foliowe zawiniątko. 
Rozwinął torebki ukazując karpia drugiej świeżości, o niezbyt symetrycznej głowie i z "jednym oczkiem bardziej", kapiącego na podłogę jakąś podejrzaną treścią.
Powietrze wypełnił aromat mułu (chociaż niewykluczone, że tylko ja go poczułam, węch mam ostatnio jak rasowy posokowiec).
Mała wyraźnie poczuła się niepewnie, zaczęła migać "koniec" i się krzywić, ale teść, bynajmniej nie zniechęcony, uznał, że jest winny wystraszonej Bułce wyjaśnienia: 
- to jest twoja ulubiona rybka Mini Mini, ta z telewizji! Babunia zje ją na obiadek! - zakrzyknął dziarsko, po czym podetknął Bułce rybie truchło pod sam nos. Tajemnicza ciecz upstrzyła plamkami blat krzesełka wraz z obiadkiem. Bułka po chwili wpatrywania się w karpia jak mysz w grzechotnika ryknęła wielkim głosem i musiałyśmy się szybko ewakuować. 
- Rybka Mini Mini... - usłyszałam między dobiegającymi z kuchni chrupnięciami, mlaśnięciami i innymi odgłosami filetowania. 

Cieszę się z całego serca, że Bułka jest na tyle mała, że po pierwsze nie zrozumiała a po drugie nie zapamięta. Na ten moment wystraszyła się śmierdzącego, ociekającego rybiszona nie wnikając w głębsze warstwy teściowej metafory. 
A ja nauczona tym cennym doświadczeniem będę mogła czekać na niewygodne Bułkowe pytania z gotowymi odpowiedziami.

wtorek, 18 grudnia 2012

Słodko

Jesteśmy z Kluską po kolejnej wizycie. Tym razem bez promocji. Liczyłam po cichu, że dołożą insuliny i po sprawie. A gdzie tam! Insulinę mam zwiększyć, owszem, ale i dietka nadchodzi.
A jaka dietka jest dla ciężarówki najlepsza i najpyszniejsza? Niskowęglowodanowa oczywiście!
Czyli bez ryżu, kaszy, ziemniaków, muesli.
Dostałam dyspensę na makaron razowy (wczorajszy, na zimno, łyżka do posiłku). I na pieczywo razowe (czerstwe, pół kromeczki, tak żeby ketonów nie było). Otręby mogę jeść na legalu, oczywiście w rozsądnych ilościach ;).
Bez owoców.
Bez buraków, marchewki, kukurydzy, dyni, strączkowych i co tam jeszcze było smaczne.
Bez mleka, bo "mleko to woda z cukrem".

Nie nastawiałam się na opychanie słodyczami ale to jest zgroza.
Nadchodzi czas jogurtu naturalnego, chudego twarogu, kotleta i omletów z samych jajek. I warzyw reprezentowanych przez brokuły, ogórki szklarniowe, paprykę po 12 zł za kilogram, pomidory z puszki i pieczarki,
"Bo to zima akurat,
Chwycił mróz i śnieg już spadł."**

Patrzę krytycznie na to co napisałam powyżej i wydaje mi się, że chcąc się pożalić i podkreślić grozę sytuacji niechcący wymieniłam całe dostępne spektrum produktów. A może coś pominęłam? Coś, co zupełnym przypadkiem jest dietetyczne, niskowęglowodanowe i przepyszne? Jakieś pomysły?
Aktualnie daleko mi do optymizmu. Mój stan ducha i brzucha nie sprzyja samodyscyplinie i odchudzaniu. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla należącej się ciężarnej jak psu buda, strucli z serem przegryzanej ogórkiem kwaszonym?


 obrazek stąd

Uprzedzając słowa pociechy, że na diecie cukrzycowej da się żyć, spieszę z wyjaśnieniem:  przy cukrzycy ciążowej "Dzienna racja pokarmowa powinna zawierać 40-50 proc. węglowodanów (ciemne pieczywo, kasze, warzywa, niektóre owoce), 30 proc. białek i 20-30 proc. tłuszczów"*. 40-50% to byłby szczyt marzeń. Wcale nie żartuję.

* Podstawowe zasady diety przy cukrzycy ciężarnych 
** Jan Brzechwa - Kaczki

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Naukowa kumulacja

Muszę sobie w jakimś widocznym miejscu przytwierdzić zdjęcie Dumnego Ojca, tak na wszelki wypadek, żebym się przez pomyłkę nie rzuciła na jakiegoś obcego faceta (na przykład z gradem wyrzutów ;)). Ostatnio zaczynam zapominać jak mój ślubny wygląda. Widujemy się wprawdzie codziennie ale jeśli uzbiera się tego 1,5-2 godziny można mówić o prawdziwym urodzaju. 
Ostatni dzień, który cały spędziliśmy razem, a trzeba zaznaczyć, że nie chodzi mi o patrzenie sobie w oczy i trzymanie się za rączki tylko o przebywanie na tej samej długości i szerokości geograficznej, miał miejsce 11 listopada. 
Ostatni dzień, kiedy mieliśmy wolne i mogliśmy się razem wybrać na spacer, zrobić małe porządki i zakupy przypadł z kolei na 28 października.
W międzyczasie zdarzyło się kilka weekendów ale z każdym było coś nie tak:
17 i 18.11  obydwoje mieliśmy zjazdy
24 i 25.11  tylko ja
1 i 2.12      Dumny Ojciec się kształcił
8 i 9.12      ja się uczyłam a Dumny Ojciec miał jeden z 4 w roku pracujących weekendów
15 i 16.12  Dumny Ojciec w szkole

Na szczęście jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, kiedy Kluseczka się pojawi Dumny Ojciec będzie już wykształcony na wszystkie strony, a mi zostanie tylko jeden semestr, wypełniony głównie pisaniem pracy (po)dyplomowej.
A tym czasem doczekać się nie mogę przyszłego tygodnia. To będzie szalona fiesta rodzinno-wypoczynkowa :)!

wtorek, 11 grudnia 2012

Poradnia cukrzycowa mieści się w tym samym budynku gdzie patologia ciąży. Trafiłam tam pierwszy raz odkąd urodziła się Bułeczka. Obejrzałam te same (dosyć okropne) zdjęcia na ścianach przedstawiające przyszłe mamy i tatów, nowoczesnych i ślicznych w najlepszym stylu lat 90', z tapirem lub żelem na włosach, w ramoneskach, jak pozują na białym tle, oparci o siebie placami, z ugiętym kolankiem, saksofonami, różami i kolorowymi parasolkami. Trafiłam do ulubionego, bo znajdującego się trochę na uboczu, kibelka na haczyk i umyłam ręce płynem dezynfekcyjnym pachnącym jak tylko on potrafi. Posłuchałam wyjącego ktg. Nawet natknęłam się na tę samą choinkę, pod którą chodziłam poczytać zeszłej Gwiazdki, obecnie jeszcze w pudle, gotującą się do kolejnego ataku na dobry gust przyszłego pokolenia ;).

I jakoś tak wszystko wróciło. Tamten niepokój, oczekiwanie, radość, zmęczenie, nadzieja. A potem maleńka Bułka. Taka tycia i pachnąca jak waniliowe ciasteczko.

Zastanawiam się czy tamten czas pozwoli mi oswoić oczekiwanie na to co będzie.
Czy będzie łatwiej? Może podobnie? A może Bułka tęskniąca  za mamą zupełnie przesunie środek ciężkości?

poniedziałek, 10 grudnia 2012

U lekarza, w dzień targowy

Byłyśmy z Kluską w poradni. 
Chociaż od dzisiaj wypadałoby już raczej powiedzieć: "byłyśmy z Kluseczką lub byliśmy z Kluskiem" bo właśnie rozpoczyna się 9 tydzień i moje młode powoli zaczyna się deklarować w tej kwestii. Nic nie widać i nie będzie widać jeszcze przez jakiś czas, ale maszyna ruszyła.

Tak czy owak jesteśmy już z powrotem. Wizyta nie przyniosła wstrząsów i zaskoczeń oprócz jednego: kolejnej wizyty za tydzień. Mam porobić badania, brać co brałam, mierzyć cukry, dietować i się ruszać (co akurat z ochotą zapewnia Bułka, która umie biegać z pchaczem ale nie umie zawracać, więc po każdej prostej trzeba dokonać korekty toru ;)). 
Mam się też przyzwyczaić bo taka częstotliwość wizyt ma się utrzymać do końca trymestru. 

Przy okazji wizyty zaobserwowałam coś fascynującego: cukrzycowociążowy system kastowy, regulujący kto z kim uprzejmie pogwarza, kto komu ustępuje miejsca w toalecie i z kim warto dzielić się refleksjami na temat uciążliwości diety.
Pozycja jednostki zależy w nim od:
  • tygodnia ciąży/ rozmiaru brzucha
  • glikemii na czczo, o co ku mojej szczerej konsternacji, pytają się nawzajem pacjentki przed gabinetem ("Dzień dobry, jak u pani cukier z rana? U mnie to tak 85 ale nawet 100" podłapałam kątem ucha rozmowę)
  • mrożących krew w żyłach historii o glikemii po posiłku ("140? Ja to ostatnio miałam nawet 160!" opowiadała jedna z pań grobowym głosem)
Przecierałam oczy ze zdumienia i cieszyłam się, że mały brzuch już na wstępie wyłączył mnie z tych licytacji, chociaż miałabym czym błysnąć ;).
Ale z radością stwierdzam, że pierwszy trzymestr zdecydowanie mi służy. Zapotrzebowanie spadło :).

sobota, 8 grudnia 2012

Sufganijot

Zimno, ciemno i ponuro. Głowa paruje stekiem świeżo wtłoczonych bzdur, które nie wytrzymam i kiedyś w końcu zacytuję bo cisną mnie okrutnie*. Na szczęście w kuchni rośnie ciasto na sufganijot, więc wieczór zapowiada się dobrze :).

*oczywiście studium podyplomowe, oczywiście mój Ulubiony Pan Profesor

Przepis na sufganijot:
(Uwaga, to jest przepis na jedyną słuszną ilość, czyli pączuchy dla pułku wojska ;).
Można część ciasta włożyć do lodówki i wykorzystać w ciągu tygodnia, opychając się świeżymi pączkami przy każdej okazji.)
  • paczka suchych drożdży
  • 7-8 łyżek cukru
  • szczypta soli
  • 1,5 szklanki mleka w temperaturze pokojowej
  • łyżeczka cynamonu (lub 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej, ale z cynamonem są lepsze ;))
  • 4 żółtka (na bogato ;)) lub 2 jajka
  • pół kostki masła
  • 700-800g mąki do uzyskania odpowiedniej konsystencji ciasta
  • ulubiona dżemolada
  • cukier puder do posypania
  • olej do smażenia

Przygotowanie:
  1. zagnieść ciasto
  2. pozwolić mu wyrosnąć (~godziny w cieple lub przez noc w lodówce)
  3. rozwałkować ciasto na omączonej stolnicy na grubość około 0,5 cm
  4. wyciąć kółka szklanką albo kieliszkiem do wina
  5. przykryć i dać porosnąć jeszcze 15-30 min
  6. smażyć w garnuszku w gorącym oleju po około minutę z każdej strony
  7. wyłowić na ręczniki papierowe
  8. nadziać dżemoladą
  9. posypać cukrem pudrem
  10. wcinać se smakiem ;)
Smakowita, chanukowa wersja pączków :)
Najlepsza przy następującym akompaniamencie:

A tutaj skrótowo o co chodzi w całej imprezie:



czwartek, 6 grudnia 2012

Bułka tupta

Wczoraj wieczorem Bułka stanęła przy swoim pchaczu i przeszła przez cały pokój!
Dzisiaj biega z nim tam i z powrotem i taka jest z siebie zadowolona, że akompaniuje sobie głośnym rechotem. Dochodzi do ściany po czym trzeba ją odwracać, żeby mogła biec w drugą stronę.

Ależ mi dziecko urosło!

Z innych nowin kilka dni temu, kiedy szłyśmy z Bułką na nocną kaszę, zakręciło mi się w głowie i obydwie gruchnęłyśmy. Na szczęście udało mi się upaść tak szczęśliwie, że zamortyzowałam upadek i Bułka miała miękkie lądowanie chociaż wystraszyła się biedula. W całym zamieszaniu nikt nie ucierpiał.

wtorek, 4 grudnia 2012

O brzuchu

Kiedy dowiedziałam się, że Bułka nadchodzi, nie mogłam się doczekać brzucha. Z jakiejś przyczyny było dla mnie niezmiernie ważne, żeby cały świat jak najszybciej dowiedział się, że mnie pobłogosławiło. Nosiłam wdzianka odcięte pod biustem i z dumą wypinałam jelita ;). Gdybym doszła do wniosku, że to może się przysłużyć sprawie, pewnie zaopatrzyłabym się i z radością obnosiła strój do łyżwiarskiej jazdy szybkiej ;).

Brzuch, ku mojej wielkiej uldze, nie kazał na siebie długo czekać. Widać go było bez wątpliwości już w 9 tygodniu. Rósł i rósł, wszyscy się zachwycali, a ja pęczniałam z dumy. Nawet pod koniec ciąży mówili: masz ładny brzuszek, nieduży, prawie wcale nie przytyłaś. A ja chłonęłam jak gąbka i w głowie miałam jasny obraz ciężarnej gazeli. 
Taką piękną gazelą bez stóp byłam w 36 tygodniu: 
 Kiedy w samej końcówce zaczęłam przeczuwać, że może jednak nie jestem taka smukła i przepiękna za jaka chciałabym się uważać, uciszyli mnie szybko: jaki kaszalot? Coś ty? Śliczny, mały brzuszek!

Po kilku miesiącach od porodu zobaczyłam swoje zdjęcia w końcówce i mistyfikacja ostatecznie wyszła na jaw. Doszłam do wniosku, że całe to "gazelowanie" było prawdziwie perfidne. Do dziś nie mogę pojąć jak mogłam dać się tak podejść. To, że miałam kłopot z wyjęciem jedzenia z lodówki (oczywiście z powodu za krótkich rąk ;)) nie dało mi do myślenia. Ani centymetr pokazujący bezlitośnie 110 cm w obwodzie.

Tym razem nie mam gwałtownej potrzeby się zaoblać
Niemniej mogę oficjalnie potwierdzić, że proces przemiany w ciężarną gazelę już się rozpoczął i postępuje: schudłam a przestałam się dopinać w spodnie. Nadchodzi era dresów, tunik, leginsów i portek na gumie. Już wyciągnęłam je z góry szafy i umieściłam na swojej półce w miejsce ciuchów dopasowanych, uroczych i kobiecych.
Nie żebym się jakoś szczególnie lansowała w domu przy Bułce albo żebym żałowała tego, że Kluseczka postanowiła się ujawnić. Kluska sama dobrze wie co robi.
Dziwi mnie tylko, jak mało teraz wczuwam się w to kto, co i kiedy zauważy. I jak mało mi zależy na tym, żeby widzieć potwierdzenie kluskowej obecności w oczach całkiem obcych ludzi.

Cieszę się za to bardzo, że mam maszynę, może po wywiązaniu się z wcześniejszych zobowiązań, uszyję sobie coś mamowego :).

sobota, 1 grudnia 2012

O walce z czasem i przestrzenią, ale głównie z czasem

Z chaosu, który nastał po pożegnaniu cycka zaczyna się powoli wyłaniać nowy porządek. Nie jest to może porządek optymalny, ale znacznie lepszy niż cokolwiek od czasu wprowadzenia się Kluseczki.

Bułka jada kleiki na mm, kaszki, zupki, warzywa i owoce. Popija wodą.  Picia mm odmawiała bardzo stanowczo i postanowiłam nie nękać jej dalej w tej kwestii bo jedynym efektem jaki przynosiło zaczajanie się na nią z mlekiem (obojętnie moim mrożonym czy mm) była odmowa picia czegokolwiek.
Najbardziej fascynujące, że mm wydaje się jej smakować w zasadzie niezależnie od firmy, byle nie było płynne.

Nowy sposób jedzenia przewrócił do góry nogami nasz plan dnia.
Nocne karmienie z kilku niezobowiązujących popasów zmieniło się w jedno celebrowanie kaszy. Około 4 Bułka wstaje głodna, ja podnoszę powieki na zapałkach po czym idziemy do kuchni szykować, karmić i myć brudny ryjek. Wybudzona Bułka daje się potem ululać tylko Dumnemu Ojcu. Śpi do 8 (wcześniej do 6-6:30).
Bawi się potem kilka godzin, aż się zmęczy. Wtedy zamiast odespać drzemkę skwierczy wymęczona, potem piszczy, aż padnie (a jeśli nie jesteśmy na spacerze, ja padam razem z nią) około 13 na 2 godziny.
Kiedy wstanie mamy znowu kilka godzin laby a potem trudne popołudnie przechodzące w dramatyczny wieczór kończący się noszeniem małej małpeczki na rękach przy wtórze płaczu. Ostatnio tylko tak zasypia.

Wliczając czas przed drzemką i przed nocnym spaniem mogę zaryzykować stwierdzenie, że 1/3 świadomego czasu Bułki upływa na ziewaniu i marudzenio-zasypianiu.

Oprócz problemów ze spaniem pojawiła się jeszcze jedna niespodzianka. Okazało się że, przewijanie kupy kompletnie przerasta moje możliwości. Szczęśliwie do tej pory dobra Bułka zrobiła wszystkie prezenciki w obecności Dumnego Ojca albo teściowej.
Każdy dzień bez konieczności zmierzenia się z małym smrodkiem przyjmuję z ulgą ale konfrontacja jest nieunikniona. Miska już czeka w pogotowiu.

Nie doceniłam też wnoszenia Bułeczki w śliskim kombinezonie i jej klamotów na 4 piętro.

Ostatnio wszystko jest wyżej i dalej. Doba za to zdecydowanie dłuższa niż do tej pory.

Yo!

4 dni temu przyjechała do nas paczka pełna dobroci od firmy Yo!. Uszatą czapę, rajstopki, nakolanniki i skarpetki  Bułka testowała dzielnie i wytrwale na własnym organizmie.

Zaczęłyśmy od rajstop. Może ciężko w to uwierzyć ale pierwszy raz miała na sobie rajstopki, do tej pory nosiła pajace. Rajstopy ładne, mięciutkie, chyba wygodne. W międzyczasie były 2x prane i nie straciły na urodzie. Nie mam wielkiego doświadczenia w temacie ale Bułka wyglądała z zadowoloną.

Następnie przeszłyśmy do wynalazku, który na początku mnie nie do końca przekonywał, a potem bardzo dobrze się sprawdził. Chodzi mianowicie o rajstopo-spódniczkę. Nie jestem wielką fanką ubierania dziewczynek w spódniczki, nie ze względów wizualnych, tylko przez niewielką, jak mi się wydawało, wygodę takiego rozwiązania. Bez entuzjazmu zapakowałam Bułkę w ciuszek i puściłam na podłogę. Okazało się, że spódniczka jest wymarzona dla raczkującego malucha: mięciutka, nie krępuje ruchów i jest na tyle krótka, że Bułka nie przydeptuje jej kolankami. No i wygląda niezwykle szykownie ;).
Nakolanniki do raczkowania Yo! testujemy już od dawna, bo kupiliśmy jej właśnie takie kiedy tylko zaczęła się przemieszczać, czyli ładne parę miesięcy temu. Do tej pory służą jej bardzo dobrze. Są ładne i wygodne ale raczej nie nadadzą się dla maluchów o pulchnych nóżkach bo są dosyć wąskie. Bułka jest chudą żmijką i na nią pasują akurat.

Bardzo fajne okazały się grube skarpety frotte. Skarpety do raczkowania z podwójnym ABSem też bardzo udane. Zajęło chwilę zanim Bułka wymyśliła o co chodzi z ABSem górnym, ale kiedy dokonała tego odkrycia zaczęła raczkować jak mała torpeda.
Ze wszystkich otrzymanych fantów najbardziej zachwyciły nas skarpety z silikonową podeszwą. Część pokryta silikonem nie jest ciągła, przypomina ślad buta turystycznego (więc stopki się nie pocą) ale obejmuje znaczną część podeszwy i jest bardzo mięciutka (daje zdecydowanie lepszą przyczepność niż standardowe ABSy). Bułka dostała w nich niezłego przyspieszenia ;). Skarpety podeszły jej do tego stopnia, że przez cały dzień ani razu nie próbowała ich ściągnąć, a to duże osiągnięcie.

Misiowa czapka uszanka mówi sama za siebie :)
Produkty Yo! zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Podoba mi się jakość wykonania , ładne materiały i miękkie nie odciskające się gumki. Zdecydowanym hitem są rajstopo-spódniczka (która topi serca dziadków ;)) i  skarpety z silikonową podeszwą. Chętnie wrócę do nich w niedalekiej przyszłości.

wtorek, 27 listopada 2012

Podglądanie Kluseczki

Już po usg. Serduszko bije! Kluseczka ma 3,4 mm i wszystko na swoim miejscu: łebek, brzuszek i ogonek :).
W życiu takiego ładnego ogonka nie widziałam :)!

Wizyta przyniosła też inne nowości: tej ciąży nie będę już mogła prowadzić tam gdzie prowadziłam poprzednią. Za dwa tygodnie zakładam kartę w poradni dla słodkich mam.

Doniesienia z frontu

Bułka pije wodę! Kamień z serca.
Weszła w kolejny etap żałoby po cycku: nie śpi.
Do tego ząbkuje. Dzisiaj przecięła się jej prawa górna jedynka (koniec z wampirzym uśmiechem), kolejne 2 albo 3 zęby stoją w blokach startowych. Nadmiar błogosławieństwa.

Ja w znacznym stopniu opanowałam haftowanie, chociaż dosyć radykalnymi metodami: jem bardzo małe porcje co parę minut, max 40, również w nocy. Na razie wchodzi mi: jogurt naturalny, kotlet wołowy, ogórki kiszone, pasta kawiorowa (w małych ilościach) surowa cebula i pomelo. Organizm sam mi się przestawił na dietę niskowęglowodanową, spryciarz ;). Tylko ciężko ustalić kiedy jestem 1 i 2h po posiłku żeby zmierzyć cukier ;).
Aktualnie mam 3 kg na minusie.

Cieszę się jak szalona, że nie muszę wszędzie chodzić z miską :)

I trzęsę portkami przed dzisiejszym usg.

niedziela, 25 listopada 2012

Koniec z cyckiem

Pierwszy raz podczas mojej dziesięciomiesięcznej przygody z macierzyństwem zaparłam się nosem o ścianę. Kompletnie nie mam pomysłu co zrobić. Nie mam siły, siedzę i wyję.

Nie mam mleka. Zniknęło z nastaniem Kluseczki. 
Do wczoraj sytuacja przedstawiała się następująco:
Bułka w ciągu dnia funkcjonowała jako tako: zjadła kleik, kaszę, zupę, warzywa, owoce, deserek, popiła wodą. A do tego cycek co moment, bo może jednak mleko wróci?
Gorzej kiedy budziła się głodna w nocy. 5 minut pocyckała, mleko się kończyło, padała, za 10 minut znowu obudziła się głodna, pocyckała, padała i tak do skutku. Męczyła się, biedny okruszek, a rano budziła się zapuchnięta w mokrej od łez plamie. Nie dało się na to patrzeć.

Wczoraj zapadła decyzja: przestawiamy Bułkę na MM, przynajmniej się naje i wyśpi.
Ale gdzie tam! Bułka, wietrząc spisek, przestała pić cokolwiek. 
Wcześniej piła wodę z butelki, kubka niekapka, z bidonu, przez słomkę. Dzisiaj na widok któregokolwiek z powyższych wpadała w histerię, machała rączkami, zakrywała buzię. Nie i koniec.
Nie dała się napoić, zbojkotowała MM, ściągnięte mleko (po całym dniu udało się udoić 20 ml) i wodę.
Jest wykończona i płacze. A dokładniej płaczemy sobie razem bo kiedy próbuje mi się ze łzami w oczach przysysać do rąk i twarzy, miga "mleko" i dziwi się czemu nagle przestałam rozumieć - pękam.  

Czy to musi tak wyglądać? Może są jakieś sposoby o których nie mam pojęcia?
Podzielicie się radą?

sobota, 24 listopada 2012

Mówisz i masz

Jeszcze parę dni temu martwiłam się brakiem objawów. No to teraz już się nie martwię. Przedwczoraj przyszły mdłości i wymioty a wczoraj drobny armagedon. Przez cały dzień nie udało mi się nic utrzymać w żołądku, ani jedzenia ani picia. Każdy wypity łyczek oddałam w dwójnasób i to na znaczne odległości. Niezwłocznie. I niestety niezbyt celnie. 
Dopiero w środku nocy udało mi się wypić parę łyków coli. Czytałam wcześniej o tym sposobie na jakimś forum i wydało mi się to wyjątkowo durnym pomysłem, a tu proszę, działa.
Dzisiaj przyjęła się owsianka na wodzie i tektura. Cieszę się, że cokolwiek, bo raczej nie chciałabym powtórzyć wczorajszych sukcesów na zajęciach. Na wszelki wypadek zapakowałam torebki.

Mleko poszło precz. Na szczęście dzisiaj Dumnemu Ojcu udało się wkarmić w Bułkę trochę MM. Mam nadzieję, że uda się również wieczorem, bo głodna Bułka to smutna Bułka, korrida w nocy i dużo haftowania.

środa, 21 listopada 2012

czekam

Śniło mi się, że straciłam Kluseczkę. Sen był tak realistyczny, że kiedy się obudziłam byłam przekonana, że już po wszystkim. Kompletnie rozbita zabrałam się za to, co zawsze robię w takich razach: zaczęłam czytać artykuły naukowe.

Czytam, czytam i nie wiem co myśleć. 
Niby Bree ze współpracownikami nie dają wielkich nadziei (w ich badaniach jeśli ma być dobrze, każda pacjentka z HCG większym niż 10,800 mIU/ml musi mieć widoczny w usg zarodek z bijącym serduszkiem). 
Z drugiej strony Daya i ekipa podnoszą na duchu (nigdy nie zaobserwowali serduszka  przy wartościach niższych niż pęcherzyk  8.3 mm, HCG 9200 IU/L i 41dni od wiarygodnej ostatniej miesiączki za to zawsze widzieli serduszko jeśli pęcherzyk żółtkowy miał 14.0 mm, HCG 24,000 IU/L a ciąża trwała 46 dni). Czyli niby jest trochę zapasu. Ale pisali to w 1991 więc dysponowali trochę innym sprzętem.

Staram się myśleć pozytywnie. I chyba kończę z tym czytaniem.
Mam nadzieję, że leki i dieta zrobią swoje.
Chociaż lepiej by mi było gdybym miała jakieś objawy. Te które miałam przeszły, nawet mleko wróciło.
To będzie długi tydzień.

wtorek, 20 listopada 2012

Po wizycie

Beta hcg urosło przepięknie, było 14252 mlU/ml.
Udało się skusić lekarkę na usg: ciąża wewnątrzmaciczna, pojedyncza, nie widać zarodka, serduszko nie bije. Czeka mnie kolejny tydzień obgryzania paznokci.

Entuzjazm słabnie

dzielność mnie opuszcza, zaczynam panikować.
Dzisiaj idę do ginki, mam nadzieję, że powie mi na czym stoję. Niestety, a może na szczęście, kobitka jest konkretna i przeważnie każe czekać aż badanie będzie rozstrzygające: w lewo albo w prawo.
Rano poszłam zrobić ostatnie, trzecie beta hcg. Chciałabym, żeby porażająco wysoki wynik (np.15 000 mlU/ml) skusił ją do wykonania usg.
Przy okazji znowu udało mi się rozbawić rejestratorki w przychodni.
Kiedy widzą jak wchodzę trącają się łokciami i mnie sobie pokazują. "Beta hcg z krwi?" pytają z półuśmiechem.
Chyba mają mnie za sfiksowaną maniaczkę tego badania. Fakt, w ciągu ostatnich 3 miesiący robiłam je dosyć często: przy aniołku raz przed krwotokiem i trzy razy po, bo dalej rosło co nie wróżyło najlepiej. Potem jeszcze 2 kiedy się okazało, że nadal jest wysoko a macica pusta.
Teraz 3, razem 9. Normalnie klientka - hobbystka.
Ale nie mam żalu. Skąd miały wiedzieć, że to nie jest cały czas ta sama ciąża. Pewnie też wiele razy w życiu obśmiałam kogoś za jego dziwactwo, bo zabrakło mi wyobraźni, żeby dostrzec i zrozumieć co za tym stoi.
Dobra lekcja, ciekawe czy na długo mi wystarczy.

A Bułeczka nauczyła się pić przez słomkę :).

poniedziałek, 19 listopada 2012

Karmicielka

Weekend spędziłam w szkole. Podobne plany mam na kolejny. Potem chwila laby i znów porywają mnie w swoje szpony psychologia rozwojowa z pedagogiką*. Pierwsze bardzo ciekawe chociaż podane w druzgocących dawkach, drugie wolałabym zmilczeć ale nie wiem czy dam radę ;).

W sobotę osłodę po dniu wypełnionym "prawdziwą prawdą" przyniosła Bułeczka. Dzielna dziewczyna, walcząc ze sobą, oddała mi na wpół zjedzoną, oślinioną chrupkę kukurydzianą.

Kolejna chrupka przyniosła jeszcze większy przełom w naszych relacjach: Bułka odgryzła kawałek, pokazała, że następna porcja jest dla mnie i włożyła mi chrupkę do ust. Ugryzłam. Bułka nagrodziła mnie oklaskami i zabrała się za pozostały kawałek. Po kolejnym kęsie poinformowała mnie, że teraz moja kolej. 

Tak właśnie teraz jemy chrupki: na spółkę.
Wspominałam już, że za nimi nie przepadam?
Ale przyjmuję je z radością i puchnę z dumy w każdą stronę, kiedy sobie myślę jak bardzo nasz układ się zmienia. Dziecko mi dorośleje!

* Zastanawiam się jak cała ta nowo nabywana podbudowa teoretyczna odbije się na biednej Bułce.

piątek, 16 listopada 2012

Są wyniki :)

Wychodzi na to, że cała moja dzielność i optymizm podszyte są tchórzem. Niby od początku mam przeczucie, że będzie dobrze, ale i tak nie wytrzymałam i pobiegłam na pobranie krwi wcześniej niż planowałam, żeby dostać wyniki już dzisiaj.
Trzeba powiedzieć, że wydatnie poprawiły mi humor:
2985! Po 43 godzinach! 48 godzinny przyrost to 157%
Zaczęłam odczuwać niepokojącą potrzebę wrzucania animowanego gifa z podskakującym uśmieszkiem (ale ją powściągnęłam ;)).
Oto dlaczego:
tak wyglądała analogiczna sytuacja przy Bułeczce:
a tak przy ostatnim z aniołków:
Gdyby ktoś był zainteresowany moim ulubionym kalkulatorem podwajania HCG znajdzie go tutaj.

Powoli dociera do mnie, że to nie tylko moja euforia i wybujały entuzjazm ale realna szansa na to, że już za parę miesięcy będziemy we czwórkę :).

czwartek, 15 listopada 2012

Bułka miga, Kluseczka rośnie


Wybredny ssak
dramat w jednym akcie

Bułka pokazuje "jeść"
"Jeść?" - pytam
Bułka cieszy się i podskakuje - matka zrozumiała
Podgrzewam zupę. Podaję na łyżeczce i łowię niezadowolone bułkowe spojrzenie.
"Jeść. Mleko" - miga Bułka
"Nie ma mleka, jest zupa" - informuję
"Mleko" - Bułka jest stanowcza
"Jest zupa" - obstaję przy swoim
"Mleko! Mleko! Mleko!" skanduje Bułka na migi

Przyjemnie pogadać z własnym dzieckiem, nawet jeśli tematyka nie jest zbyt rozbudowana ;)
 
 A do tego mam wyniki wczorajszego testu z krwi...
...werble...
1280,02 mlU/ml!!!
wg. norm laboratorium norma na 5-6 tydzień. Wg. bardziej szczegółowych norm, które znalazłam o tutaj 18 DPO. Moim zdaniem 16 DPO.
Tak czy owak zapowiada się dobrze :) (takie nagromadzenie kciuków nie mogło nie pomóc :))
Jutro powtarzam, wyniki pojutrze wieczorem.

hCG Levels
Days from LMP Weeksfrom LMP Events Avg hCG
mIU/ml
Range hCG
mIU/ml
26 3w+5d 25 0-50
27 3w+6d 50 25-100
28 4w+0d Missed
period
75 50-100
29 4w+1d 150 100-200
30 4w+2d 300 200-400
31 4w+3d 700 400-1,000
32 4w+4d 1,710 1,050-2,800
33 4w+5d 2,320 1,440-3,760
34 4w+6d 3,100 1,940-4,980
35 5w+0d 4,090 2,580-6,530
36 5 1/7 5,340 3,400-8,450
37 5 2/7 6,880 4,420-10,810
38 5 3/7 yolk sac 8,770 5,680-13,660
39 5 4/7 yolk sac 11,040 7,220-17,050
40 5 5/7 yolk sac 13,730 9,050-21,040
41 5 6/7 yolk sac 15,300 10,140-23,340
42 6 heartbeat 16,870 11,230-25,640
43 6 1/7 heartbeat 20,480 13,750-30,880
44 6 2/7 heartbeat 24,560 16,650-36,750
45 6 3/7 embryo seen 29,110 19,910-43,220
46 6 4/7 embryo seen 34,100 25,530-50,210
47 6 5/7 embryo seen 39,460 27,470-57,640
48 6 6/7 embryo seen 45,120 31,700-65,380
49 7 50,970 36,130-73,280
50 7 1/7 56,900 40,700-81,150
51 7 2/7 62,760 45,300-88,790
52 7 3/7 68,390 49,810-95,990
53 7 4/7 73,640 54,120-102,540
54 7 5/7 78,350 58,200-108,230
55 7 6/7 82,370 61,640-112,870
56 8 85,560 64,600-116,310

środa, 14 listopada 2012

Proszę Państwa, oto Kluseczka

W zasadzie nie powinnam się nastawiać, to w końcu nie pierwszy raz, drugi też nie, ani trzeci. Ale jakoś mam przeczucie, że wszystko dobrze się skończy. Nie chcę tchórzyć jak z Bułką i odważyć się wspomnieć o czymkolwiek dopiero po wynikach PAPP-A. Chcę pamiętać każdy dzień. Być może właśnie zaczyna się podwójna przygoda mojego życia :)

9.11
W nocy ciągnął mnie brzuch, po prawej stronie na dole. Przypomniałam sobie, że nie sprawdziłam, czy po aniołku z 9.10 beta hcg spadło do zera. Pożałowałam okrutnie bo zdecydowanie powinnam była to zrobić i w lekkiej panice wykonałam test. Pokazała się następująca kreska - bladzizna. Taki bladzioch nie wróży kłopotów, znaczy, że spada, tylko powoli. Trwa to parę dni albo parę tygodni, 4, czasem 6, bywa, że nawet 9. Nie zastanawiam się nad nią zbyt wiele.
10.11
Miałam sen. Śniło mi się, że będziemy chodzić grube razem, ja i znajome staraczki*. Całą grubą bandą. Niestety sen nie chce się sprawdzać. Wyśniona gruba banda topnieje.

* Serce mi się kraje na myśl o tym co poczują kiedy dowiedzą. Jeśli będzie się o czym dowiadywać.
Świat bywa paskudnie niesprawiedliwy.

12.11
Przyszły zabawki dla Bułki: koń na biegunie i huśtawka. Poszłam razem z Dumnym Ojcem je odebrać i zasmarkana po kolana wstąpiłam do apteki po Prenalen, bo ileż można wpychać czosnku (już wypłoszyłam wampiry z całej dzielnicy), i liczyć, że nagle się poprawi. Powtarzanie tych samych czynności i oczekiwanie różnych skutków to moja ulubiona definicja obłędu. Dla odmiany zdecydowałam się na czosnek w płynie ;). Kiedy już byłam w aptece kupiłam jeszcze witaminę D dla Bułki i test, niech wiem.
Wróciłam do domu, zrobiłam, a tu niespodzianka, piękna i tłusta :)
13.11
Dzisiaj wypadałoby zrobić beta hcg z krwi a ja siedzę zasmarkana jak nieboskie stworzenie, z opryszczką na nosie i bez siły na cokolwiek. Chyba czosnek w płynie nie różni się zasadniczo od czosnku w kawałkach jeśli idzie o skuteczność.

Rano miałam pierwsze mdłości,chociaż najpewniej z głodu. Bułka choruje i ząbkuje. Dzisiaj zabawiała mnie od 4, więc przed śniadaniem zdążyłam nieźle zgłodnieć.
Mlekodajnie strajkują: produkują połowę przepisowego dziennego urobku.
Do tego bolą. Nie wiem czy to nie z powodu nowych zębów i ogólnego rozdrażnienia Bułki, która ostatnio posila się z wielką werwą i zapamiętaniem.

Z mniej typowych objawów zabrałam się za kryminał: "Księżniczkę z lodu" , jestem już w połowie, sympatyczne czytadło. Zaczęłam też tęsknie spoglądać w stronę afiszu "Anny Kareniny". Kryminały i thrillery jak również rozdzierające trzewia dramaty, to coś, czym godzinami upajałam się w ciąży z Bułką.

Do tego zachciało mi się hamburgera po raz pierwszy od zeszłego roku.
Dosyć regularnie mam zgagę (choć daleko jej do tej w trzecim trymestrze) a wcześniej nie miewałam.
Chyba coś jest na rzeczy.

14.11
Rano, kiedy odsypiałam kolejną noc przebalowaną z Bułką, odwiedziła mnie Kotuszka żeby powysiadywać. A trzeba zaznaczyć, że nie obdziela mnie swoimi względami bez wyraźnego powodu.
Żeby dodatkowo poprawić sobie humor zrobiłam test. I po co mi to było? Teraz siedzę, bynajmniej nie uspokojona i zastanawiam się czy to co widzę to kreska 2x ciemniejsza od poprzedniej czy nie. W każdym razie jest bardzo dorodna :)
Przy tym wszystkim mam podejrzanie dobry nastrój. Jakieś przeczucie, że będzie dobrze. 
Z Bułką było podobnie. Mimo, że doświadczenie powinno mi było podpowiadać zupełnie odmienne scenariusze, nie mogłam uwierzyć, że miałoby się nie udać. I się udało. Teraz też się uda.

wtorek, 13 listopada 2012

Bułka wampiryczna

Bułka robi wszystko w sobie tylko znanym porządku: rozszerza dietę, zdobywa umiejętności, a nawet, jak się ostatnio okazało - wypuszcza zęby.

W pierwszym miesiącu wyrosło jej coś co okazało się być połówką prawej, dolnej dwójki.
Potem, bardziej klasycznie, w siódmym miesiącu wyrosły dolne jedynki.
Ale ostatnio Bułka znowu zaszalała. Ominęła górne jedynki i zabrała się od razu za dwójki.
Wygląda jak młodociana fanka znanej sagi o wampirach.
Uśmiech ma naprawdę przejmujący.
Gryzie ustawiając żuchwę z dumnymi jedynkami pod jedną z górnych dwójek albo nadziewa jedzenie na "kieł" i ciągnie, żłobiąc w nim głębokie bruzdy.

Nie udało mi się zrobić jej zdjęcia z kompletem uzębienia. Mam za to zdjęcie poglądowe, podobieństwo jest uderzające ;)
 hrabia stąd

czwartek, 8 listopada 2012

Bujać czy nie bujać?

Bułkowa prababcia dała swojemu, dziesiątemu już prawnuczęciu, pewną kwotę na zabawkę. Kwotą tą miałam rozporządzić ja i zrobiłam to dzisiaj rano. Teraz siedzę, przegrzebuję internet i szczerze powiem - sama nie wiem co myślę o swojej decyzji. A wszystko to wina autorytetów, które nijak nie mogą się ze sobą dogadać.

Ale zacznijmy od początku.
Wybierając zabawkę dla Bułki sięgnęłam pamięcią w tę prawie już prehistorię, kiedy byłam bobasem. Jakie zabawki najlepiej utkwiły mi w pamięci?

-Czerwona koparka na korbkę.
-Mała zgniłozielona gumowa piłeczka
-Błękitny ceramiczny zajączek, któremu obtłukłam ucho, zaraz potem moja miłość do niego zgasła
Iiiii.... 
-huśtawka! Miałam dwie ale jako bobas używałam, co pamiętam do dziś, drewnianej na górze, materiałowej na dole, niebieskiej w drobne kwiatki. Uwielbiałam ją całym sercem!

Trzeba powiedzieć wprost, huśtawki, obok krojonego chleba, są najważniejszym wynalazkiem ludzkości. Szybko zdecydowałam, że Bułka koniecznie musi mieć swoją, a najlepiej natychmiast. Na allegro była aukcja: używana kubełkowa huśtawka Little Tikes w przystępnej cenie, do tego koń bujany tej samej firmy w gratisie, zaszalałam i nabyłam.

No i teraz mam zagwostkę: bujać czy nie bujać?

"(...)huśtanie(...) to rodzaj ruchu potrzebny do prawidłowego rozwoju dziecka."

"W brzuchu mamy niemal cały czas się poruszały. Każdy jej krok, każdy ruch powodował ich przemieszczenie. Dlatego po urodzeniu czują się nieswojo, leżąc w stabilnym łóżeczku. To właśnie kołysanie, huśtanie, bujanie jest dla nich czymś naturalnym."

"Badania wskazują, że dzieci, które w pierwszych latach swego życia otrzymały odpowiednią stymulację układu przedsionkowego, są spokojniejsze, mniej płaczą, szybciej rosną i prędzej zdobywają kolejne umiejętności (siadanie, raczkowanie, chodzenie). Lepiej też umieją się koncentrować, a dzięki temu nauka nie sprawia im trudności."

leje wodę na mój młyn neurolog dziecięcy dr N. Med. Grażyna Banaszek  (w tym artykule)

"wibrujące leżaczki i huśtawki to zbyt wiele dobrego na raz.
Układ czucia i innych zmysłów, układ nerwowy w ogóle w okresie rozwoju jest szczególnie czuły na bodźce płynące ze środowiska, dlatego warto nie przesadzać z nadmiarem lub niemożliwymi do manipulowania bodźcami... Stąd niechęć specjalistów do huśtawek i "skoczków" i wibrujących leżaczków."

"Huśtawka może spowodować "przestymulowanie" dziecka, nikt nie jest w stanie okreslić konsekwencji. dziecko można wytrenować do wszystkiego. Pytanie tylko czy o to właśnie chodzi."

przestrzega z drugiej strony Paweł Zawitkowski terapeuta Szkoły Terapii Neurorozwojowej  NDH-Bobath

No i sama nie wiem.
Niby "może spowodować >>przestymulowanie<<".
Ale częstotliwość "bujnięć" w zwykłej huśtawce na sznurkach jest zbliżona do optymalnej dla bobasa: 60-70 ruchów na minutę a o wychyleniu decyduję ja i muszę zaznaczyć, że nie planuję wywijać młynków wyjącą ze zmęczenia Bułką.

Muszę jeszcze sprawę gruntownie przemyśleć. W najgorszym razie huśtawka przeleży 2,5 miesiąca bo dla dzieciaczków, które mają ukończony rok to bezpieczna radocha i pożytek :).

A tym czasem proponuję ankietę (tradycyjnie po prawej): od jakiego wieku bujacie maluchy?

środa, 7 listopada 2012

Liebster Blog x2 :)

Dostałam nominacje do Liebster Blog, aż dwie, więc poniżej całe góry pytań i odpowiedzi :)

Pytania od About Being Mama:

1. Wierzysz w karmę?
nie

2. Czym się kierujesz w życiu?

 Chciałabym w pierwszej kolejności dobrem innych ale w praktyce wychodzi rozmaicie.

3. Przedstaw się.

Żona, mama, leń patentowany, raczej wrażliwiec niż twardziel

4. Co jest dla Ciebie synonimem bycia szczęśliwym?

Każda chwila, w której jest się najedzonym, wyspanym, zdrowym, bezpiecznym, spokojnym i otoczonym rodziną. Zwłaszcza kiedy się tę chwilę zauważy :)


5. Czym Cię najbardziej zaskoczyło Twoje dziecko?

Całkiem znienacka, zanim zdążyłam się odsunąć,  pokazała gdzie mam oko (chciała chyba pokazać, gdzie mam nerw wzrokowy ale na szczęście aż tak daleko nie sięgnęła) . 
A poważnie Bułka zaskakuje mnie co moment czymś nowym. Wiem, że to okrutnie wytarty frazes ale wierzyć się nie chce jak szybko się zmienia :)

6. Ulubiony film i/lub książka.

Trudna sprawa, za duży wybór żeby wskazać tylko jedną.  Chociaż jeśli kryterium miałaby być  ilość razy, kiedy do niej wracałam wychodzi, że moją ulubioną książką są "Młode lwy" Irwin'a Shaw'a.

Edit: Jednak wiem, wiem! "Tatuś Muminka i morze" T. Janson

7. Najlepsze wspomnienie z dzieciństwa.

Wyjazdy z babcią do rodziny w Świnoujściu :)

8. Jaki kraj chciałbyś/ chciałabyś zobaczyć?

W lecie Danię a konkretniej Bornholm. Ogólnie w przyszłości, sama nie wiem, jest tyle miejsc wartych zobaczenia :)

9. Masz jakiś talent?

Podobno niejeden ale wszystkie objawiające się w stopniu słabym do umiarkowanego ;)

10. Morze czy góry? Dlaczego?

Jedno i drugie. Bo są cudne.

11.  Jakie są trzy słowa którymi byś siebie opisał/a? 

optymistka, ciapa, nerwus (jeszcze bałaganiara ale to czwarte, więc się nie liczy ;))

Pytania od  Maryś:

1. Jaki pieszczotliwy zwrot skierowany do Ciebie sprawia Ci największą przyjemność? Z czyich ust on pada?
Większość osób mówi do mnie Miłka i chyba tę formę lubię najbardziej. Większe znaczenie niż samo określenie, ma dla mnie intonacja i wyraz twarzy mówiącego. Są osoby które nazywają mnie Słonkiem, ale kiedy akurat jestem podpadnięta, to Słonko brzmi jak nazwa tropikalnej choroby zakaźnej ;).

2. Wolisz spacer podczas pięknej zimowej czy letniej pogody?
Zdecydowanie letni. Jestem strasznym zmarzluchem. Lubię śnieg, zwłaszcza za oknem, ale wyjątkowo nie lubię kiedy marzną mi łokcie.

3. Jaki jest Twój sposób na zaczarowanie domu, by miał klimat świąteczny (Boże Narodzenie)?
Światełka! Kocham lampy, lampki, świeczki, lampiony :)
I zapach ciasta drożdżowego :)

4. Czy często czujesz się szczęśliwa?
Bardzo często. Nie potrzebuję do tego jakichś specjalnych powodów, ale powody dopadają mnie i tak, najczęściej ze strony Bułki :)

5. Jaki masz sposób na relaks po ciężkim tygodniu?
Moczenie się w wannie. Wiem, niezbyt zdrowe, niezbyt ekologiczne, niezbyt praktyczne ale pokusa jest nie do odparcia :)

6. Twoja ulubiona gra planszowa.
Epoka Kamienia :)
Lubię też scrabble.

7. Czy masz jakieś stałe przyzwyczajenia, których inni nie rozumieją? (np. herbata wyłącznie z przezroczystej szklanki albo długopis położony na stole koniecznie stroną piszącą skierowaną do środka stołu?)
Lubię szyć ale bardzo nie lubię walających się kawałków nici. Zawsze siadam do szycia uzbrojona w obcinacz do nitek i torebkę do której upycham nitki i ścinki. Chyba w żadnym innym aspekcie życia nie jestem taka pedantyczna ;).

8. Wolisz miły wieczór spędzić w domu czy raczej wyjść na głośniejszą imprezę?
Zazwyczaj wolałabym posiedzieć w domu a czasem się gdzieś wyrwać ale Dumny Ojciec to domator (z rzędu ukwiałów) więc zostajemy.

9. Ulubiony kolor lakieru do paznokci. Dlaczego właśnie ten?
Kiedyś krwisty czerwony, teraz naturalny bo nie widać jak odpryśnie ;)

10. Którą potrawą niezmiennie zachwycasz swoich gości?
Pizzą, podobno jest "jak prawdziwa" ;)

11. Jaki był najpiękniejszy okres w Twoim życiu?
Był? Nieee, jest! I mam nadzieję będzie, kiedy się doczekamy naszych czterech kątów :) 


Pytania od Miłki:


1. Jeśli byłabyś zwierzęciem to jakim? (nie jakim byś chciała, ale z jakiego Twoim zdaniem masz najwięcej)
2. A meblem?
3. Drinkiem?
4. Bohaterem książki?
5. Potrawą?
6. Świętem?
7. Porą doby?
8. Miejscem w Polsce?
9. Rośliną?
10. Pogodą?
11. Zapachem?

Optymalnie byłoby gdybyście dodały dlaczego, zachęcam, nie zmuszam :)

Do zabawy zapraszam autorki następujących blogów:

Matka Kwiatka http://icyignacy.blogspot.com/
Czarownica A. http://wyczekana.blogspot.com/
Katia http://jestnowezycie.blogspot.com/
Agnieszka http://dzieciowo-nam.blogspot.com/
Agnieszka http://jesienneurodziny.blogspot.com/
Aga http://wrednamalpa.blogspot.com/
Ags http://czekoladowekretowisko.blogspot.com/
Mandarynkowa Mama http://mandarynkowa-mama.blogspot.com/
Pani-Ryżykowa http://ryzykowie.blox.pl/html
Aga http://bedziemyrodzicami.blogspot.com/
Igmu http://igmu.blogspot.com/

wtorek, 6 listopada 2012

Sporty ekstremalne

Serce zamiera, krew tężeje, zawał blisko. Ale kiedy patrzę na rechocącą Bułkę i radosnego Dumnego Ojca nie potrafię im odmówić "hopsania".
Otuchy dodaje mi fakt, że jak na razie Bułka zliczyła 100% miękkich lądowań.

poniedziałek, 29 października 2012

Bułka o napędzie atomowym

"Nie je, nie pije, a chodzi i bije" - pamiętacie tę zagadkę o zegarze? Bułka ostatnio funkcjonuje dosyć podobnie, tylko zamiast "bije" trzeba by wstawić "nie śpi".
Mamy z Dumnym Ojcem niezłą zagwostkę, skąd Bułka czerpie energię go życia. Podejrzewamy, choć nie mamy całkowitej pewności, że jest to bobas o napędzie atomowym, ewentualnie na baterie słoneczne.

Nowy pomysł na życie zaczęła realizować już w sobotę, po pierwszym dniu moich studiów.
Zupie na obiad mówi zdecydowane nie. 
W ramach BLW  głównie miota jedzeniem i sprawdza jak "różne faktury" zsuwają się po drzwiczkach szafki i lodówki. Zjada tylko brokuły.
Banana skubnie ale w śladowych ilościach. 
Da się skusić na 40 a czasem nawet 60 ml kaszki. 
Wypija po 5 ml wody. 
Zasypia (prawie) jak aniołek o 20-21. 
Budzi się przed 22 i od razu przypomina sobie o cycu. Je i zasypia słodko, a za chwilę dręczona nagłym napadem głodu znów rzuca się na wyjedzone mlekodajnie z których da się utoczyć ledwie parę kropel. Do rana akcja powtarza się ponad 20 razy, średnio co 15 - 20 - 30 minut. 

Przychodzi poranek, przekazuję najukochańszą Bułeczkę pod ojcowską jurysdykcję i padam na opuchniętą mordkę. A Bułka zabiera się za rozkręcanie afterparty. Zabawia Dumnego Ojca świergotem przez następne 2 godziny, kiedy ja staram się uzupełniać niedobory snu.
Wstaję, jemy śniadanie, Dumny Ojciec wychodzi do pracy a Bułka rozpoczyna poprawiny. Bawi się rozkosznie (nie pozostając dłużej niż 2 sekundy na tym samym miejscu) do trzeciej, kiedy to matce wypłaszcza się encefalogram a Bułka zgłasza gotowość do odespania swojej jedynej, godzinnej drzemki. 
Godzina mija niepostrzeżenie, Bułka wstaje radosna niczym skowronek a proces przemiany matki w warzywo na półmiękko postępuje.

Nic nie wskazuje na zęby.
Ani na katar.
Ani na inne znane mi okoliczności łagodzące.

wtorek, 23 października 2012

9 miesięcy Bułki

Bułka właśnie przekroczyła magiczną granicę: dłużej ogląda świat po tej niż po tamtej stronie brzucha. 
Urosła. Wypiękniała. Zmądrzała. Temperament jej wybujał.
Próbuje wpełzać na meble. Pokazuje gdzie mama ma buzię i nos. Gdzie ma oko, mama boi się nawet zapytać ;)

Rodzina na poły z uznaniem a na poły z przerażeniem komentuje, że jeszcze nie widziała tak żywego dziecka. Podobno "wdała się za tatą", który według relacji teściowej był małym diablęciem.
Ja jeszcze różków nie stwierdziłam ale widzę, że momentami aureolka zaczyna cisnąć mojego aniołka ;). Bułka ma coraz więcej energii i z coraz większym upodobaniem idzie w szkodę.

Jeszcze pachnie małym dzidziusiem, jeszcze ma różowiutkie, mięciutkie stópki, paluszki w kształcie trójkącików, dużą łepetnkę i krótką szyjkę. Siedzę, wtulam się w te jej małe włosinki i wcale nie tęsknię do plecenia warkoczy i wiązania kokardek. Staram się nacieszyć moim bobasem póki mogę, bo przez skórę czuję, że coraz bliżej jest dzień, kiedy zamiast raczkującego niemowlaka przytupta do mnie dziewczynka.

poniedziałek, 22 października 2012

O czasie co płynie i innych takich

Dzisiaj kończę 31 lat. 
Jeszcze 15 lat temu nie uwierzyłabym, że ludzie w ogóle tak długo żyją.
W zeszłym roku magiczna trzydziestka ukryła się za potężnym brzuchem i w ogóle nie doszła do głosu.

Teraz, wraz z pojawieniem się Bułki, zmieniła się moja rachuba czasu: zapomniałam o tygodniach i miesiącach, odliczam zęby, przespane (i nieprzespane) noce, umiejętności.
Bułka rośnie jak na drożdżach, jutro skończy 9 miesięcy. Czas pędzi na złamanie karku. Dopiero patrząc na jej codziennie bujniejszą czuprynę i pakując kolejne worki ubranek z których wyrosła, zaczęłam sobie zdawać sprawę jak szybko. Całe szczęście, że muszę się nad tym głębiej zastanawiać tylko raz do roku bo depresja byłaby nieunikniona ;).
Ale mimo zbliżającego się galopem drugiego podbródka i "dolnego bicepsa" nie desperuję. I w tym roku mam powody przypuszczać, że kolejny będzie lepszy niż poprzedni. Mamy widoki na własny kąt. Jeśli kolejne oczko na mojej skali wieku może mnie do tego upragnionego stanu przybliżyć, to niech mu będzie :).

A tak wyglądałam zanim legło na mnie brzemię lat (dokładniej: kiedy byłam w wieku Bułki).


niedziela, 21 października 2012

Bułka odcina pępowinę

Bułka co dzień z rana żegna kolejnych domowników obowiązkowym "papa" przy drzwiach. Uśmiecha się, macha i odprawia wszystkich bez żalu. Wczoraj to ja znalazłam się po drugiej stronie machającej łapki. Spodziewałam się  łez, podkówki albo chociaż jakiegoś objawu niezadowolenia ale pożegnała mnie z chłodnym profesjonalizmem. Elegancko odmachała co trzeba i powróciła do swoich zajęć. Zupełnie jakbym tak wychodziła od zawsze.

A wyszłam na cały dzień bez Bułki po raz pierwszy (za to nie ostatni, bo właśnie zaczęłam studia podyplomowe). 
Przechlipałam pół drogi na uczelnię (dosyć krótkiej drogi ale jednak). Tęskniłam, skwierczałam i się zamartwiałam a Bułka nawet nie zauważyła różnicy. Została z babcią, bawiła się przednio. 
Po moim powrocie wyciągnęła łapki ale jeszcze się dobrze nie umościła i nie zdążyła się przytulić kiedy przypomniała sobie, że były z babcią w trakcie jakiejś fantastycznej zabawy. Odwinęła się, zamachała niecierpliwie w jej kierunku i zanim się zorientowałam już zachwycona czworakowała po podłodze (z głośnym "tupaniem" rękami, jej nowe odkrycie).

Jednym słowem moja maleńka Bułka zabrała się za naszą pępowinę. 
Nie spodziewałam się. Wyskoczyła z tym dorastaniem jak jakaś hiszpańska inkwizycja.
Jak ja za nią nadążę?



czwartek, 18 października 2012

Bułka i jej nowa, dorosła zabawka :)

Bułka znów obrosła w dobra. 

Już od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad pchaczem dla niej. Chciałam żeby był to samochodzik, zwierzak albo inny wynalazek z siodełkiem na którym Bułeczka mogłaby z czasem jeździć wierzchem. Jednak kiedy przyszło co do czego, podjęłam decyzję w swoim najlepszym stylu, czyli na wariata. W efekcie Bułka wzbogaciła się o pchacz - panel firmy Fisher Price z tego sklepu.

Pchacz jechał do nas a ja zastanawiałam się, czy nie będę żałowała tego braku siedzonka. Jednak zaraz po otwarciu pudełka mój nastrój wydatnie się poprawił. Okazało się, że pchacz jest stabilny, ładny, solidnie wykonany a dla mojego niespełna dziewięciomiesięcznego bobasa opcja z panelem okazała się niesamowicie nęcąca. Bułka (mimo rosnącej prawej górnej dwójki i ogólnie podłego nastroju) dorwała się do swojej nowej zabawki i przepadła.
Z wielką lubością badała wszystkie zakamarki, obracała, przesuwała, dłubała, gmerała i przekładała, najpierw dynamicznie - oburącz a potem systematycznie - pęsetkowo.
Wieczorem, po powrocie z pracy, Dumny Ojciec postanowił pomóc Bułce przetestować zabawkę w "dorosłej" wersji. Do samodzielnego biegania z pchaczem Bułka będzie musiała jeszcze trochę podrosnąć, bo na razie ma tylko jeden tryb - cała naprzód, głowa szybciej niż nogi.
Niemniej przyhamowana postawiła pierwszy raz w życiu 5 kroków pod rząd (!!!) a nową wersją przemieszczania się jest zachwycona do tego stopnia, że musieliśmy od razu złożyć pchacz do pozycji panel, bo nie dało się jej powstrzymać przed kolejnymi próbami. Myślę, że w niedalekiej przyszłości zawojuje z nim całe mieszkanie.
A ja już teraz cieszę się kawą i spokojem bo Bułka siedzi jak zaklęta bawiąc się po cichutku przy panelu, która który ma same mechaniczne elementy (taka jakaś jestem niemuzykalna, że lubię niegrające zabawki.;)).

wtorek, 16 października 2012

Jakby Heathcliff i jego flaczki

Jasna kuchnia. Urocze niemowlę w wysokim krzesełku, klaszczące w pulchne łapki na widok obiadku. Zapięty śliniaczek. Otwarty dziobek.
Cóż może zakłócić tę idylliczną scenę?
W naszym przypadku odpowiedź może być tylko jedna: teść.
Ma wbudowany radar, słowo daję. Przeważnie pojawia się w kuchni jakieś 3 sekundy po tym jak Bułka dotknie kuperkiem swojego krzesełka, zawsze jednakowo chaotyczny, niechlujny i wygłodniały.
Zajmuje jedyną słuszną pozycję, czyli za bułkowym krzesełkiem (gdziekolwiek by go nie postawić) i zaczyna ujawniać pokłady ekspresji przygotowując swoje wątpliwe delikatesy, oparte na kombinacji zupek Amino i flaczków lub ozorków. Tłucze, stuka, chlapie, siorbie i rzuca naczyniami, niekoniecznie w tej kolejności.
Któż w takich warunkach pamiętałby o jedzeniu. Bułka w każdym razie zapomina od razu i zawsze z jednakowym zajęciem ogląda ten podrobiany spektakl zezując do tyłu to lewą to prawą stroną. Kibicuje wytrwale do czasu kiedy delikates nie zniknie (w multimedialny sposób) w teścinej gardzieli a brudna łyżka nie zadzwoni rzucona na stół by do niego spokojnie przysychać.

Wydawać by się mogło, że wyczerpanie zasobów delikatesów powinno w naturalny sposób rozwiązywać sprawę i przywrócić ład i harmonię w kuchni. A gdzie tam! Teść zaspokoiwszy swoje naglące potrzeby zaczyna podejmować próby nawiązania kontaktu z  wnuczką:
- EEEE! - ryczy. Bułce wyraźnie rzednie mina. Teść nie rezygnuje (w końcu Bułka mogła nie dosłyszeć) - EEEEE! - ryczy głośniej. Bułka robi podkówkę. Teść zaczyna ciągnąć ją za nogę - EEEEE? - indaguje. Podkówka o mało co nie zamknie się od dołu w kółeczko, Bułka zaczyna skwierczeć.
- A KTO TO PŁACZE? - pyta teść wielkim głosem po czym sam sobie udziela odpowiedzi - TO GABRYLA! GABRYYYYLA! GABRYYYYYYYYYLA! - wyje niczym niejaki Heathcliff. Bułka zmienia kolor, ja przestaję się przejmować ewentualnymi posądzeniami o chamstwo, biorę ją na ręce i zabieram do naszego pokoju. GABRYYYYYYYYYYYYYYLA! - słyszę za plecami.

O bułkowej zupie wszyscy już dawno zapomnieli. Podobnie jak wczoraj, przedwczoraj i parę dni wstecz.

I jak tu się dziwić, że Bułka nadal poniżej trzeciego centyla?

Poszukiwani dawcy 0Rh- i ARh-

Poszukujemy dawców krwi grup 0Rh- i ARh-. Szczegóły na blogu Karlity.
Dla przypomnienia: dawcą niestety nie może być ciężarówka ani karmiąca.

Jeśli już jesteśmy przy temacie pozwolę sobie napisać: warto oddawać krew. Pomyślcie o czekoladach! I soku! I talonie na obiad! Ulgach w skarbowym. I o paru dobrych rzeczach, które można zrobić przy okazji.

A jak się już wybierzecie się do stacji krwiodawstwa może, przy okazji, dacie sobie pobrać jeszcze jedną, malutką probóweczkę i zostaniecie potencjalnymi niespokrewnionymi dawcami szpiku?

niedziela, 14 października 2012

Wyniki konkursu!

Dziś w samo południe Bułka wyłoniła zwycięzcę mejtajowego konkursu. Losowanie nadzorowała Wysoka Kapituła w składzie ojciec i matka, a jego przebieg był następujący:
Bułka nie mogła się doczekać paproszków

rzuconych przez matkę hojną ręką

grzebała zawzięcie

a kiedy w garści został tylko jeden

starannie wyselekcjonowany paproszek

 przyszedł ojciec

i zabrał...

Bycie maszyną losującą to jednak niewdzięczne i frustrujące zadanie ;). Ale trzeba przyznać bardzo profesjonalnie wykonane. Dobra robota Bułeczko!

Wątpliwości rozstrzygnięte: już niedługo w miłkowym mei-tai będzie jeździł Antoś :)
Mandarynkowa Mamo, serdecznie gratulujemy! :)

piątek, 12 października 2012

Bułka mignęła :)

9.10 z samego rana Bułka oznajmiła, że jest głodna! Kiedy zobaczyła, że sięgam po jej miseczkę zamigała "jeść" a kiedy powtórzyłam znak ucieszyła się bardzo i zaczęła bić sobie brawo :).
Sukces powtórzyła następnego dnia przy śniadaniu. Potem uczciła wkroczenie sierściucha migając "kotek". Na razie na tym poprzestała a wszystkie nachalne zachęty i zagadywania zbywała robiąc "papa". Widać postanowiła dawkować nam wrażenia.
Wprowadzamy nowe znaki: "woda", "więcej" i "koniec".


A szósty aniołek po cichutku rozprostował skrzydełka i przeprowadził się w jakieś lepsze miejsce.

piątek, 28 września 2012

8 miesięcy bobasa

Bobas mi wydoroślał. Sama nie wiem kiedy. Niedawno skończyła 8 miesięcy a zmiany sypią się jak z rękawa.
Dopiero co jeździła gondolką (ostatnio głównie na brzuszku z odpiętą budką i widokiem na świat) a teraz wygląda w spacerówce tak naturalnie jakby nigdy nie podróżowała inaczej.
Dopiero co pełzała spokojnie przy samej podłodze a teraz najpierw usiadła i parę dni później stanęła. Obecnie dnie spędza głównie wspinając się na meble (dzisiaj pierwszy raz oderwała przy tym  nogi usiłując wpełznąć na kuferek od maszyny) a ja rozglądając się dookoła jak zaniepokojony kameleon, bo nigdy nie wiadomo kiedy i od czego Bułka odpadnie lecąc wprost na potylicę.
Robi papa.
Wieżę z klocków strąca tylko przez grzeczność. Potrafi za to zdejmować z niej pojedyncze elementy.
Wszystkimi kulistymi, pierścieniowatymi i walcowatymi zabawkami próbuje puszczać bączki, zresztą z całkiem niezłym skutkiem.
Lubi "raka nieboraka" i "noski eskimoski"
Paprochy wcina jak wcinała.
Jej typy w ramach BLW to morelki, śliweczki, jabłuszka, brokuły i fasolka szparagowa.

Z jednej strony nacieszyć się nie mogę moim dorosłym dzieckiem a z drugiej trochę mi tęskno do spokojnej stabilizacji czasów, kiedy najbardziej wstrząsającym wydarzeniem dnia była kupa za kołnierzem ;).

piątek, 14 września 2012

Paprochy na legalu

W związku z tym, że Bułka siedzi, wczoraj po raz pierwszy posadziliśmy ją w wysokim krzesełku (co przyjęła z radością) a dzisiaj na fali jej miłości do paprochów pierwszy raz wdrożyliśmy BLW. Jak się okazało całkiem skutecznie bo prawie 5% brokuła ulokowała tam gdzie powinna (pozostałe 95% wszędzie indziej). Nareszcie matka odczepiła się od ukochanych paproszków i dała je konsumować w spokoju:


Teść natomiast skomentował sprawę następująco: "chyba nie powinnaś jej tak dawać bo potem będzie chciała sama jeść".

czwartek, 13 września 2012

Konkurs :)

Postanowiłam zaszaleć i sprezentować nosidełko MT jednemu z moich miłych gości :). Jeśli macie ochotę, zapraszam do udziału w konkursie, którego zasady opisałam poniżej:
  1.  nagrodą będzie uszyte na miarę nosidełko MT mojej produkcji  (bawełniane, wzmocnione)
  2. (najprawdopodobniej) 4 wzory panelu do wyboru
  3. zwycięzcę wyłoni Bułeczka na drodze grzebania w karteczkach, właśnie opanowała chwyt pęsetowy, więc wszystko powinno pójść sprawnie :)
  4. chętni do wzięcia udziału w losowaniu zostawiają komentarz pod tym postem do północy 13.10
  5. wklejają banerek linkujący do tego posta*
  6. pokrywają koszty przesyłki (więc MT może znaleźć nowy dom w dowolnym miejscu, gdzie dociera poczta)
  7. cierpliwie czekają bo po otrzymaniu wszystkich potrzebnych wymiarów malucha i nosicieli, uszycie może mi zająć chwilkę, w zależności od łaskawości Bułeczki. Oczywiście postaram się sprężyć :)
  8. jeśli mają podrośniętego maluszka nic się nie martwią, w większym MT można nosić nawet trzylatki :)
  9. w razie pytań piszcie :)



* jest z tym trochę kłopotów więc już spieszę z wyjaśnieniem: należy wkleić następujący kod HTML
<a* href="http://projektbobas.blogspot.com/2012/09/konkurs.html"><img* src="http://3.bp.blogspot.com/-eB_lUThtnv0/UFGgcwvJm4I/AAAAAAAAAeU/ch7CWFql4gg/s1600/logov6.png" width="200" height="330" /></a*>
można oczywiście zmienić wymiary w zależności od potrzeb.
W przypadku blogów na blogspocie operację przeprowadza się następująco: w zakładce "układ" w wybranym przez siebie miejscu trzeba dodać nowy gadżet "HTML/JavaScript" i tam właśnie wkleić należy powyższy HTML usuwając *.

niedziela, 9 września 2012

Aniołeczek na wynos

Wczoraj z rana teściowa oznajmiła, że nie chce jej się straszliwie ale musi się zabrać za porządki. Już się bierze, tylko jeszcze zerknie na małego aniołeczka. Bo Bułka potrafi się skubana, dobrze zaprezentować przed rodziną.Tym razem też strzeliła uśmiech w swoim najlepszym stylu i uroczo zarechotała.
- Ona jest taka słodziutka - zachwycała się teściowa - bardzo grzeczna! Tobie to dobrze, że masz takie spokojne dziecko!
Nagle zdałam sobie sprawę z fantastycznego potencjału tkwiącego w sytuacji.
- Ja wszystko posprzątam a mama niech się pobawi chwilkę z aniołkiem - zaproponowałam obłudnie.
Zanim zdążyła zareagować wetknęłam jej Bułkę i rzuciłam się zachwycona w wir sprzątania, bo mieszkanie zdecydowanie dojrzało do gruntownych porządków.
Poodkurzałam.
Następnie zabrałam się za kuchnię. Pucuję, szoruję, teściowa zaczyna kruszeć: ależ ty żywiutka, nie można cię ani na chwilę spuścić z oka.
Nic nie słyszę, sprzątam. Kuchnia nabiera połysku a ja przenoszę się dalej.
Chwilę spokojnie nie uleżysz! Taki żywczyk!
Ze ścierką w garści i promiennym uśmiechem wychylam się z szorowanego właśnie kibelka. Moje słoneczko - ćwierkam do Bułki, Bułka obdarza mnie zaślinionym uśmiechem - ukochany maluszek, ale jest grzeczniutka, prawda? Nie czekając na odpowiedź chowam się z powrotem.
Co teraz porobimy? - w głosie teściowej zaczyna przebijać lekkie zniecierpliwienie, Bułka w szampańskim nastroju dokazuje w najlepsze, właśnie przypomniała sobie zabawę w wyrzucanie grzechotki.
Nic nie słyszę. Sprzątam. Sprzątanie jest zasadniczym celem mojej egzystencji.
Teściowa postanawia działać bardziej wprost:
Może teraz ty odpocznij a ja posprzątam? Chyba słabo spałaś w nocy?
Nie trzeba, wcale nie jestem zmęczona. Mama się spokojnie kawki napije* a ja już się wszystkim zajmę - przerzucamy się uprzejmościami.
Zabieram się za łazienkę. 
Babcia poszłaby do toalety ale jak cię odłożę będziesz płakać - zastanawia się teściowa bezradnie. Odkłada do kojca Bułkę, która faktycznie od razu zaczyna skwierczeć. 
Niedawno jadła, ma sucho. Ona chyba jest zmęczona - konstatuje teściowa.
Chyba tak - potwierdzam - i może trochę się jej nudzi - perfidnie atakuję teściową jej własną bronią.
Trzeba by ją zabrać na spacer - sugeruje teściowa.
Dobry pomysł, to ja w tym czasie skończę łazienkę, umyję podłogi, zrobię pranie i przygotuję jakiś obiad - upajam się rolą słodkiej idiotki - już idę pomóc mamie wynieść wózek.
Jakbyś się denerwowała to dzwoń, zaraz wrócimy, nie będziemy odchodzić daleko - nie rezygnuje teściowa.
Ależ skąd, ależ skąd! Bułeczka jest w najlepszych rękach!
Macham im na pożegnanie i wracam do porządków.

Po dwóch godzinach mieszkanie lśni, ryż na parze ugotowany, sos przygotowany, warzywa czekają pokrojone na swoją kolej do woka a ja wykąpana dopijam herbatę (gorącą herbatę!). Stęskniona Bułeczka ląduje w moich stęsknionych ramionach a ja "kątem ucha" słyszę zza drzwi głos teścia - No widzisz, jednego dnia byś z nią nie wytrzymała.

Ale to jeszcze nie koniec historii.
Bo dzisiaj teściowa popatrzyła na mnie ze zrozumieniem i sama z siebie zaproponowała, że weźmie aniołeczka na wynos.

* picie kawki z Bułką nosi znamiona sportu ekstremalnego