wtorek, 29 listopada 2011

Teść wie swoje - "całe szczęście"

Siedzę sobie w pokoju i czytam kiedy nagle wpada Teść.
- można wejść?! - woła, chociaż właściwie jest już w środku.
- oczywiście - odpowiadam zaskoczona bo prędzej można się spodziewać nagłej śmierci niż tego rodzaju wizyty.
- co to jest?! - wykrzykuje Teść wskazując na biały, plastikowy pojemnik, który stoi u nas już dobre 2 miesiące.
- kosz na brudne pieluszki - informuję.
- no to całe szczęście! - woła Teść i już go nie ma.

No fakt, myślę sobie, całe szczęście.

piątek, 25 listopada 2011

Odmienny stan - odmienne wyposażenie ; )

Jako, że ciężarówki wymagają pewnego zaplecza sprzętowego, ku własnej pamięci, a może też dla czyjegoś pożytku, postanowiłam zrobić subiektywny ranking ciążowych "hitów i kitów".

Rzeczy które bardzo sobie chwalę i bez wahania kupiłabym jeszcze raz:
  • Poduszka do spania rogal - zdecydowany hit, poprawia komfort o 100%, boję się pomyśleć co zrobiłabym osobie, która by mi go zabrała ; ).
  • Wciągane buty - joga jogą ale czasami trzeba szybko wyjść z domu.
  • Pasy ciążowe - dzięki nim wiosnę, lato i pół jesieni przechodziłam w ulubionych spódnicach i bluzkach. Jak na swoją cenę (ok 10 zł za sztukę na allegro) okazały się fantastycznie funkcjonalne.
  • Stepper domyos st 290 z decathlonu - bo czasami łapie "niechciej" i przyjemniej pospacerować przy dobrym filmie, bo na stepperze skrętnym da się robić wiele więcej rzeczy niż na prostym, bo jest w niższej klasie cenowej a nic mu nie brakuje.
  • Krem na rozstępy Mustela 9 miesięcy - drogi jak nie wiem ale działa: tam gdzie się smarowałam rozstępów nie ma, tam gdzie zapomniałam, a o chodzi o tyłek, rozstępy są.
  • Leginsy ciążowe (optymalnie ze szwami po bokach brzuszka a nie na środku) - nie dość, że wygodne, to jeszcze teraz wypada je nosić :) i pasują do wciąganych butów. Same zalety!

Rzeczy, które mogłam sobie spokojnie darować bo mimo usilnych prób nie znalazłam dla nich zastosowania:
  • Detektor tętna - mam łożysko z przodu i tętna nie słychać. Słychać kopniaki i czkawki ale też i czuć więc nie wiem czy trzeba je koniecznie śledzić wieloma zmysłami. Dobrze, że kupiłam używany za grosze bo dręczyłby mnie po nocach.
  • Krem z Rossmanna na rozstępy - mimo, że uwielbiam produkty z Rossmanna ten mnie pokonał. Kompletnie się nie wchłaniał tylko, nie wiem, mydlił? pienił? Skład ma super ale aplikacja to droga przez mękę a intensywny zapach doprowadzał mnie do rozpaczy. Nie zwalczyłam nawet połowy opakowania.
  • Grube legginsy ciążowe Zara for Mum - dobrze, że z drugiej ręki bo bardzo słabo się rozciągają, trzeba się nieźle napocić żeby je naciągnąć, zsuwają się i wiszą krokiem w samych kolanach a wokół kostek formują zalotne obwarzanki.

czwartek, 24 listopada 2011

"Ty to masz dobrze!"

Od samego początku moja ciąża przypominała odrobinę Wielką Pardubicką.
Zaczęło się kiedy jeszcze nie wiedziałam o bobasie a bobas już był: na wiadukcie zablokował mi się przedni hamulec w rowerze i pofunęłam przez kierownicę na tyle niefartownie, że wylądowałam w 90% na twarzy (w pozostałych 10% na małym palcu prawej dłoni) rozbijając sobie nos, przecinając obie wargi i ścierając sporo naskórka z twarzy. Bobas zanim było go choć trochę widać, był 2x prześwietlony i 2x poddany tomografii.
Kiedy tylko się ujawnił od razu pociągnął przyszłą mamę za żołądek. Zaczęło się nieprzytomne haftowanie, które trwało do końca 6 miesiąca.
Zaraz po haftowaniu pojawiły się problemu z cukrem. Najpierw dietka i spacerki, potem straszliwe diecisko i stepper, teraz insulinka, dietka i stepper.

Wszystkie te zdarzenia miały swoje 2 strony: jedną bardzo dobrą a drugą dosyć denerwującą.
Strona dobra: rozpaćkana twarz wydatnie ograniczyła mój apetyt, haftowanie ilość spożywanych kalorii a dieta i ćwiczenia znacznie zmniejszyły poziom cukru i dzięki temu bobas pojawił się, wyżył i nie wyrósł na bobasillę :).
Strona denerwująca to chór "zazdrośników".

Wypadku nikt mi nie zazdrościł, przynajmniej nie oficjalnie ;) ale kiedy zaczęłam haftować (bywało, że 25-30x dziennie, najczęściej koło 5-6x) pojawiło się pierwsze "ty to masz dobrze".
Okazało się, że "mam dobrze" bo:
  • "przynajmniej nie masz zachcianek"
  • "nie przytyjesz tak dużo w ciąży"
  • "możesz jeść bezkarnie" (bezkarnie? no w sumie wiszenie nas kibelkiem to prawie jak piknik)
Potem przyszła dietka i ćwiczenia. I co? Znowu okazało się, że "ja to mam dobrze".
"Mam dobrze" bo:
  • "to już tylko 3 miesiące"
  • "każdy chciałby tak zdrowo jeść nie każdy ma tyle czasu na gotowanie" (np. jogurtu 0% albo warzyw na parze przez 10 min)
  • "nie przytyjesz i jeszcze figura ci się poprawi"
  • "mieszkasz wysoko i bez windy, super nie dasz rady nie ćwiczyć, ja mieszkam nisko to mi się nie chce" (a ja mieszkam wysoko to mi się chce, im wyżej i bardziej w ciąży tym bardziej mi się chce, taka prawda ;)
Teraz przyszła insulina i nie zgadniecie: "mam dobrze"!
  • "inne osoby nie mogą się obejść bez fast foodu"
  • "są osoby, którym byłoby trudniej zrezygnować ze słodyczy"
  • "ty to się bez problemu skontrolujesz bo jesteś uporządkowana"
  • "nie każdy może mieć taką figurę w ciąży jak ty"
  • "ja to w ciąży miałam apetyt nie do opanowania, nie to co ty" (widzicie jakie proste: 1 zastrzyk i apetyt przechodzi! Powinni tę insulinę na czarno rozprowadzać dilerzy w klubach fitness ;)
Jakby ktoś znał korzyści płynące z rozstępów na tyłku albo sikania bez przerwy, chętnie się zapoznam ;).

    środa, 23 listopada 2011

    O cukrze i iluminacji

    Kuję się tu i tam. W palucha żeby zmierzyć, w ramię żeby podać dawkę insuliny, znowu w palucha żeby zapisać profil i jeszcze raz. Poza oporem psychicznym kucie się nie jest złe, jak się dobrze zamachnąć, nawet się nie zauważy. Nie będę ściemniać, że taka jestem dzielna: pierwszy raz odbył się na bodaj 3 zamachnięcia i przy głośnym biadoleniu, że nie mam wcale na to ochoty, ale jak mawia mój wujek: to zupełnie jak ze wskakiwaniem pod tramwaj, nie ma co się zastanawiać, bierze się i wskakuje ; ).
    Grunt, że bobas pozbawiony słodkości nie powinien już rosnąć w takim szalonym tempie jak do tej pory.

    Oprócz nakłuwania tydzień przyniósł jeszcze jedną zmianę: Przyszły Ojciec dostąpił iluminacji. Upraliśmy bobasa  dobytek (ale nie cały, o nie, będą jeszcze ze 2 pralki bo bobas nie ustaje w obrastaniu w rzeczy!). Przyszłemu Ojcu przypadło w udziale wieszanie bo sznurki wysoko, bo rąk do góry nie można, no i kto przy zdrowych zmysłach wyrywałby mu z rąk robotę, na którą wcale nie ma chęci? Ja zajęłam się sprawami przyjemnymi a kiedy, po dłuższym czasie, zaczęłam się obawiać, że Przyszły Ojciec zaginął, zastałam go w łazience, przyglądającego śpioszkom. Jakie to dziwne, że robimy pranie dla człowieka, którego jeszcze nie ma - powiedział. I co najlepsze - miał rację. Dziwne, niesamowite, do niczego na świecie nie podobne, normalnie Cud!

    ...hmm... hmmmm... proszę Cudu, czy mógłby Cud łaskawie zejść mi z pęcherza?

    Sprostowanie Przyszłego Ojca: "napisz, że ja często wieszam pranie, bo pomyślą, że to był pierwszy raz!". To prawda, Przyszły Ojciec wiesza pranie (i odkurza i zmywa), nawet czasami zupełnie sam z siebie :).

    sobota, 19 listopada 2011

    Testujemy Eko kule

     Od kilku tygodni piorę w eko kulach. Wiele osób pyta mnie jak mi się pierze i jak to u licha działa, bo firmy sprzedające tego typu wynalazki raczą nas wielce optymistycznymi ale niestety jałowymi poznawczo, "naukowawymi" wywodami okraszonymi mądrymi "angielskawymi" terminami albo co gorsza odwołującymi się wprost do duszy (typu "Ecoballs uosabiają wszystko w co wierzymy").

    Jako, że swoje musiałam odpękać żeby przedrzeć się przez całe to emocjonalne głaskanie mojego eko-ego i znaleźć cokolwiek merytorycznego, postanowiłam zebrać to do kupki dla innych zainteresowanych.

    Z dosyć szerokiej oferty wybrałam dosyć drogie (około 120 zł) kule Ecoballs firmy Ecozone:

     a, że jestem skora do szalonych porywów, zdecydowałam się od razu na wariant na 1000 prań.


    Skład:
    • Non-toxic solid washing pellets
    • Higher alkyl sulphate (niejonowa substancja powierzchniowo czynna)
    • Biodegradable non-ionic surfactant (niejonowa substancja powierzchniowo czynna zdolna do tworzenia miceli)
    • Sodium metasilicate (alkalium)
    • Calcium carbonate (alkalium)
    • Sodium carbonate (alkalium)
    • Sodium tripolyphosphate (alkalium)
    • Cellulose gum
     Co zawiera klasyczny proszek?

    - Związki powierzchniowo-czynne
    • Szybkie zwilżanie włókna
    • Usuwanie cząstek brudu z włókna,
      poprzez odpychanie elektrostatyczne 
    • Solubilizacja (zwiększenie rozpuszczalności) oleju,
      poprzez tworzenie miceli
    • Tworzenie zawiesiny brudu w roztworze
    W kulach ta grupa reprezentowana jest przez: Higher alkyl sulphate i tajemniczy surfaktant niejonowy.

    - Alkalia:

    • Neutralizacja zabrudzenia kwaśnego
    • Zmydlanie brudu tłuszczowego
    • Polepszenie usuwania brudu, na przykład, ze związkami anionowymi
    • Polepszenie tworzenia zawiesiny brudu i zapobieganie ponownemu
      osadzaniu się brudu
    • Optymalizacja warunków bielenia
    • Optymalizacja warunków dla stosowania enzymów
    Z alkaliów w kulach mamy:
    • bezwodny metakrzemian sodu (ph 1%=12,4, czynnośc alkaliczna jako Na2O 49%, dobra zdolność tworzenia zawiesiny brudu, dobra moc zwilżania, bardzo dobre właściwości usuwające brud, dobre właściwości płuczące), stosowany w detergentach typu „medium/heavy duty”
    • węglan sodu (ph 1%=11,5, czynnośc alkaliczna jako Na2O 29%, słaba zdolność tworzenia zawiesiny brudu, bardzo słaba moc zwilżania, zadowalające właściwości usuwające brud, słabe właściwości płuczące) występuje w postaci domieszki do krzemianów w celu zapewnienia odpowiedniej alkaliczności (pH 10 - 11)
    • STP (Sodium tripolyphosphate) (ph 1%=9,6, zadowalająca zdolność tworzenia zawiesiny brudu, słaba moc zwilżania, zadowalające właściwości usuwające brud, dobre właściwości płuczące)
    To właśnie wysokie pH morduje mikroby.

    - Sekwestranty
    związki chemiczne, które usuwają jony zawarte w wodzie twardej (wapń, magnez). 
    • zeolity
    • fosforany
    • fosfoniany NTA/EDTA
    • polimery akrylowe

    Paskudne dla środowiska, w kulach ich nie ma. Jeśli ktoś ma bardzo twardą wodę może stosować magnoball.


    - Inne składniki
    • Zapobieganie ponownemu osadzaniu się brudu
    • Rozjaśniacze optyczne
    • Enzymy
    • Środki bielące i ich aktywatory
    • Wypełniacze elektrolitowe 
    • Środki zapachowe
    • Środki ułatwiające przepływ
    • Kolorowe granulki
    • Środki przeciwpieniące na bazie krzemu
    Tych związków też w kulach nie ma więc nie ma co oczekiwać olśniewająco białego prania. Można dosypywać sody do białego prania.

    Tyle teorii teraz praktyka: Podobno wystarczy skrócony program, nie sprawdziłam tego bo mamy przepradawną pralkę i nie da się w niej takiego ustawić. Piorę w 40C (rzeczy lekko i średnio zabrudzone) lub w 50C (mocno zabrudzone). Mam bardzo twardą wodę ale mimo, że nie stosuję magnoball'a i nie widzę żadnych niepokojących objawów. Piorę głównie rzeczy moje i Przyszłego Ojca który jest pasjonatem ruchu w każdej postaci (dojeżdża do pracy na rowerze a nie potrafi jeździć powoli, chodzi na łyżwy, czasami dorabia pracując fizycznie) i straszliwie przepaca ubrania. Mimo to zapach się ładnie spiera, podobnie jak świeże plamy, również z krwi (po moim kuciu się do pomiarów cukru). Tłuste i stare plamy zeszły bez problemu po zastosowaniu Ecostain - odplamiacza dodanego do zestawu. Do prania (do kieszeni na płyn do zmiękczania) dodaję kilka kropli olejku eterycznego - lawendowego albo opium, którym pranie pięknie, delikatnie pachnie.

    Podsumowując: Prane w kulach rzeczy są czyste, doprane, bez lepkiego, niewypłukanego proszku, bez zapachu. Nie elektryzują się i są nawet bardziej miękkie od pranych ze zmiękczaczem do tkanin. Dodany do zestawu odplamiacz bez problemu radzi sobie z zabrudzeniami, które generujemy my, zobaczymy jak sobie poradzi z bobasowymi plamami. Dla mnie idealne rozwiązanie do kolorowego prania, niestety o śnieżnej bieli możemy zapomnieć. Rozwiązaniem może być dodawanie do białego prania niewielkich ilości proszku (tak robię) lub sody (tak słyszałam).

    Przy pisaniu ten notatki pomogła mi broszura "Zrównoważony rozwój przemysłowych procesów pralniczych"  wydana w ramach programu Leonardo da Vinci Project.

    piątek, 18 listopada 2011

    Chleb mieszany ziołowo-serowy

    • 150 g mąki żytniej
    • 500 g mąki pszennej
    • 1 łyżeczka drożdży suszonych
    • 20 g zakwasu
    • 440 ml wody
    • 12 g soli (1,5 łyżeczki), jeśli ktoś lubi słony chleb 16 g (2 łyżeczki)
    • 1 łyżka suszonej bazylii
    • 2 czubate łyżki tartego parmezanu albo innego sera w tym typie
    Chleb piecze się w garnku, identycznie jak ten. Zrobić go na samym zakwasie albo na samych drożdżach, dwukrotnie zwiększając ilość).
    Mając dość mąki w całej kuchni wprowadziłam drobną modyfikację: po nocnym wyrastaniu wyrzuciłam go na naoliwioną (a nie, jak robiłam wcześniej, umączoną) stolnicę, kilka razy zawinęłam szpatułką brzegi do środka i sturlałam do naoliwionej miski na drugie wyrośnięcie. Dalej wszystko przebiegało bez zmian. Odrobinę się przykleił z jednej strony ale jak widać nie miało to najmniejszego wpływu na końcowy efekt. Przed przykryciem posypałam chleb słonecznikiem ale się nie trzyma za dobrze, więc nie polecam tego sposobu :).

    czwartek, 17 listopada 2011

    Mściciel ma młode

    Stało się, Karmazynowy Mściciel pospraszał znajomych. Tym razem szczęśliwie ulokowali się w strefie gatkowej, więc jedyne czego będę sobie musiała z ich powodu odmawiać, to bieganie z gołym tyłkiem w miejscach publicznych. Przeklinam tylko własną beztroskę: smarowałam biust i brzuch, biodra i uda a o tyłku, który jakoś nie rósł, zapomniałam i mam. Wyglądam jakbym usiadła na kaloryferze (akordeonie?).

     "Jeden całus przemieni mnie w księcia. Ale nie spodobają ci się te rozstępy." Stąd

    niedziela, 13 listopada 2011

    Przyszły Ojciec przychodzi z odsieczą

    Od rana mam stepper! Już wiem, że jest to największe osiągnięcie ludzkości od czasu wynalezienia krojonego chleba!

    A było tak:
    Żeby się trochę odcukrzyć miałam spacerować 3x dziennie po pół godziny. Przedsięwzięcie wydaje się proste i nie kłopotliwe ale: mieszkam na 4 piętrze w starym budownictwie i mam bobasa na pokładzie. Kombinacja tych 2 czynników spowodowała, że wyprawa na spacer układała się przeważnie według następującego schematu:
    -sikanie,
    -zakładanie spodni, bluzki, swetra,
    -ćwiczenia rozciągające czyli zakładanie butów,
    -oj przydałoby się wysikać!
    -sikanie,
    -zakładanie drugiego swetra, szalika czapki, kurtki,
    -schodzenie po schodach,
    -oj, przydałoby się wysikać!
    -jedna mała rundka dookoła parku,
    -oj, przydałoby się wysikać!
    -pół rundki,
    -oj, przydałoby się wysikać! Minęło dopiero 15 minut. Wejść na górę i zejść jeszcze raz czy wytrzymać jeszcze jedno kółko? Decyzja: bobasie wytrzymujemy!
    -kolejne pół rundki,
    -oj, przydałoby się wysikać! Teraz! Pędźmy! A spacerek? A brakujące 10 minut? Jakie 10 minut?! Tu idzie o życie!
    Z pęcherzem w kolanach i duszą na ramieniu dopadam do klatki a tam mój najgorszy koszmar: schody, 4 piętra, stare budownictwo. Wchodzę. Już ostatni kawałek przed klatką pokonywałam drobnym truchtem więc dyszę jak lokomotywa. Dobrze, że się kiwam na boki to się nie potykam o własny wywieszony język. A podłych schodów przybywa i przybywa. Chyba w całym życiu tyle niecenzuralnych słów nie powiedziałam co w ciąży na schodach. Po nierównej walce, sina na gębie, z tętnem 120, cukrem 49 i ciśnieniem 85/37 dopadam drzwi do toalety.
    I taka przyjemność 3x dziennie, a powinna być 4x bo prawie za każdym razem "urywam" te 10 minut z przyczyn technicznych. Ale system spacerowy działał jako tako aż do wczoraj, kiedy to pierwszy raz nie ja wygrałam ze schodami tylko schody ze mną*. Widząc moją rozpacz i przypominając sobie o zaległym prezencie urodzinowym, Przyszły Ojciec, dobry człowiek, sprawił mi dziś stepper.

    * tej części miałam nie pisać ale jeśli jakiejś ciężarówce ma być z tego powodu raźniej to niech wie, że nie jest sama.

    sobota, 12 listopada 2011

    29 tydzień

    Bobas:
    • ma już 2-3% tłuszczyku w ciele
    • zanika mu futerko
    • umie regulować temperaturę
    • ma w pełni rozwinięty węch
    • wydziela androgeny i estrogeny
    • całkiem samiutki produkuje swoje erytrocyty
    • przez ponad 70% czasu śpi
    • potrafi wysiusiać 0,5 l w ciągu doby
    • z wyprostowanymi nóżkami ma już ponad 40 cm (samo udko ma 6 cm długości!) i waży ponad 1300 g
    • coraz mniej przypomina staruszka a coraz bardziej słodkiego, grubiutkiego modela z reklamy pieluszek i papki w słoiku :)
    Ja:
    • waga: 64 kg (8 kg na plusie)
    • obwód w pasie: 104 cm (34 cm na plusie)
    • obwód pod biustem: 80 cm (10 cm na plusie)
    • obwód w biuście:  96 cm (15 cm na plusie)
    • obwód w biodrach: 97 cm (7 cm na plusie)
    • rozmiar buta: 39,5 (1 na plusie)
    ciąża - same plusy ; )

    piątek, 11 listopada 2011

    Garnkofaza

    Chleby bez zagniatania pieczone w garnku żeliwnym okazały się być odpowiedzią na moje pobożne chlebowe życzenia. Nie rozlewają się, zawsze wyrosną i nie trzeba dokonywać sztuk żeby je upiec. Poza tym wiele wybaczą, więc postanowiłam nie zwlekać tylko posunąć je jeszcze jeden mały kroczek w kierunku mojego wymarzonego pieczywa: dodać mąki żytniej.


    Chleb pszenno-żytni na zakwasie z cebulką
    • 450 g zwykłej mąki pszennej
    • 150 g mąki białej żytniej
    • można dodać 1/8 łyżeczki suszonych drożdży ale nie jest to konieczne
    • 390 ml wody wymieszanej z 2-3 łyżkami zakwasu (zależy od siły, konsystencji i od tego jak kwaśny lubimy chlebek)
    • 1,5 płaskiej łyżeczki soli
    • 2 podsmażone cebule lub dla leniwych prażona cebulka(można zastąpić ją innym dodatkiem: suszonymi pomidorami, suszoną papryką, kminkiem, czarnuszką albo całkiem wyeliminować)
    Wieczorem:
    mieszamy składniki suche z suchymi, mokre z mokrymi a potem wszystko razem ze sobą (ciasto ma być gęste jak na mieszanie łyżką a trochę za luźne, żeby wyrabiać je ręką) i zostawiamy przykryte w misce lub w garnku.
    zakwas
    Rano:
    Znajdujemy nasze ciasto wyrośnięte:
    wyrzucamy na omączoną stolnicę, posypujemy mąką, rozpłaszczamy, składamy na 3 (boki do środka), potem znowu na 3 (góra i dół do środka), solidnie podsypujemy mąką, odwracamy i wkładamy do drugiego wyrastania:

    Będzie rosło 1-2 godziny. Gotowość do pieczenia poznajemy dziubiąc palcem ; ) (jeśli dołek od razu się wyrówna - ma jeszcze porosnąć, a jeśli wyrówna się powoli lub zostanie - ciasto jest gotowe). Ja po godzinie rośnięcia włączam piekarnik na około 230C i wkładam do niego moją brytfannę robiącą za garnek żeliwny. Kiedy piekarnik się nagrzeje wrzucamy ciasto do gorącego garnka:

    Zamykamy pokrywką i pieczemy około 35 minut. Po tym czasie zdejmujemy pokrywkę i dopiekamy 10 minut w 200C lub w wyłączonym piekarniku (bo eko, oszczędniej a równie dobrze wychodzi):
     Wyrzucamy na kratkę i bijemy wszystkich po łapach bo nie można kroić dopóki nie wystygnie:
     Wracamy do kuchni i okazuje się, że polowy chleba już nie ma ;):

       

    środa, 9 listopada 2011

    Kulista zjawa :)

    Kulista zjawa ukazuje się punktualnie 3x dziennie, czasami również dodatkowo w środku nocy. Przemieszcza się wolno wyznaczoną trasą, kołysząc się na boki i wydając niepokojące odgłosy.

    W okolicy o  Zjawie krążą już legendy: że sapie, że się zatacza i, że o dziwnych porach przyspiesza wędrówkę i znienacka wpada do uczelnianych budynków by nawiedzać toalety. Straż Akademicka doszła do wniosku, że najbezpieczniej nie stawać jej na drodze, bo ignorowana zachowuje się pokojowo. Mimo to Kulista Zjawa budzi w sercach strażników jeśli nie trwogę to przynajmniej zaniepokojenie.

    Wydaje się, że Kulista Zjawa może być przyczynkiem do rozwiązania zagadki innych sławnych Zjaw: Białej Damy, Zjawy z Chomiąży Szlacheckiej, Wodnej Białej Pani, Dziewczyny z Latarnią, Nimfy z Rogozińskiego Jeziora czy Mary z Zajączkowa. Gdyby pozbawić je powłóczystych szat i dzwoniących łańcuchów prawdopodobnie wszystkie okazały by się snującymi się po nocach, jęczącymi ciężarnymi, poszukującymi kibelka.

    wtorek, 8 listopada 2011

    28 tydzień

    Czas leci, ja pęcznieję i się wybrzuszam a bobas mądrzeje i obrasta w tłuszczyk. Jeśli wierzyć internetowi w 28 tygodniu potrafi już otwierać oczy, a kiedy śpi - śni. Mały człowieczek :).

    środa, 2 listopada 2011

    Piekę

    W związku z dużą ilością czasu i odzyskaną niedawno siłą do życia, reaktywowałam moją pasję: pieczenie chleba. W ciągu 3 lat piekarniczej przygody przeszłam chyba wszystkie stadia "chlebozy":
    - foremki, blaszki i chleb na drożdżach,
    - maszynę do wypieku i chleb na drożdżach,
    - maszynę do wypieku i chleb na zakwasie,
    - foremki, blaszki i chleb na zakwasie.
    Za względu na uciążliwość tej ostatniej, najsmaczniejszej opcji od przeprowadzki nie zabrałam się za wypiek ani razu.
    Objawienie przyszło w zeszłym tygodniu, kiedy dowiedziałam się o no-knead bread czyli o chlebie bez zagniatania wg. przepisu Jim'a Lahey, który po publikacji w The New York Times zrewolucjonizował pojęcie o domowym pieczeniu. Okazało się, że domowy chleb może być smakowity, i nie koniecznie musi rosnąć na krwawym pocie i łzach. Tutaj więcej o nim, z filmikiem instruktażowym: Moje Wypieki.
    Upiekłam taki w garnku (reprezentowanym przez zwykłe szkło żaroodporne z przykrywką) i rodzina oszalała. Szalałam i ja bo na cały proces (łącznie z zaglądaniem i sprawdzaniem czy rośnie ; )) poświęciłam może pół godziny. Chleb zniknął a ja przypomniałam sobie o moim dawno zapomnianym zakwasie. Jako, że do odważnych świat należy, reanimowałam zakwas i przystąpiłam do działania:


    Chleb "najprostszy" na zakwasie:
    • 400 g mąki białej pszennej lub chlebowej
    • 1 łyżeczka soli
    • 260 ml wody wymieszanej z 2-3 łyżkami dobrze odkarmionego zakwasu

    dalej wszystko (ze  stroną wizualną włącznie) jak w oryginalnym no-knead bread:
    1. składniki mieszamy przez paręnaście sekund (ciasto będzie luźne i ciągnące)
    2. przykrywamy i odstawiamy na noc
    3. rano wykładamy na solidnie omączoną stolnicę, posypujemy mąką, trochę rozpłaszczamy i składamy na pół wzdłuż a następnie na pół w poprzek
    4. przekładamy do wyrośnięcia do omączonego koszyka albo na omączoną  ściereczkę (sporo mąki, żeby się nie przykleiło) i zostawiamy godzinę, półtorej do wyrośnięcia
    5. do zimnego piekarnika wstawiamy nasz garnek (bez plastikowych części!), garnek żeliwny lub szkło żaroodporne, bez różnicy, byle z pokrywką, ustawiamy na 240C
    6. kiedy się nagrzeje trzeba przeturlać/przerzucić ciasto do gorącego naczynia, przykryć, wstawić na 30 min do pieczenia, po tym czasie odkryć zmniejszyć temperaturę do 210C (lub w wersji ekonomiczno-ekologicznej wyłączyć piekarnik, ja tak robię) i dopiekać jeszcze około 10 minut, do ulubionego zrumienienia skórki
    7. chleb wyciągamy i przekładamy na kratkę do wystygnięcia
    Po udanym debiucie piekę ten chleb codziennie. Zakupiłam nawet żeliwną brytfannę, żeby móc piec większe bochenki :). Niestety białego pszennego jeszcze nie próbowałam i chyba nie spróbuję, dopóki nie urodzę. Moje cukry szaleją wściekle mimo uczciwie stosowanej diety ( wczoraj po posiłkach 230, 192, 175, 156 mg/dl). Chyba jestem nadzieją podupadającego polskiego cukrownictwa: rano produkuję cukier z powietrza. Czekam na wizytę i jakiś ratunek bo brakuje mi już pomysłu .